Tak jak zawsze, przychodzisz na dworzec;
widzę Cię z oddali - za każdym razem jesteś coraz mniejszy,
coraz mniejszy i bielszy, aż pieką mnie oczy,
ale jak mogłabym je zamknąć, gdy tak mocno Cię kocham...
widzę Cię z oddali - za każdym razem jesteś coraz mniejszy,
coraz mniejszy i bielszy, aż pieką mnie oczy,
ale jak mogłabym je zamknąć, gdy tak mocno Cię kocham...
Kurczysz się z bólu, ale poddać się nie wolno;
przecież nauczyli Cię, jeszcze gdy byłeś dzieckiem;
musisz wszystko dźwigać sam.
Widzę Twoją wrażliwość, jeszcze większą niż Ty,
która przygniata, wykręca i wyciska serce,
aż zostaje tylko gorycz i myśli
najciemniejsze i najcięższe.
Jeszcze gdy byłam mała, modliłam się o Ciebie.
Nieprzerwanie powtarzałam zalęknioną mantrę,
kompulsywnie składałam dłonie i prośby w pacierz...
ale czy ktokolwiek słuchał? Do dziś nie przestałam się bać.
Tulę Cię najmocniej, tulę z całych sił i długo,
wyobrażając sobie błękitną linię bólu, która krąży
w Twoich żyłach, i staram się ją przyzwać do siebie.
Nawijam ją na palce jak nić, ciągnę rozpaczliwie,
ale w Tobie nigdy nie jest mniej...a we mnie - nigdy więcej.
Zniosę to, obiecuję, proszę, oddaj choćby cząstkę
- nawet się nie poskarżę, ani płakać nie będę,
tylko pozwól ramionom moim obrać rolę Twoich;
Tych samych, które mnie nosiły, tych które ocaliły,
tych, po których spływał złoty pot, gdy pracowały od świtu do nocy.
Nawet się nie poskarżę, ani płakać nie będę
- zarzekam się powtarzając słowa wmurowane w Twoją twarz...
To...pytanie złowrogo łopocze mi skrzydłami w głowie,
obija się o klatkę piersiową łomotem przerażonego serca -
czy zdążę...?
Proszę, Boże, pozwól mi zdążyć.
Vuohi, 03.09.21
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz