Ostatnio szukam miejsc, w których mogę się schować. Wciskam się w odstępy między literami, czepiam się przecinków i zawieszam na nich na moment, by potem zsunąć się w dół, po niezapisanej jeszcze bieli. Tam jest pusto i cicho, lecz za jasno, więc uciekam dalej - szukam zagiętych rogów stron, które posłużą mi za namiot. Szukam zasuszonych kwiatów, z których można zbudować szałas, tymczasowy dom...
Bo cały świat zdaje się mnie nie chcieć. Rezygnuje ze mnie, tak jak ja rezygnuję z niego. Choć zaprzecza ustami bliskich, choć wyciąga dłoń jeszcze ciepłą - nie słyszę prawdy, czuję tylko chłód niedopowiedzeń.
W zawiniętych muszlach uszu śpiewa morze, przyzywa mnie w głębiny myśli.
Z każdym kolejnym krokiem jest ciemniej, ale nie przestaję poszukiwać schronu - może znajdzie się porzucona skorupa żółwia, albo chociaż jedna rybia łuska, która wyobrażę sobie, że jest syrenią, i zamieszkam w baśni o niej...
Nigdzie nie można poczuć się spokojnie - już na powierzchni dosięgają mnie fale, serce ulega natarczywemu kołysaniu, tracę oddech. Księżyc przyzywa ku sobie ziarenka piasku - powoli unoszą się ponad moje stopy, omijają moje dłonie, drapiąc w oczy zostawiają mnie na dole. Znów przypominają mi słowa, w których chciałam znaleźć azyl, lecz opuściły mnie przedwcześnie, niewypowiedziane.
I nigdzie nie można poczuć się sobą - nie znajdzie się lustra w ruchomej wodzie, nie przejrzy się w wyłowionym matowym szkiełku.
A więc nie ma takiego miejsca, które mogłoby się równać ramionom, spoczynkowi na ukochanej piersi. Jedynym schronem są żebra - bezpieczna klatka, za dnia oświetlana splotem słonecznym, muzyka uderzeń serca.
Jesteś.
I już wiem, że nie muszę uciekać.
Bo cały świat zdaje się mnie nie chcieć. Rezygnuje ze mnie, tak jak ja rezygnuję z niego. Choć zaprzecza ustami bliskich, choć wyciąga dłoń jeszcze ciepłą - nie słyszę prawdy, czuję tylko chłód niedopowiedzeń.
W zawiniętych muszlach uszu śpiewa morze, przyzywa mnie w głębiny myśli.
Z każdym kolejnym krokiem jest ciemniej, ale nie przestaję poszukiwać schronu - może znajdzie się porzucona skorupa żółwia, albo chociaż jedna rybia łuska, która wyobrażę sobie, że jest syrenią, i zamieszkam w baśni o niej...
Nigdzie nie można poczuć się spokojnie - już na powierzchni dosięgają mnie fale, serce ulega natarczywemu kołysaniu, tracę oddech. Księżyc przyzywa ku sobie ziarenka piasku - powoli unoszą się ponad moje stopy, omijają moje dłonie, drapiąc w oczy zostawiają mnie na dole. Znów przypominają mi słowa, w których chciałam znaleźć azyl, lecz opuściły mnie przedwcześnie, niewypowiedziane.
I nigdzie nie można poczuć się sobą - nie znajdzie się lustra w ruchomej wodzie, nie przejrzy się w wyłowionym matowym szkiełku.
A więc nie ma takiego miejsca, które mogłoby się równać ramionom, spoczynkowi na ukochanej piersi. Jedynym schronem są żebra - bezpieczna klatka, za dnia oświetlana splotem słonecznym, muzyka uderzeń serca.
Jesteś.
I już wiem, że nie muszę uciekać.
Vuohi, 30.03.21
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz