poniedziałek, 15 czerwca 2020

Wielbłąd

Nie zmieniło się nic, prócz okładki
wyremontowałeś sobie starannie, sam
swój pozornie delikatny sposób bycia
a ja znów tak łatwo w to uwierzyłam
że ten nowy mebel w Twojej piersi, to serce
że tym razem nagle poczuje więcej

Przepraszam za moją gorzką ocenę
jednak pojąć nie umiem braku empatii
- współczujesz tylko, gdy Ci jest po drodze
nie nadwyrężasz kończyn w spacerach na około
nie wytężasz wzroku by zobaczyć więcej barw
niż tylko czerń, biel i szarość

Tu tkwi cały mój problem -
ja zawsze dopowiadałam sobie dalszy ciąg
do pourywanych zdań i westchnień
obciążałam słoną masą każdy suchy listek rzucony na wiatr
przelewałam kaktusy, przesładzałam czarną kawę
- mój wielobłąd

Pozostają mi garby przepełnione łzami
łudzę się, że tym razem wyczerpię je do cna
w drodze przez pustkowie Twoich słów
utwierdzam się, wpisuję w kamień - to jest słuszne
nie mówić do kogoś, kto nie odpowiada
nie mówić, skoro nie słucha


Vuohi, 14.06.20

niedziela, 14 czerwca 2020

Podróże w czasie

Grawitacja coraz rzadziej upomina się o moje stopy
niebo nie opiera się obecności mego czoła wśród chmur
unoszę się dzięki miękkości czerwcowego, nocnego powietrza
światła lamp chwytam połową oka
drugą patrzę w przeszłość
rowerem mknę przed siebie
rozszczepiam się

Od czasu do czasu upadam
ciężkimi kroplami deszczu
podnoszę się ranną rosą

Od czasu do czasu wypadam
poza objęcia Ziemi i ląduję na Księżycu
skąd niemożliwy wydaje się świat

W nogi jak w żagle dmie wiatr
naraz rozpędzam się, zatrzymuję i cofam -
ten dzień umarł bezbarwnie i cicho
z zaskoczenia napadł go zmierzch
płynę obłokiem wspomnienia
po rzece rzeczywistości i nie wiem
jak długo ani dokąd
trwam


Vuohi, 13/14.06.20

piątek, 12 czerwca 2020

Teatr

Opadam wraz z żaluzją Twojego spojrzenia
odkładam słuchawkę, zaciskam powieki
kończy się nasza sztuka, umiera przedstawienie
kurtyna zamiata wszelkie brudy pod dywan
zasłania prawdę po każdym spektaklu, jaki odstawiają nasze usta -
każde z nas szemrze swoje, nuci, mruczy, stęka, szlocha
po czym rozchodzimy się, jak nielubiący się aktorzy
i już nikt nie bije nam braw
wracamy do swych wygodnych domów po przeciwnych stronach miasta

Wiem, że kiedyś ściągasz tę maskę
choć nigdy przede mną
I Ty wiesz, że ja jej wcale nie noszę
choćbym chciała - nie umiem
chciałabym tylko wiedzieć, czy kiedykolwiek naprawdę to czułeś:
moje wszystkie monologi nie były wyuczone
płynęły szczerą rzeką słów, tylko w Twoją stronę


Vuohi, 12.06.20

***(Gdyby tylko mogło wchłonąć mnie wspomnienie)

Gdyby tylko mogło wchłonąć mnie wspomnienie lub sen
wybrałabym jedno z tych najcieplejszych
i nie pozwoliła rozedrzeć tej iluzji żadnym podmuchom trzeźwości
- być może niewiele miałoby to wspólnego z prawdziwym życiem
jednak jaka to różnica, gdy tkwię w wiecznym poczuciu odrealnienia

Nie pozwoliłabym Ci patrzeć na mnie w ten lodowaty sposób
ujęłabym Twoją dłoń i przycisnęła do swego serca
przelewając wrzącą miłość prosto w Twe źrenice
i nie bałabym się tańczyć, ani mówić, czego pragnę
nauczyłabym się latać dzięki skrzydłom, które mi utkałeś
ciągnącymi się nićmi słodkich słów
wbijając igły od czasu do czasu, bo gdybym zapomniała czym jest ból odleciałabym od Ciebie za daleko

I nigdy byś ich nie odebrał, nie podeptał nieczułością
bo w moich snach zawsze jesteś dobry
boleśnie piękniejszy, niż kiedykolwiek

I nigdy bym się nie obudziła, by znów sobie przypomnieć
jak po każdej nocy, że nawet nie potrafisz ze mną rozmawiać
tylko jak lustro odbijasz mój wyraz
tylko jak pusty pokój odsyłasz mi echo


Vuohi, 12.06.20

***(Nim nadejdzie paraliż kończyn)

Proszę, zabij mnie, nim nadejdzie paraliż kończyn
spowodowany taszczeniem tego, czego nie mogę udźwignąć
nim pęknie kręgosłup pod bagażem bezmiaru miłości, o zbyt wielu adresatach
- tak, wiem, mrówka potrafi unieść obiekt pięć razy cięższy od niej samej
a gdzieś na ulicach, na każdym kontynencie, w każdym kraju i mieście
ludzie umierają z głodu i chorób, o wiele gorszych, niż mój kaprys
a jednak proszę Cię, zabij
rozetnij na pół te dwie części mnie, które nigdy nie chciały być razem
zwróć mi wolność, podaruj spokój
tylko nie każ mi decydować, w jaki to się stanie sposób

Choćbym wetknęła palce do gardła
nie zdołam wyrzucić z siebie tych bezczelnych myśli -
nie mogąc zasnąć o wiecznym marzę śnie
mijam pachnące gałęzie bzu
i przypominają mi woń pogrzebnych wieńców
a każda drobna ranka lśni pociągająco
każda wysokość jest mierzona konsekwencją upadku

Tak pięknie różową suknię przybiera dziś niebo
tak okrutnie, szkarłatnie tnie mnie kolejne wspomnienie
pamiętam wszystko do bólu
bo mój wielki, przesadny zachwyt jest bratem wielkiej, przesadnej rozpaczy

Chciałabym odetchnąć nie czując głazu zgniatającego pierś
nie widzieć w każdej decyzji tysiąca opcji i kolejności zdarzeń
nie żyć w nieustannym zanurzeniu w przeszłości
móc się poruszać swobodnie - nie czuć "zbyt wiele" już nigdy
zasnąć

Vuohi, 10/12.06.20

Rozdwojenie

Zapach dojrzałych truskawek wypełnia wieczorny tramwaj
wagon prawie pusty pozwala mi na łzę
co z łoskotem się rozbije u mych stóp
lub wsiąknie w kołnierz na cały głos
przyglądam się rozdwojonej końcówce włosa
rozstraja mnie ta czerwcowa aura
rozwarstwia coroczne czekanie na koniec, co przychodzi raz po raz
rok w rok paląc skórę namacalnym wspomnieniem żaru

Powoli tracę chęć na wgryzienie się w truskawki
powoli tracę zachwyt wywołany zachodzącym słońcem
umiera we mnie smak
wszystko sprowadza się do jednego, a raczej do dwóch
przeciwległych poszarpanych końców
lub może zakończeń nerwowych

Przyglądam się rozciągnięciu mego serca -
środek powoli pęka
rozdwojona końcówka miłości
winna być ścięta.


Vuohi, 10.06.20

piątek, 5 czerwca 2020

Głośność łzawienia

Powstrzymuję łzy tak mocno, że oczy chcą mi wybuchnąć
rzucić granatem zostawiając bolesne sińce na powiekach
chcą same sobie nabić śliwę, soczyście fioletową
wyłamać kraty rzęs, powalić warstwy zahamowań
- przepełnia je agresja godna motyla
któremu ktoś zabronił latać, dając wielobarwne skrzydła

Nie chcę tak żyć, a jednak wbrew mnie ktoś nauczył
moje usta wyśmiewać pociąganie nosem
ktoś wpoił moim płucom, że to śmiesznie głupie
trawić na głos słowa, oddychać barwą myśli
ktoś zaprogramował moje ciało na sztywność
wobec wszelkich podmuchów emocji

A ja pragnę tylko kochać się na głos
tańczyć w rytm muzyki, którą noszę w głowie
złapać wierzby za dłonie i wróżyć im z liści
kiedy mam na to ochotę, rzucić się biegiem przed siebie
uciec wtedy, kiedy będzie trzeba, przed niechcianym
a nie tylko biernie patrzeć, stać na cudze przykazanie

Powstrzymuję gniew, bo wiem, że jest niedźwiedziem
wygłodniałym po całym życiu w Zimie, w ciemnej jaskini
- być może kiedyś przyjdzie dzień, że go oswoję
a on zaryczy, wydając z siebie całą głośność łzawienia
i poleją się potoki wszystkich lat spędzonych w odrętwieniu
opłuczą rany, wypełnią doły wykopane w milczeniu


Vuohi, 05.06.20

Do Ciebie

Drogi Deszczu,
Twa nieprzerwana obecność napełnia mnie chłodem
zobojętnia kwaśny smak niedojrzałych owoców
przelewa w ustach czarę goryczy
mam apetyt tylko na słony żal i wstyd
choć niełatwo się w nie wgryźć - jakby nie miały materii
jakbym nie mogła ich dotknąć, podobnie jak Ciebie
pomimo odczucia kropli w każdym miejscu ciała

Wbijam paznokieć w skórkę wieczoru
zachód sączy się z półokrągłej ranki
chcę tym rytuałem przywołać namiastkę Słońca
odczuć je mocniej, niż poprzez domniemanie Chmur
rozdzielam owoc swej melancholii na cząstki
sok z pomarańczy zamyka w sobie upływ czasu
zapach od Zimy do Lata, spływa po palcach

Drogi Deszczu,
nie mam Ci za złe, wszystko wybaczam
przecież sama narzekałam na Suszę pod oczami
ubrania tak obco lekkie, nienasiąknięte Tobą
- dziękuję, że jesteś, byłeś i będziesz
choćby cząsteczką, co się dorwie skarpetki
włamując przez nieszczelną podeszwę buta

Kocham Cię w ten cichy, smutny sposób
w jaki na przekór wielbicielom Słońca
żywi się sympatię do Śniegu i Burz
kocham Cię trwale, bez końca
tak jak w przyrodzie krąży woda
- wierzę, że na przestrzeni lat piliśmy nawzajem swoje łzy -

Vuohi, 05.06.20

***

Zagraj dla mnie, proszę
rozbieganymi dłońmi przyciskaj klawisze ust
- spraw, że powiem -
za struny włosów szarp do woli
dostrój mnie do siebie
i wygraj nam to życie
w którym się wykluję ze skorupy przeszłości
narodzę się na nowo w rękach tym razem Twoich
wówczas razem zaśpiewamy, wyśpiewamy nam sto lat
tak jakby nigdy do uszu się nie wkradł
żaden fałsz


Vuohi, 04.06.20

O ustach

Wyszły na spacer
wszystkie podbródki, policzki i wąsy
i wyszły na jaw
wszelkie grymasy, uśmiechy i dąsy
to jest życie pełną gębą
oddychanie wolną piersią

Stęskniłam się za Wami -
robionymi do szyb tramwajowych dziubkami
bardzo mi Was brakowało -
ust sączących z kubków kawę i kakao
po tak długim czasie
w którym nam przyszło buzię kryć
czy umiemy już ze sobą rozmawiać
czy nadal tylko mówić?


Vuohi, 02.06.20

Pokój

Rankiem przechodzę przez Przedpokój
uchylone drzwi rzucają na mnie żółte pasmo światła
tę niedzielę smarujesz masłem, rozbijasz jajko o brzeg jedenastej
- znowu nie wstaliśmy wcześniej -
okład z torebek po czarnej herbacie pociesza oczy
ciężko się wyrwać z objęć kanapy, bliskości poduszek i koca
tymczasem przez uchylone okno wkrada się Zachód

Twoja miłość trzyma dach - nie pozwala wichurom go porwać
i moja miłość podpiera sufit, i ścianom nie pozwala pękać
ten dom z naszych czułości
z kłótni i śniadań, z herbaty i rozwieszanych prań
tak bardzo się boję, że się podziurawi
pod natarciem strzałów
tak bardzo się boję, że się rozpadnie
pod naciskiem jakiejś wojny

Przytul mnie jak umiesz najmocniej
obiecaj mi ten Pokój
obiecaj, że zostanie -


Vuohi, 31.05.20