Kolory mojej twarzy odeszły tak nagle...
nawet nie spostrzegłam, kiedy to się stało.
Ocknęłam się mierząc w siebie w zwierciadle
bronią w obłudę i samotność ubraną
Sińce pod oczami zdradzają, gdzie padały
ostatnie ciosy łez kamiennych i suchych
gardło ściska smak miłości zgorzkniały;
ledwo się już trzyma wrak serca kruchy...
Martwym jestem sadem, którego drzewa
zbyt silną wonią i zbyt barwnym kwieciem
męczyły pana, który czule je podlewał
traktując, jakby były jedynymi na świecie.
Owoce moje gniją, wdeptane w błoto,
słowa spróchniały w obumarłej korze,
łyse gałązki pokryte siwą tęsknotą,
wciąż wyczekują sadownika w pokorze...
Lecz nie ma żadnego głosu, ani dłoni,
które by mogły pieszczotą troskliwą
przed tą Martwicą me zmysły uchronić
i miłość ponownie uczynić szczęśliwą.
Vuohi, 29.07.16
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz