Skośnooki świt rozciąga horyzont uśmiechu;
budzi we mnie lęk pulsujący jak żywa istota,
pokłócony ze mną płód, który tkwi pod sercem.
Napiera na żebra od środka, rozpycha się na boki,
aż mnie skręca - z podłużnej wstążki ciała w kłębek nerwów.
budzi we mnie lęk pulsujący jak żywa istota,
pokłócony ze mną płód, który tkwi pod sercem.
Napiera na żebra od środka, rozpycha się na boki,
aż mnie skręca - z podłużnej wstążki ciała w kłębek nerwów.
Dokądkolwiek idę - on za mną, on we mnie;
rości sobie prawo do używania moich oczu,
i deformuje obraz świata - ludziom z twarzy czyni gęby,
kły im w ramy dziąseł wprawia - w ten sposób
trzyma mnie od nich z daleka.
Karmię go tabletką mniejszą od ziarnka ryżu;
ucisza się na prawie całą noc - czasem tylko nad ranem
kopnie mnie to w płuco, to w pęcherz.
Gdzieś tam, w moim brzuchu, podbrzuszu, a może
nawet w każdym kręgu kręgosłupa - jego kończyny
powywijane na lewą stronę, nieładne,
każą mi uciekać.
Vuohi, 19.05.21
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz