poniedziałek, 15 grudnia 2014

Uschnięta

Nie potrafię zapłakać już wcale
Mimo żaru toczącego się spod wyschniętych powiek
Nie potrafię ugasić go łzami
Rzęsami zawadzam o me kwiaty uschnięte
Dławiąc się pustką toczę w ciemność dzień kolejny
Ranię kolana i łokcie na szkiełkach stłuczonych witraży
Czerwień rozlana na tle marmuru maluje ciemne obrazy
Z odrazą dotykam swej skóry
I nie potrafię zapłakać już więcej
Załatać chcę dziury i spoić jedno z drugim
Łodygi złamane skleić pajęczyną

Gdyby choć jeszcze raz jeden...
Spojrzał na mnie tak, jak kiedyś

Wyleczyłby mnie wodą napełniając każdą z mych tęsknot
Utopiwszy wszelkie lęki moje
Zechciałby stać się jedynym źródłem
Tkwiący w oku lodu odłamek
Byłby powodem dla wilgotnego śniegu na mych ustach
Nie potrafię zapłakać już wcale
Choćbym to miała za największe marzenie
Dopóki nie ma go na tyle daleko
By mógł naderwać nici którymi zszyłam serce
Nie mogę płakać już więcej
Nie mogę płakać i nie chcę
Lecz czym jest smak czegokolwiek
Bez soli roztartej na dolnej wardze
Czym życie moje jest bez woni tego ciała...

Och, zgubiłam cię na zawsze;
Uschnęłam tutaj sama


Vuohi

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Inside

Wypuść mnie na zewnątrz...
Do miejsca, w którym mnie pogrzebałaś,
Nie dociera ani trochę światła
I tak tutaj...okropnie zimno
I zbyt ciasno, bym mogła swobodnie oddychać

Wypuść mnie na zewnątrz,
Nim zupełnie zamarzniesz
Nim Cię rozszarpie Twa gorycz od środka
I zanim strach Cię połknie...

Wyciągnij mnie na powierzchnię
Ryjąc każde z moich imion
Na zbielałej Twojej twarzy
I wciśnij mnie pomiędzy swoje codzienne myśli,
Tak, jak to było kiedyś...

Uwolnij, uwolnij, unieś mnie, unieś
Dotykaj mocno, mimo połamanych palców
Smakuj mnie, wbijając we mnie język z całej siły
Tak, bym nie potrafiła odczuwać niczego innego...

Tak, by ten ból rozkoszą mnie wykończył.

Wytargaj mnie spod warstwy tego brudu
I pozwól mi rozwinąć pąki
Jakkolwiek mnie nazwiesz tym razem,
Przyjdę do Ciebie w ciszy, by Cię ogłuszyć

Wykrzywiona w modlitwie znów płaczesz
Jakbyś wierzyła, że będzie inaczej
Unikasz mnie, bo wiem, czego pragniesz
Wypuść mnie na zewnątrz nim ponownie zaśniesz!

Przyniosę Ci noce bezsenne
Wydrążę tunele bezdenne
Zwrócę Ci łzy przed snem wiecznym
Tylko mnie uwolnij, uwolnij i kochaj...

Pragnij mnie.

Nie masz nikogo póki jestem tak blisko
To dla mnie upadasz, kłaniasz się nisko
Nie chcesz mi ufać, lecz ja wiem już wszystko
Pod skórą Twą swoje uwiłam łożysko

Wypuść mnie na zewnątrz;
Tak stęskniłam się za światłem!
Tu jest wciąż okropnie zimno
I zbyt ciasno, bym mogła oddychać...


Potworze ludzki...Wstydzie, ohydo!
Ukrywasz mnie, me towarzystwo Ci zbrzydło?!
Rozerwę Cię więc, gdy zechcesz choć mnie dotknąć
Przenigdy nie dane Ci będzie odpocząć!

Zwiesz mnie koszmarem, nienawiścią, nałogiem
Gdy niosąc Ci ulgę ponownie przychodzę...
Gardzę Tobą, gardzę, choć kocham, jak matkę;
Zrodziłaś mnie, zraniłaś i...

Zabiłaś nas przypadkiem...



Vuohi

poniedziałek, 17 listopada 2014

Głos wewnętrzny | Przebudzony |

W codziennej walce o prawdę
Jedyne, co prawdziwie mnie przepełnia,
To hipokryzja,
Obłuda, fałsz i kłamstwo.

Gdy nadal tu  j e s t e m...

"Rozszarp je, rozszarp swe blizny..."
Hymn śpiewany przez moje myśli
Hymn całej mojej nienawiści

Wyzbądź się serca, wyzbądź się duszy
Na cóż potrzebny ci ten starty obłok,
Niegdyś uczuć pełen, niegdyś miłości pełen...?
Dziś nawet nie umiesz już ukryć tego, jaka jesteś.
Ty nawet nie próbujesz...

Kochaj całym sercem, by potem je stracić
Kochaj tak namiętnie, aż ten ogień cię strawi
Kochaj całym ciałem, by potem je zabić
Kochaj i kochaj, aż miłością się udławisz

Uderz mnie, ukłuj i wbij we mnie swe zęby
Zaciśnij z całej siły, zaciśnij te więzy
Chcę umierać, umierać, umierać rozpaczliwie
Bo nie mogę znieść swego odbicia w lustrze

Nie mogę znieść oczu wpatrzonych we mnie
Jakbym była tą, którą zawsze być chciałam
Jakbym zamiast przynosić gorycz, taką słodycz dawała...

Nie zniosę już dłużej widoku tej bieli;
Niosę jej kolejną, długą, krwawą burzę
Chcę przerwać, rozerwać, rozgnieść tę ciszę
Szarpnij mnie, popchnij, daj mi swój gniew wykrzyczeć!

Kim jesteś teraz, odpowiedz, kim jesteś?
Skrywałaś się przecież tak długo przede mną,
Że twarz twoja obca, zmieniona, jak nigdy
Nie miłość; nienawiść, wyrządziła ci krzywdy

Chcesz dać temu upust, ja wiem, czego chcesz
Chcesz, by wszystko wróciło, chcesz cierpieć i gnić
Widzę, jak się męczysz; ani łzy nie możesz uronić
Za uśmiecham nie skrywasz już bólu miłości,
Lecz rządzę swej krwi, lecz smak nienawiści

Co się stało z całym pięknem twoim?
Bywało ukryte głęboko pod skórą...
Odgrzeb je, rozgrzeb, wykop na powierzchnię
Przecież musisz je znaleźć, musisz odzyskać!

Rozszarp je, rozszarp swe blizny!
Uderz w nie i niech skóra krzyczy
Niech zaleje tę biel zimną czerwona lawa
Ucieknij w to, wejdź jak najgłębiej...

Nienawidzisz siebie, nienawidzisz mnie!

Nienawidzę siebie, nienawidzę cie!

Chcę rozbić to lustro i przejść na twą stronę,
Uciszyć cię wreszcie nim zupełnie spłonę,
Nim w czerwieni znów utonę,
To ciebie rozerwać chcę, nie swoją skórę
Zamknij się wreszcie, zamilcz na zawsze!
NIE POTRAFIĘ PRZEZ CIEBIE NA SIEBIE PATRZEĆ!!!

Uderz mnie, ukarz, rozetnij, zabij

Niech mnie dosięgnie kara za nienawiść 
Tak bardzo kochałam, że zgniła ta miłość we mnie,
Szukałam w sobie prawdy...

I błądziłam nadaremnie...



13.11.14, 
Vuohi

piątek, 19 września 2014

Nie ma miłości

Nie ma miłości ani trochę
Ani cienia jej nie dostrzegam
Ocierając się o nią po drodze
Coraz dalej nieświadomie uciekam

Nie ma róż rzuconych na drogę
Ani miękkich płatków, ani pąków kwitnących
Unosi się zapach tych zgniłych kwiatów
A pod nogami kolce, kolce i kolce…

Bronię zawzięcie dóbr mi najbliższych
Gdy najważniejsze umyka przez palce
Dławię się ziemią tak bliską mym snom
Nie mając odwagi wyciągnąć choć dłoń

Ku marzeniom wiszącym nad moją skronią
Karmię się piachem, połykam kamienie
Gdy w górze kwitną poza mym spojrzeniem
Jabłka, czereśnie i wiśnie

Skąpane w czerwieni odcieniach
Skąpane w czerwieni odważnej
Ja w starych swych tonę wspomnieniach
I ziemią się dławię, dławię i dławię…

Nie ma miłości ani trochę
Nic nie może do snu mnie utulić
I nikt mnie w swych ramionach nie zamknie
Gdy ten jeden raz chcę swoją mieć klatkę;

Dom złoty, drzwi na klucz zamknięte
Z czerwienią wokoło kwitnącą
Wzniesiony na bladym obłoku,
Gdzie ziemi, gdzie gruntu nie sięgnę…

Lecz nie ma miłości ni trochę.
Ja w szarych tu barwach rdzewieję
Bojąc się wzrok podnieść ku górze
Przetartą porzucam nadzieję

I tylko kolce, kolce i kolce…
Kaleczę stopy, na ziemię upadam
Wówczas zwracam się twarzą ku niebu;
Marzenia, te wiśnie kwitnące…

Ich czerwień na zawsze przepada



Vuohi

środa, 10 września 2014

Znam Ją.

Rozpoznałam Ją pośród tłumu.

Ubrana jak zwykle, na czarno, z akcentem bieli na szyi i nadgarstku.

Trzymała w ręce dobrze znany mi przedmiot:

Zeszyt do nut. Pusty.

 

Nie musiała go otwierać, bym wiedziała, co jest w środku. Było tam dokładnie to samo, co na dnie Jej bladych, cichych oczu:

Nic.

 

Zaciśnięte usta, włosy spięte w ciasny kok, z którego jeden luźny kosmyk opadał na czoło.

Po obu stronach białej twarzy, ciągnął się ledwo widoczny ślad, coś jakby przedłużenie linii ust.

Blizna, po zaszytym dawno uśmiechu.

 

Udawałam wciąż, że Jej nie widzę, kątem oka łakomie obserwując każdy szczegół.

Nic się w Niej nie zmieniło, ani odrobinę. Ona także starała się unikać mojego wzroku.

Mimo, że prawie nigdy nie otwierała ust, potrafiła sprawić, że wszystko wokół nagle milkło.

Jarzeniówka zamigotała z niepokojem nad Jej głową, jednocześnie wabiąc moje spojrzenie.

 

I nasze oczy spotkały się na chwilę:

Poczułam odłamki lodu wbijające się w źrenice. Wstrzymałam oddech i cofnęłam się o krok, ale było już za późno, by uciec. Jej chłód zacisnął dłonie na mych ramionach, wciskając swe pazury w mą skórę.

 

W momencie cały świat zwolnił i przestał szumieć. W jednej chwili cały kolor odszedł ode mnie i wyblakło dosłownie wszystko.

A Ona stała teraz ze mną twarzą w twarz, z iskierkami gniewu w oczach.

Oślepiała mnie tym spojrzeniem, mroziła mi powieki i przekłuwała policzki, by je również uczynić tak niewzruszonymi, jak Jej.

 

- Moja Samotności…

Chyba trochę mi Ciebie szkoda.

I trochę żal mi też siebie…

 

Skostniałaś, tak i ja teraz skostnieję.

Nie mogłam się od Ciebie uwolnić.

I w moim gardle, jak i w Twoim, krzyk ugrzęźnie -

pozostanie tylko cisza.

I może jakiś strach, malujący się za którymś z naszych oczu.

 

Tylko Ty wiesz, i tylko ja wiem, o naszej cichej tajemnicy:

Mrok pożreć umie śmiejące się oczy,

A „wśród tłumu, jest się także samotnym”…


Vuohi, 10.09.14

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Przebrzmienie melancholii

Choć w życiu ran od dawna los nie oszczędzał mi
Starałam się pokazać, że sił wystarczy by
Ostatni raz wykrzyczeć, że się nigdy nie poddałam
To jedynie siły wyższe duszę mą wyrwały z ciała

I walczyłam tak zawzięcie; nieraz brakowało tchu
W pogoni za mym sercem, chciałam czas zatrzymać znów
Do ostatniego mego dnia, do ostatniej mojej łzy
Nie pojęłam wciąż, że nigdy nie przestałam śnić

I na jawie śniąc, tak marzyłam wciąż...
O smaku

'Który ze wszystkich znanych mi
Zdawał się być najpiękniejszy,
Którego me usta łaknęły z całych sił...
Lecz nie poznały po dzień dzisiejszy.'

I tak śniłam, a z dnia na dzień, coraz głębszy był mój sen;
Nawet nie spostrzegłam, jak ciemność pochłonęła mnie...

środa, 30 lipca 2014

Przemijanie

Potrzebowałam Cię.

Potrzebowałam Cię przez bardzo długi czas, tak bardzo, że nie byłbyś teraz w stanie tego sobie nawet wyobrazić. I wiem, że Ty także kiedyś czułeś prawie to samo, ale...ja to przeoczyłam.
Ze wszystkich moich wspomnień, najbardziej rzeczywistymi są...kącik Twych ust, na który zwróciłam uwagę, kiedy pewnego razu się uśmiechnąłeś, opowiadając coś. Czerwień, biel i czerń, skupione w jednym punkcie, towarzyszące mi przez długi czas, bo wierzyłam, że pochodząc od Ciebie, muszą być magiczne. Jak talizman, odganiający czarne chmury w mojej głowie.
Zapach, którego nigdy nie umiałam nazwać, ani do niczego porównać...wiedziałam, że rozpoznam go na pewno następnym razem, ale...on zniknął. Możliwe, że to nie Ty tak słodko pachniałeś, a jedynie moja głupia miłość, naniosła wówczas na Twoje zimne ciało tę woń, dodała blasku twoim oczom...I teraz, gdy już mnie opuściła, pozostawiając w moim wnętrzu czarną jaskinię, jakby była wodą, która latami rzeźbi przylegające do niej skały...zwyczajnie nie mogłam ponownie odnaleźć w Tobie tych samych cech.
Ukochanych zalet, za którymi tęskniłam. Ukochanych wad, na które chciałam móc narzekać każdego dnia...
I pamiętam też huśtawkę, która nigdy nie zawisła na drzewie w naszym ogrodzie. Do dziś pozostała jedynie obrazem, który stworzyłeś swoimi obietnicami, podobnie jak nasz ogród, nasz dom, jak nasze wspólne śniadania i...jak my sami.
My też nigdy nie zaistnieliśmy.

Potrzebowałam cały czas Ciebie, czy może...potrzebowałam kogokolwiek, kto potrafił mnie naprawić...?
Chyba tylko Ty mogłeś, i chyba tylko Ty możesz.
Bo przecież sam nauczyłeś mnie, jak siebie zniszczyć, a ja widziałam w tym jedyną drogę, by Cię naprawdę zrozumieć. Doprowadzanie siebie samej do upadku, było takie piękne, z Tobą u boku...
Szkoda tylko, że na dnie mi Ciebie zabrakło.

Choć może wcale nie szkoda, nie szkoda mi siebie samotnej. Modliłam się przecież, byś nigdy nie utkwił w kompletnej ciemności, i byłam tym zajęta tak bardzo, że nie zauważyłam, jak daleko zaszłam. W jednej chwili moje płuca wypełniła Twoja nienawiść, bo przecież zostawiłam Cię na brzegu i...
Utonęłam samotnie.
Nie sądziłam, że mogę być taką egoistką, jaką wszyscy, których kochałam, zaczęli mnie nazywać. Ale musieli mieć rację, bo byłam tak zaślepiona własną potrzebą ukojenia strachu przed samotnością, że raniłam każdego, kto się do mnie zbliżył, swoją fałszywą miłością.
Fałszywą. Fałszywa jestem.
Oto przyznaję się do posiadania cech, których nienawidzę i nie rozumiem u ludzi. Widocznie przyszedł czas, by pogodzić się z tym, że i ja jestem człowiekiem. Niestety.
Człowiekiem też jestem.

I jednym z mych ludzkich zachowań, było także nieustanne pragnienie Ciebie.
Zlepiając kącik Twych ust, trzy barwy, huśtawkę, nasze nieistniejące wieczory, noce i poranki...tworzyłam obraz kogoś, kim nigdy nie byłeś. A potem zarzucałam Ci, że nosisz maskę, że się zmieniłeś. Tęskniłam za Tobą, a gdy wracaliśmy na chwilę by porozmawiać...płakałam, bo nie potrafiłam zaakceptować tego, że nie ma w Tobie niczego, co znałam.
Teraz widzę, że wszystko to było tylko wytworem mojej wyobraźni.

Popchnąłeś pierwszą kostkę domina, obiecując coś, czego wiedziałeś, że nie spełnisz, ale chciałeś po prostu bym zasnęła w spokoju, bym nie traciła do Ciebie zaufania. Reszta działa się dalej sama; wszystko burzyło się wewnątrz mnie po kolei.
I jeśli jest coś, o czym nie chcę jeszcze teraz myśleć, bo nie jestem na to gotowa...to jest to pytanie:
"Czy kochaliśmy się w ogóle?"
Czy może każde z nas nie zdążyło się nawet poznać, ale stworzyło swój własny obraz tego drugiego, oczekując czegoś więcej...?

Potrzebowałam Cię...ale pozostało mi tylko patrzeć, jak powoli o mnie zapominasz. Jak odchodzisz i nawet nie spoglądasz za siebie. Może zrobiłeś to...bo Ty też mnie potrzebowałeś. I myślałeś, że za Tobą pobiegnę, złapię Cię za ręce i pociągnę w przeciwną stronę lub...odejdę z Tobą. Tak czy inaczej, odległość między nami rosła, pozwalając wszystkiemu przemijać, jak to zwykle w życiu jest.
Przemijanie.
Czas nigdy nie miał dla nas litości, ale mimo to...ufam mu i mam nadzieję, że dobrze wie, co robi.

Bo właśnie on, uczynił kącik Twoich ust miejscem dla każdej, pełnym fałszywych słów ukrytych gdzieś głębiej, pod językiem. Czerwień, biel i czerń zamienił w kawałek plastiku, wciśniętego w moje stare rzeczy. Sprawił, że Twój wyjątkowy zapach przeminął i stał się czymś równie nierealnym, co huśtawka zawieszona na drzewie w naszym ogrodzie.
Bardzo się postarał, by mnie wyleczyć, i prawie mu się to udało.

Jednak ów Czas, nigdy nie potrafił mieć wpływu na moje sny, w których ciągle do mnie powracasz. I chyba stałeś się dla mnie tylko bólem, zmiętym i porzuconym przeze mnie, choć wbrew mej woli, zalegającym gdzieś na skraju mojego serca. A ponieważ wciąż jeszcze istniejesz...potrafisz nadal sprawiać mi przykrość.
Przykrość.

Jest mi cholernie przykro, że pokazujesz mi, że Cię nie obchodzę i sprawiasz, że mnie obchodzisz. Przykro mi, że muszę się o Ciebie martwić. 
Przykro mi, że wszystko musiało tak po prostu przeminąć, choć wiem, że żadne z nas by tego nie przeżyło...

Dlatego właśnie...
My nigdy nie zaistnieliśmy.



Vuohi

poniedziałek, 21 lipca 2014

"Obecność" - Rozdział 15 [fragment]

Stała na pagórku, gdy było jeszcze wcześnie i wschodziło słońce. Mgła powoli opadała, tańcząc gdzieś na dole, u jej stóp. Czuła się jakby chodziła w chmurach, a wokół rozciągały się puste pola i tylko gdzieniegdzie stały pojedyncze drzewa. Wszystko trwało w milczeniu, osnute białą pierzyną.
Było ciepło, a powietrze robiło się wilgotne. Dostrzegła go w oddali, parę metrów przed sobą. Stał, ubrany w tę samą, poszarpaną koszulkę, ale niczym nie pobrudzoną. Jej sukienka była śnieżnobiała i delikatna, jakby nie miała na sobie nic. Wzięła głęboki wdech, zamykając oczy. Wtem, poczuła lekki podmuch wiatru, który zakołysał jej włosami i ubraniem, muskając łagodnie skórę. Po chwili poczuła jego zapach. Ta słodka woń anioła, była coraz intensywniejsza, choć lekka i nietypowa. Nikt ludzki nie mógłby pachnieć podobnie. Był to bowiem zapach kogoś, kto istniał, ale zupełnie niewidocznie i nienamacalnie.
Docierało do niej słabe drżenie ziemi, z każdym jego krokiem. Był coraz bliżej, prawie tak blisko, że słyszała jego oddech i czuła nieśmiałe bicie serca. Uniosła powoli głowę, nadstawiając nos tak, by móc poczuć tę słodycz jeszcze bardziej. Otworzyła oczy, a on stał naprzeciwko niej.
Wbiła wzrok w jego twarz; patrzył na niebo, na znikające cienie nocy. Pociągnęła nosem, próbując raz jeszcze wychwycić ten zapach, ale musiała być bliżej, by znów mieć taką możliwość. Opuścił głowę i popatrzył prosto w jej oczy. Ciemność skrywała się w jego spojrzeniu. Ciepła, ciemnobrązowa i piękna ciemność, głęboki kolor zamykający w sobie światło i zasłaniający wszystko, co starał się ukryć wewnątrz siebie.
Chciała mieć pewność, że już nigdy nie będzie sama, że nie musi się już więcej bać. Nawet jeśli to tylko sen, chciała poczuć to choć przez chwilę.
- Obiecuję ci, że jak długo te gwiazdy na niebie będą świecić, ja będę przy tobie. Będę cię chronić. – Szepnął, jakby czytając w jej myślach, po czym chwycił ją za ręce. – Cokolwiek cię zaniepokoi, odpędzę to. Co cię ucieszy, uczyni i mnie szczęśliwym. – Jego głos działał kojąco, a każde ze słów, wypowiadał w taki sposób, jakby niosły ze sobą melodię.
Uśmiechnęła się do niego szczerze, zasłuchana w tej pięknej kołysance, jaką nuciły jego usta.
- Będę przy tobie czuwał, patrzył jak śnisz, stał za tobą i osłaniał cię przed tym co złe. I nie opuszczę cię aż do śmierci…i jeszcze dalej. – Pochylił się nad nią, dotykając czołem jej czoła.
Zamknęła oczy. Chciała zapewnić mu to samo; dać mu wszystko, czego zapragnie… [...]

Vuohi

The sadness will never end

Zastanawiam się, ile to ma jeszcze potrwać.
Ile łez muszę wylać, by pozbyć się wypełniającego mnie smutku
Jaki ciężar muszę wznieść na swoje ramiona
By zostało mi wybaczone wszystko to, co zrobiłam nie tak...?

Coraz trudniej jest mi stawiać kolejne kroki
Łzy zalegają gdzieś na dnie moich płuc
Niebawem nie będę mogła już w ogóle się poruszyć...
Niebawem zupełnie skamienieję.

Mówili mi, że wystarczy jedynie wziąć głęboki oddech
I odkrztusić ten piach, zaczepiony gdzieś w gardle, ale...
Dla mnie każdy wdech jest zbyt przesiąknięty bólem
Codziennie połykam całe garści żyletek
I z każdym dniem, już coraz mniej jestem sobą...

Ten smutek nie ma końca.
Obdziera mnie z każdego pogodnego snu
Nie mogę mieć już swych marzeń na własność

Ten smutek nie ma końca.
On pozbawia mnie...ludzkości.


Vuohi

piątek, 11 lipca 2014

Klucz

Wiem.
Chyba już wiem, co jest kluczem, kochanie.
Jednak znalazłam dla nas wyjście, znalazłam drogę, której tyle szukaliśmy.
Wszyscy jesteśmy tacy bezradni, dopóki nie odkryjemy własnego klucza;
Jesteśmy zablokowani, zamknięci, zimni jak lód...
A wystarczy przecież tylko go odszukać, prawda?

Długo błądziłam
Nawet nie wiesz, ile warstw skóry zdarłam celowo, by odnaleźć w sobie to coś, czego było mi brak.
Ale nie mogłam, nawet gdy szukałam bez przerwy, nawet kiedy błagałam, kiedy krzyczałam...
Kiedy zwątpiłam.
A wiesz dlaczego nie potrafiłam znaleźć w sobie ratunku?
Bo go tam nie ma.
I nie było nigdy.

Ale teraz już wiem, co jest kluczem, kochanie.
Uratuję nas, naprawdę nas ocalę! To ta droga, spójrz, jutro nią wyruszymy
To będzie koniec naszej zimy, koniec chłodu i ciemności
Jutro wzejdzie dla nas słońce, jeżeli tylko mi uwierzysz i wysłuchasz mnie, jak szepczę
Nieważne ile będzie znów to nas kosztować
Nie możemy dłużej tu zostać....

Dlaczego patrzysz tak okrutnie
Bez choćby cienia nadziei w oczach...?
Dlaczego jesteś tak podle...zimny, tak twardy i cichy...?
Tyle lat cierpieliśmy oboje, próbowaliśmy pomóc sobie nawzajem, gubiliśmy się
Tyle lat zdzierałam z siebie wszelkie marzenia, wszystkie pamiątki po ludzkości
Próbowałam pozbyć się siebie, aż moje wyniszczenie dosięgło do żył, do kości
I czy nie znaczy to nic dla Ciebie...gdy teraz odnalazłam dla nas klucz?!
Gdy odnalazłam drogę?

Patrzysz na mnie tylko i mrozisz spojrzeniem
Twoje usta są z kamienia, twoja twarz nie potrafi już ani drgnąć
A ja łudzę się, że wewnątrz wciąż jeszcze istniejesz
Że tam, pozostawiłeś choć skrawek prawdziwego Ciebie

Wyciągasz rękę, czuję chłód bijący od otwartej dłoni;
'Chodź', mówisz, 'dziś jeszcze umrzemy razem'
Dziś zakończmy to, co obiecaliśmy sobie kiedyś, zaśniemy razem, ze splecionymi dłońmi
Szukaliśmy klucza, lecz było wiele fałszywych, prowadzących nas do tego miejsca
Dobrze wiesz, że i następna droga, będzie pełna kolców
Bo pąki róż naszych dawno zwiędły
Bo wyschły nasze oczy nazbyt wiele roniąc łez
Chodź, jeszcze dziś umrzemy razem, to jest nasz jedyny klucz.

I ja widzę, że przegraliśmy.
Widzę jedynie ruiny przed nami.
I choć oczy zalewają mi się łzami,
Idę ślepo twoim śladem...Wiem, że Ty mnie nie zawiedziesz.
Wiem, że Ty dotrzymasz słowa
I zaśniemy dzisiaj razem...żeby zacząć móc od nowa

Lecz nie tu, a w innym miejscu
Gdzie drzwi dla nas będą otwarte
Gdzie klucz nie będzie już potrzebny
A nasze troski...
Nic
Nie warte



Vuohi