Był czas, gdy pod Twym oknem
myślą podcinałam sobie żyły, wieszałam się na poręczy
rzucałam w przepaść z parapetu na parterze
bezdenną otchłanią były Twe oczy, a ja życie chciałam oddać
za jeden z ich odcieni migoczący
Pięść kolejnego wdechu waliła w pierś, jak dzwon
metalowe serce głoszące donośnie swą wolę
naraziłam się Tobie nieraz, narzucając się nie w porę
nie umiejąc nigdy odejść na czas, zacisnąć ust
Były noce, które wychwalałam, nadając im blask jaśniejszy od dnia
i te, które czarną kotwicą strącały mnie w najmętniejsze wody umysłu
tracąc głowę pragnęłam móc umrzeć u Twych stóp, byś mnie dostrzegł
by z tych wszystkich obiecanych uczuć, błysnęła choćby litość
Błyskawica współczucia rozcinająca ciężką obojętność
burze wypłukały ze słów moje kości, czyniąc szkielet jeszcze bardziej kruchym
ruch ostateczny należał do Twej dłoni - postawiła kropkę -
był czas, gdy marzyłam o śmierci pod Twym oknem...
Vuohi, 06.08.20
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz