poniedziałek, 31 maja 2021

Niedziele

Świat mojej mamy pachnie jak puder w perłach
i perfumy Sunflowers — tak pachniały też niegdyś niedziele;
mama miała turkusową sukienkę w statki,
i gdy chodziła — pływały, żagle poruszał wiatr.

Tata używał balsamu po goleniu (teraz nosi brodę),
w szafie ma kolekcję wzorzystych krawatów,
a do kościoła ubierał się odświętnie; paradował
w oparach z żelazka stojącego w kuchni.

Na schodach świątyni był cień i było słońce,
a w deszczowe dni oglądałam obrazy
na jej wewnętrznych ścianach, gabloty z biżuterią
dla Matki Boskiej.

Wracając ze mszy, wybierałam drogę z mostkiem;
na trzy-czte-ry prawa dłoń mamy i lewa dłoń taty
pomagały mi wzbić się w powietrze i już po chwili
jak wróżka lub królowa łabędzi leciałam przed siebie.

Zachowałam w sercu nasze wspólne niedziele,
miłość rodziców zamknęłam pod skórą.
Coraz dalej nam dziś do kościoła, coraz dalej do siebie,
choć może nigdy nie byliśmy bliżej, niż teraz...?

Pielęgnuję ten obraz rodzinny i wierzę
w Kochających Ojca i Matkę, i że życie pozwoli
mieć synów i córki, i że tamte niedziele
wrócą i będą dla nas codziennie

pachnieć kwiatami, dodawać skrzydeł,
niestrudzenie i nieprzerwanie
budować Dom.

Vuohi, 30.05.21

niedziela, 23 maja 2021

Kolejka

Co wiosnę wpuszczam Cię do serca
raz po raz promień rozcina mi pierś
rok w rok przeżywam święto i żałobę
codziennie jestem gotowa
na narodziny i śmierć

Ty nie przychodzisz pod moje dłonie
stojące w miejscu jak dwie wieże
brama zawsze otwarta czasem tylko
pogoda jest niekorzystna
słońce i księżyc niezmiennie lśnią

W moich źrenicach
odbija się blask wszystkich tych godzin
które płynęły iskrami przez nasze ciała
moje usta jeszcze nie odnalazły
swego pierwotnego kształtu

Odcisnąłeś się w nich mocno i bezpowrotnie
więc rok w rok wsiadam do tego samego wagonu
pozwalam sobą targać na boki unosić się
i upadać na zmianę aż do mdłości
potrzebuję tej iluzji skrzydeł by latać

by żyć

Vuohi, 23.05.21

Małe Wszechświaty

W galaktyce naszych dłoni
palce pozwalają gwiazdom się narodzić.
Moja i Twoja miłość - Słońce
i księżyce wszystkich planet razem wzięte;
na tylnym siedzeniu splatamy ręce,
wzrok wypada poza orbitę samochodu,
twarze odwrócone w Jedności.

Wybuch za wybuchem - światy kończą się
i zaczynają, rozbijają na tysiące świateł,
rozpływają ciepłą falą od opuszków po nadgarstki;
jakie to szczęście - mieć Ciebie obok!
Zawieszona w przerażająco wielkim Kosmosie
bać się nie muszę; zakładasz kosmyk za moje ucho
z taką czułością, jakbym zamiast włosów miała kwiaty;

strącasz mi niepokój z czubka głowy,
spoglądam Ci w oczy i wyznaję wiarę
w te dwa ukochane Małe Wszechświaty.

Vuohi, 20.05.21

Światłocień

Chciałam, byś widział mnie w Słońcu,
które zamienia mi oczy w bursztyny,
i byś taką mnie zapamiętał - ze znamieniem uśmiechu,
blizną po Twoim pocałunku, z niegładką twarzą od szczęścia...

Jednak Ciebie nie budził świt, tylko zmierzch;
noc kocie ślepia rozwierała powoli, podejrzliwie,
opuszczając rolety podnosiła krzyk skrzypiących parapetów,
na których siadaliśmy ciężcy od upływu dni.

Może tak prędko zrezygnowałeś, bo coraz rzadziej
oglądaliśmy zachody, które złociły Ci rzęsy i włosy;
bez tej aureoli prędko ogarnęła Cię ciemność,
a wszystkie moje próby odzyskania blasku
tylko Cię uwierały...

Chciałam, byś tylko taką mnie znał - błękitną, bezchmurną,
lecz ja...już za późno, nie zdążyłam powstrzymać
tych wszystkich błyskawic, powstałych z iskier między nami.
Tak okropnie tęskniłam za ciepłem...naszych pierwszych chwil.

Vuohi, 20.05.21

Pasażer

Skośnooki świt rozciąga horyzont uśmiechu;
budzi we mnie lęk pulsujący jak żywa istota,
pokłócony ze mną płód, który tkwi pod sercem.
Napiera na żebra od środka, rozpycha się na boki,
aż mnie skręca - z podłużnej wstążki ciała w kłębek nerwów.

Dokądkolwiek idę - on za mną, on we mnie;
rości sobie prawo do używania moich oczu,
i deformuje obraz świata - ludziom z twarzy czyni gęby,
kły im w ramy dziąseł wprawia - w ten sposób
trzyma mnie od nich z daleka.

Karmię go tabletką mniejszą od ziarnka ryżu;
ucisza się na prawie całą noc - czasem tylko nad ranem
kopnie mnie to w płuco, to w pęcherz.
Gdzieś tam, w moim brzuchu, podbrzuszu, a może
nawet w każdym kręgu kręgosłupa - jego kończyny

powywijane na lewą stronę, nieładne,
każą mi uciekać.

Vuohi, 19.05.21

sobota, 15 maja 2021

Liczydło

Nie liczę już na Ciebie od dawna, ale nadal lubię bawić się liczbami;
weszło mi to w krew, gdy zapisywałam skrzętnie każdy wspólny dzień
i rozmowę - szkoda tylko, że nie zdążyłam policzyć spojrzeń,
pocałunków, wszystkich włosów na Twojej głowie - trudno.
Ale tak, jeszcze bawię się liczbami i wiem, że minęło tysiąc siedemset
czterdzieści dziewięć dni, odkąd nie jestem Twoja, a Ty
nie jesteś mój. Czy to coś zmienia dla dzisiejszych nas, uległych rozpadowi?

Tak, mogę śmiało powiedzieć, że to zmieniło sposób, w jaki stawiam kroki
- najpierw jakby sparaliżowana, potem potykając się nieudolnie szłam,
a teraz biegnę bezbłędnie, podskakując nawet, widzisz...
nie, widzieć nie masz jak, ale możesz się domyślać. Otóż by teraz można było biec,
na początku potrzebny był upadek,
bo każdy początek, to koniec, każdy koniec - to początek.

Tamten upadek był bolesny, bo spadłam z bardzo dużej wysokości;
Twe niebieskie ramiona były sklepieniem dla mojego świata
- więc nie mogło być inaczej, świat się także musiał skończyć, zmienić,
rozbić razem ze mną, jak to kiedyś powiedziałam -
"rozbiłam się Tobie niczym porcelana"...i sobie samej też,
wiem, czuję wciąż ostre odłamki, które wdarły się pod skórę podstępnie,
a gdy się zrosła - nie zdołała ich z siebie wypchnąć.

A ja wypycham codziennie z całych sił obraz Twojej twarzy,
choć już przynajmniej sześć, jeśli nie więcej razy, akceptowałam możliwość,
że nie zapomnę i na zawsze będę kochać, choćby trochę, choćby samotnie...
I to też kłuje, uwiera, owszem, ale z bólem da się przecież żyć,
da się o nim niemal zapomnieć, praktykując technikę wdzięczności
- a ja tyle mam szczęścia, że codziennie naprawdę mam co doceniać!

Nie liczę na Ciebie, ani na jakiekolwiek inne rozwiązanie
- to przecież nie równanie, z którym nie mogę sobie poradzić,
to tylko świadomość, która pali, bo jest jednostronna i subiektywna.
Co jest po drugiej stronie? Tego nigdy się nie dowiem, bo na szczerość
nie wypada mi liczyć, ani czekać, ani przecież nic ona nie zmieni.

Jednak wiem, że da się policzyć sny, bo je zapisałam, ale wstyd się przyznać,
i wiem, że da się policzyć pamiątki, które zachowałam po Tobie,
choć szkoda to robić, rozgrzebywać rany - ważne, że gdzieś tam są.
Najsmutniejsze, mimo wszystko, jest chyba tylko to, że nie wiem,
czy to te dwieście jedenaście wspólnych dni, czy to tych tysiąc siedemset
czterdzieści dziewięć sprawiło, że kochałam Cię mocniej, bo jakże okropna jest myśl...

że to te dni osobno są winne, że to te dni
zmieniły we mnie najwięcej, i że nie możesz zobaczyć, że zmieniły wszystko
na lepsze.

Vuohi, 15.05.21

piątek, 14 maja 2021

Na wróble

Dwa kruki - po jednym na każde ramię - lądują na mnie;
z rozstawionymi rękami czekam w bezruchu,
jak strach na wróble, choć to nie ja tutaj straszę;
moje lęki czarnoskrzydłe grożą, że wydziobią oczy,
jednak nigdy tego nie robią.

Na wszelki wypadek zaciskam powieki, wstrzymuję oddech,
staram się także zatrzymać bicie swego serca;
może gdy będzie najciszej na świecie, gdy zdławię w sobie krzyk,
gdy nie rozwiążę splątanych żył, nie kiwnę palcem
- może wtedy odlecą?

Puste pole wokół - po co w ogóle tutaj jestem,
skoro jedyny mój powód do życia i śmierci...
to strach?

Vuohi, 12.05.21

Panta rhei

Moja pierś rozdarta na dwie strony, jak przeciwległe brzegi rzeki,
sprawia, że kłócę się z sercem. Przepływa przeze mnie żal,
dzieli na pół niebieska wstążka tęsknoty za morzem,
za słoną wodą nabieraną do płuc.

Żebra opierają się szczęściu, nie chcą podzielać chwilowej radości,
nie wierzą, że można się otworzyć - tak po prostu - i nie cierpieć.
Przyciskam do nich kolana i pięści, robię okłady z miłości,
staram się utulić, uciszyć, nie krzywdzić.

Od zawsze miałam pięć palców u dłoni, dwoje oczu i jedną głowę,
wiecznie za ciężką i niewymierną, noszącą w sobie osobny świat.
Jak Atlas chciałam udźwignąć nadmiar tych uczuć - swoich, nieswoich,
daremnie nadwyrężałam ufność, miażdżyłam ciało,
byleby coś z siebie dać.

Dlatego tak mocno wierzę i nie wierzę, jak moje żebra,
powieki na przekór rozwarte, że może być lepiej,
że kiedyś odpocznę, czego zarówno pragnę i nie chcę.

Dlatego rzeka, co spokojnie przepływa, jednocześnie przecina
bolesnym gestem, żłobi kanały smutku, szlifuje ostry gniew,
nadzieję z błotem porywa, mętnieje, a jednak
rybom pozwala śpiewać
i żyć.

Vuohi, 11.05.21

Jeden, dwa, jeden -

To majowe powietrze ma kształt Twojej dłoni - jeszcze
nie zapomniałam. Kwieciem snuje się przez pierś, jak sen,
myśl o Tobie - nieprzyjemnie się unoszę, żołądek skacze w górę.
Cień pojedynczy, a jednak dwie nogi mam, dwie ręce, jak na przekór
temu, że Ty jeden trzymałeś mnie przy sobie
- wbrew nam obojgu, zbyt długo...

A może to ja trzymałam się kurczowo, jak kotwica dna, tracąc dech,
wszystko, co naprawdę kochałam, odpłynęło w dal,
wypłynęły na powierzchnię lekkie myśli, został tylko ciężar i ból
- jednak ten świat na dole, taki niebieski, w pewien sposób spokojny,
potrzebny...

Utop mnie, jeśli musisz, ale życia we mnie nie zgasisz;
póki mam w sobie pamięć o Słońcu, nie spowije mnie ciemność zupełna.
Utop mnie, jeśli jeszcze potrafisz, ale pewnie już wiesz:
nie masz tej mocy nade mną, co dawniej,
choć jeśli wyciągniesz ponownie swą dłoń kwiecistą, majową

przygarnę do siebie płacząc,
po raz setny - (nam) wybaczę.

Vuohi, 11.05.21

Najważniejsze

Skąd wiedziałam, że najważniejsze, to kochać,
skoro miłość matki i ojca na mych oczach pękła na pół...?

Pamiętam czułość głęboką i nieprzebraną,
rozciągającą się pomiędzy ciałem a ciałem - jest jak klej
łączący ból z radością;

Pamiętam poród - tkanki skurczone w cierpieniu, otulająca bliskość...
Człowiek wybrzuszony, wygięty w boleści ofiarowuje siebie - życie.
Przez kolejne lata zapisany w mięśniach krzyk bezsilności
i okrzyk zwycięstwa
dojrzewa, nabiera kształtu uczuć.
Moje ręce, moje nogi, moje oczy, uszy, usta - to wszystko
ulepione jest z jednej bliskości,
to wszystko, co mam.

Jestem wdzięczna, bo pozwolono mi zaistnieć
na tym świecie splątanym ze sprzeczności.

Stąd wiem, że najważniejsze, to kochać,
bo miłość mojej matki i ojca zawarła się we mnie,
i ja jestem dowodem tej miłości, jestem
nieznikającą blizną, przypomnieniem,
że każdy ból rodzi życie,

każde życie rodzi ból.

Vuohi, 04.05.21

Maj

Jak dobrze wiedzieć - ten świat żyje,
pulsuje obecnością kwiatów, oddycha rosą cicho,
pije z kałuż i chmur...czy wolno mi stąpać
po dywanie jego rzęs opadłych z gałęzi?

Moje ciało - łąka poruszona brzmieniem trzmieli,
dygocze w słońcu, mieni się zachwytem - wrastam
w łodygi stokrotek, płynę sokami trawy, zielenieję,
lecz z radości, nabieram lekkości dmuchawców.

Jak dobrze wiedzieć - to serce bije,
jeszcze nie zrezygnowało z naprawiania świata,
wygięło się ponad złamania i ciosy, wypięło brzuch,
a więc ja, jego śladem, dumnie pierś wypinam;

Zaczerpuję powietrza -
chcę żyć, chcę żyć, chcę żyć!

Vuohi, 02.05.21