niedziela, 25 kwietnia 2021

Miłością jak cukrem

Czy da się miłością jak cukrem zasypać rany
czy tylko sól oczy wycisną
usta obojętną śliną przemyją przemilczą
uszy z powrotem do głowy się wsuną
ciało od bólu się skurczy zroluje

Nie da się nie cierpieć ramię w ramię
patrzeć bez drżenia ust
na gasnący płomień świecy
opadające bezsilnie woskowe dłonie
nie da się i nie wolno

Chciałabym miłością jak cukrem
lecz umiem tylko zagłaskać na śmierć
rozmiękczyć stwardniałe czekaniem kości
ukrócić żywot danej sekundy
jedynie po to by potem znów zrodzić
z rozpaczy świat w cudzych oczach

Mój Drogi Człowieku
to bez znaczenia jak dobrze Cię znam
czuję razem z Tobą każdą swoją cząstką
wystarczy jedno spojrzenie
by rozpalić ból wetrzeć w skórę niepokój
zaszczepić w źrenicach strach

Tak bardzo bym chciała miłością jak cukrem
przysypać delikatnie

ukoić

Vuohi, 15.04.21

czwartek, 15 kwietnia 2021

Powiedziano mi, że mam sobie zaufać

Czy zielone światło na pewno nie jest czerwone?
Uczyli nas tego w szkole, pokazywali przykłady, a na spacerach
mama albo babcia ciągnęły za rękę, gdy było to pierwsze,
trzymały mocno stojąc, kiedy to drugie...
Patrzę, ale nie jestem pewna - teraz nikt nie ściska mej dłoni,
nie słyszę wskazówek, nie pamiętam rymowanek;
samochód niecierpliwi się na moje niezdecydowanie
- daje mi znak, że zielone, czy też mi się zdaje?

Czy to tramwaj z numerem dziewięć, czy dwadzieścia?
Czasu jest niewiele, więc wsiadam, jednak patrzę
po raz dziesiąty na wyświetlone cyfry i zmuszam się do zaufania
własnym oczom. Pokonywana trasa daje znak,
tym razem bardziej na pewno, chyba, myślę, że jestem pewna. Raczej.

Czy to jeszcze moja twarz, moje oczy, moja zmarszczka na czole,
czy może stałam się kimś innym w ciągu ostatnich lat?
Pamięć mnie zawodzi, umysł chłonie obraz i nie znajduje pasującej nazwy.
Naciągam skórę na policzku, zaglądam w róż wewnętrznej strony powieki
- próbuję znaleźć drogę do wnętrza, by własnoręcznie odnaleźć odpowiedź.

Powiedzieli mi...czy nigdy nie rozmawialiśmy,
i po prostu zostałam oddana na czas nieokreślony?
Potrzebny był czas na poukładanie dorosłych spraw
- nie było więc miejsca na dziecięce pytania i zabawy,
dzieciństwo mogło przecież poczekać, wejść w stan zawieszenia
pomiędzy mamą a tatą...mogło, prawda?

Czy to miłość, czy strach, kiedy godzę się na tamten dotyk?
Nie pamiętam, czy rozebranie dotyczyło ubrań, czy jedynie słów, bo wszystko
wywrócone było na lewą stronę, odległe jak sen, nawet wtedy...
Parę zawrotów głowy dalej było już po wszystkim, na ustach
słony znak zapytania rozciągał się od kącika do kącika.
Czy to niepamięć, czy wyparcie?

Piszę to wszystko do Ciebie, bo Ty jedna znasz odpowiedź, musisz!
Nawet jeśli to wszystko nieprawda, tylko Ty możesz to wiedzieć...
Powiedz, błagam Cię, powiedz,
czy to co czułam było choć raz odpowiednie i na miejscu,
czy mój lęk odpowiadał definicji lęku, miłość opisom miłości...
Bo przecież musi istnieć jednoznaczna odpowiedź, potwierdzenie...prawda?

Milczysz, pisząc ten wiersz.
Zastanawiasz się czyimi dłońmi, i czy to przypadkiem nie jest kolejny sen;
derealizacja odwiedza Cię przecież tak często.
Tulisz do siebie chyba-własne nogi, zaciskasz na nich wątpliwe ramiona,
przeganiasz przypuszczalny strach i domniemane kłucie w brzuchu...
Czy ja to naprawdę Ty?

Czy Ty to jeszcze...ja?


Vuohi, 13.04.21

wtorek, 13 kwietnia 2021

Niepogodzenie

Nie da się zasnąć z kamieniem na sercu;
usiłuję go rozłupać pięścią, biję się w pierś,
ale on tylko drży i szorstkimi brzegami ściera żebra;
kruszę się do piaskowej postaci słowa przepraszam,
wypłukuję z oczu ziarna, głosu już nie podnoszę
nawet ponad krawędź własnych warg,
ani ponad brzeg poduszki
- nie potrafię...

Nie potrafię, bo wiem, że umyślnie budzę w Tobie Niemiłość,
karmię pierwotny popęd zniszczenia, kąsam,
wbijam drzazgi w Twoje dłonie z tej rozpaczy,
bo nie umiem siebie kochać, pomimo zarzekań
i obietnic, wciąż próbuję siebie karać,
skazać na wyhodowane przeze mnie Twoje odrzucenie.

A przecież tak bardzo się potrzebujemy
i dobrze wiemy, jak porozmawiać...
Więc dlaczego pozwalam na złamanie naszej świętej zasady,
i w milczeniu kładziemy się spać...?


Vuohi, 27.03.21

Dom jest blisko

Ostatnio szukam miejsc, w których mogę się schować. Wciskam się w odstępy między literami, czepiam się przecinków i zawieszam na nich na moment, by potem zsunąć się w dół, po niezapisanej jeszcze bieli. Tam jest pusto i cicho, lecz za jasno, więc uciekam dalej - szukam zagiętych rogów stron, które posłużą mi za namiot. Szukam zasuszonych kwiatów, z których można zbudować szałas, tymczasowy dom...
Bo cały świat zdaje się mnie nie chcieć. Rezygnuje ze mnie, tak jak ja rezygnuję z niego. Choć zaprzecza ustami bliskich, choć wyciąga dłoń jeszcze ciepłą - nie słyszę prawdy, czuję tylko chłód niedopowiedzeń.
W zawiniętych muszlach uszu śpiewa morze, przyzywa mnie w głębiny myśli.
Z każdym kolejnym krokiem jest ciemniej, ale nie przestaję poszukiwać schronu - może znajdzie się porzucona skorupa żółwia, albo chociaż jedna rybia łuska, która wyobrażę sobie, że jest syrenią, i zamieszkam w baśni o niej...
Nigdzie nie można poczuć się spokojnie - już na powierzchni dosięgają mnie fale, serce ulega natarczywemu kołysaniu, tracę oddech. Księżyc przyzywa ku sobie ziarenka piasku - powoli unoszą się ponad moje stopy, omijają moje dłonie, drapiąc w oczy zostawiają mnie na dole. Znów przypominają mi słowa, w których chciałam znaleźć azyl, lecz opuściły mnie przedwcześnie, niewypowiedziane.
I nigdzie nie można poczuć się sobą - nie znajdzie się lustra w ruchomej wodzie, nie przejrzy się w wyłowionym matowym szkiełku.
A więc nie ma takiego miejsca, które mogłoby się równać ramionom, spoczynkowi na ukochanej piersi. Jedynym schronem są żebra - bezpieczna klatka, za dnia oświetlana splotem słonecznym, muzyka uderzeń serca.
Jesteś.
I już wiem, że nie muszę uciekać.

Vuohi, 30.03.21

***(Wskazujący palec ciszy)

Wskazujący palec ciszy wetknięty w ucho
wierci dziurę niepokojem aż chciałoby się
stracić słuch
szafa i krzesło ubierają obce suknie w ciemności
rozgwiazdy maleńkich świateł i spirale spojrzeń
mnożą się w lustrach

Jestem sama
na jeden moment zatrzaśnięty między prześcieradłem
a kołdrą w wydłużonym stadium zasypiania
mam dwie ręce i dwie nogi których nie czuję
serce przez gardło dociera do czaszki
rezonuje

Sen jest przepaścią
a spadanie nigdy nie jest przyjemne dla brzucha
wywraca żołądek na lewą stronę
tuż nad dnem chwyta mnie ramię świadomości
nie pozwala się roztrzaskać ani obudzić
chroni przed betonowym pocałunkiem w czoło
od drzemiącego najgłębiej pragnienia śmierci

Vuohi, 25.03.21

M.

Kwiaty z okazji Dnia Matki
chciałabym Ci podarować ósmego marca,
by przypomnieć, z powrotem przywołać
natchnienie w Twoje palce, czułość w ramiona
- czuję, jakbyś zaginęła sama w sobie, nieświadomie,
potargałaś wiersze i tożsamość zakochanej nastolatki,
wypchnęłaś z siebie dziecko wiecznie nie dość ukochane...

To nieważne - ramionami wzruszasz, jakbyś chciała
strącić z barków ciężar żalu, bagaż błędów,
których starasz się nie widzieć, bo zbyt bolą,
rozpalają Ci dłonie i krtań, znowu krzyczysz
stojąc na granicy łez...

Kwiaty na Dzień Kobiet najpierw chciałabym Ci dać
pierwszego czerwca, by tej dziewczynce w Tobie
pokazać, że jest ważna, że Ty jesteś, niezależnie
od tego czy do ojca czy do matki podobna, na miłość
ich obojga zasługuje Twoje serce.

Gdy miałam osiemnaście lat, napisałam Ci piosenkę,
choć mój pamiętnik przez tyle czasu zbierał drżące słowa
mierzące w Ciebie jak pociski, w tej piosence
chciałam nas razem stworzyć od nowa, poza kręgiem
wzajemnych zranień przekazywanych z pokolenia na pokolenie,
przerwać ciąg goryczy przelewanej z babki na matkę, na córkę
lecz mój obraz się podziurawił.

Listy, które pisałam do Ciebie, pisałam dłońmi Twoimi,
które Ty wyciągałaś do swojej matki, która też tymi dłońmi
gładziła święte obrazki wsparta o kolana prababki
- my wszystkie po sobie, kolejno
te same słowa, ucieczki, powroty, grymasy, uśmiechy...

Kiedyś podaruję Ci bukiet z okazji Dnia Babci
- zaniosą go moje dzieci, moje córki
ucałują Cię serdecznie i lekko, aż wyrosną Ci skrzydła, zrozumiesz,
że się udało
uwolnić nam wszystkim.


Vuohi, 08.03.21

Zmiennokształtność

Na potrzebę dłoni potrafię zamieniać się w przedmiot
gładki i giętki, przybieram kształt bliźniaczy
dla uginającego się pode mną materaca,
napięte ciało stara się naśladować lekkość pierza,
lecz opada ciężarem puchowej poduchy.

Dla tych, którzy są gotowi zajrzeć w studnie oczu,
potrafię stać się papierowa - pozwalam się wertować
lub czytać od deski do deski, choć nie mogę oczekiwać,
że zrozumieją każde słowo wytłoczone na skórze.

A dla tych jedynych ust i nosa staram się pachnieć wanilią,
usiłuję brzmieć jak ptaki wiosną, lecz mój świergot staje się nieznośny,
i nie umiem latać jak one - stąpając stawiam kolumny stóp,
i wstyd mi za moją wybuchowość godną sierpniowej burzy...

Zaś dla swoich własnych oczu i rąk, na wypadek samotności,
staję się nieprzyjemna, jak metka gryząca szyję.
Płonę drzazgą w zaczerwienionym oku, jestem bólem,
którego sama nie zdołam wypłakać...

...i tylko trochę, tylko czasem, potrafię się sama pocieszyć;
tulę do piersi zmartwione kolana, jak ptaki, którym skrzydła
uszkodził czas; kołyszę, uciszam, pozwalam na łzy
- razem uczymy się kochać.

Vuohi, 29.03.21

Kra

Powrócił wstyd
wygodnie rozsiadł się na mych kolanach
pozornie niewinny choć przez lata
kaleczył mi biodra krępował ruch
w Twoich oczach przestała się odbijać
moja kobiecość
a sama nie potrafię jej odnaleźć
dawno już się zgubiłyśmy

Głaszczę swoje ciało
naprawiam całuję blizny
układam mozaikę
z poszarpanych skrawków skóry
patrzę
lecz to nie ja
tonie Ja
tonę ja

Odpłynęło ze mnie całe dziewczęctwo
cały wdzięk
dryfuje gdzieś daleko
beznamiętnie jak kra
zahibernowana cząstka żeńskich kończyn
którą Ocean przed laty w ramiona zagarnął


Vuohi, 10.03.21