Na potrzebę dłoni potrafię zamieniać się w przedmiot
gładki i giętki, przybieram kształt bliźniaczy
dla uginającego się pode mną materaca,
napięte ciało stara się naśladować lekkość pierza,
lecz opada ciężarem puchowej poduchy.
gładki i giętki, przybieram kształt bliźniaczy
dla uginającego się pode mną materaca,
napięte ciało stara się naśladować lekkość pierza,
lecz opada ciężarem puchowej poduchy.
Dla tych, którzy są gotowi zajrzeć w studnie oczu,
potrafię stać się papierowa - pozwalam się wertować
lub czytać od deski do deski, choć nie mogę oczekiwać,
że zrozumieją każde słowo wytłoczone na skórze.
A dla tych jedynych ust i nosa staram się pachnieć wanilią,
usiłuję brzmieć jak ptaki wiosną, lecz mój świergot staje się nieznośny,
i nie umiem latać jak one - stąpając stawiam kolumny stóp,
i wstyd mi za moją wybuchowość godną sierpniowej burzy...
Zaś dla swoich własnych oczu i rąk, na wypadek samotności,
staję się nieprzyjemna, jak metka gryząca szyję.
Płonę drzazgą w zaczerwienionym oku, jestem bólem,
którego sama nie zdołam wypłakać...
...i tylko trochę, tylko czasem, potrafię się sama pocieszyć;
tulę do piersi zmartwione kolana, jak ptaki, którym skrzydła
uszkodził czas; kołyszę, uciszam, pozwalam na łzy
- razem uczymy się kochać.
tulę do piersi zmartwione kolana, jak ptaki, którym skrzydła
uszkodził czas; kołyszę, uciszam, pozwalam na łzy
- razem uczymy się kochać.
Vuohi, 29.03.21
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz