Siódmy
października był dniem, w którym letnie jeszcze promienie słońca ostatecznie
opuściły szare miasto, pozostawiając je znacznie bardziej zamkniętym w sobie
niż dotychczas. Deszcz lunął z nieba zmywając kurz z pociemniałych okiennic w przedwojennych
kamienicach. Zbliżał się wieczór, a dokładnie minęła siedemnasta, kiedy wysoki
mężczyzna z kilkudniowym zarostem na twarzy wyszedł z małej budki, stojącej
przy kamienicy w centrum miasta, i zasunął kraty na jej okna, a drzwi zamknął z
hukiem na kłódkę. Sklep ze starociami i pamiątkami, w którym pracował od trzech
lat, dawno stracił swój urok; jeszcze przed odejściem poprzedniego właściciela.
Spojrzał
na zegarek, który w mgnieniu oka pokryła woda, i zaklął cicho pod nosem po czym
przyspieszył kroku.
Dotarł
na przystanek, gdzie ludzie tłoczyli się pod małym daszkiem, chowając się przed
deszczem. Zauważając, że nie ma tam dla niego miejsca, skulił się lekko i
pozwolił ulewie zmoczyć doszczętnie jego potargane, ciemne włosy. Wbił wzrok w
czarne, sportowe buty na swoich nogach i usłyszał nadjeżdżający tramwaj. Jak za
każdym razem od kilku lat, wszedł po schodkach do drugiego wagonu i stanął na
swoim miejscu; oparty bokiem o okno za rzędem siedzeń.
Ona
już tam była.
Ta
sama kobieta, którą widywał od września, jeżdżąc tym samym tramwajem rano
i wieczorem. Ona również zawsze zajmowała to samo miejsce za każdym razem.
Siedziała po drugiej stronie, z rękami złożonymi na kolanach i ze wzrokiem
utkwionym w ozdobnej bransoletce zawieszonej na jej chudym nadgarstku. Ubrana
była w beżowy płaszcz, ale wiedział, że ma pod nim na sobie kolorową sukienkę,
jak to w jej zwyczaju; jeszcze nigdy nie widział jej w spodniach, ani w
ciemnych kolorach.
Rankiem
czytała książkę położoną na kolanach, a w lewej ręce trzymała styropianowy
kubek z kawą kupioną w automacie na przystanku, na którym wsiadała. Wracając
skądś każdego dnia prócz weekendu, jedynym jej zajęciem było obserwowanie
otoczenia lub siebie samej.
Nie
lubił kobiet.
Miał
serdecznie dość próżności, jaką zdawały się być przesiąknięte. Stracił wszelkie
zaufanie do nich, kiedy spostrzegł, że wszystko robią tylko dla własnej
korzyści.
Była
to czysta ciekawość; dokąd i po co ta osoba jeździła każdego dnia, zawsze o tej
samej porze, o której on. Prawdopodobnie do pracy, ale gdzie dokładniej…?
Sądząc
po kolorowych sukienkach, mogłaby pracować w sklepie z kosmetykami lub odzieżą,
być miłą sekretarką, zapatrzoną w siebie recepcjonistką, albo cierpliwą
nauczycielką. Wyglądała dość młodo, choć nie był w stanie określić dokładnie
jej wieku. Na jej twarzy rysowało się zaledwie parę zmarszczek; w kącikach oczu
i ust, które starannie ukrywała każdego dnia pod warstwą kremu rozjaśniającego.
Niespodziewanie
spojrzała w górę, napotykając jego spojrzenie, po czym natychmiast odwróciła
głowę i wyprostowała się, nie dając mu nawet czasu na zaskoczenie. Przyzwyczaił
się do reakcji ludzi na jego świdrujące spojrzenie szarozielonych oczu.
Potarł
kciukiem brodę i odwrócił twarz w stronę widoku za oknem. Strugi deszczu
spływały po szybie, a chłód ciągnął od starych i nieszczelnych ram. Westchnął i
zamknął oczy na chwilę, starając się myśleć o czymkolwiek, byle nie o bólu
głowy, narastającym w nim powoli od kilku minut.
Rozmyślała o związku dwójki
bohaterów, w czytanym obecnie romansie, do którego chciała jak najprędzej
wrócić, lecz nie opłacało jej się wyciągać książki; za dwa przystanki miała
wysiadać. Odkąd spostrzegła jego oczy wbite w swoją twarz, nie mogła pozbyć się
wrażenia, że nadal się jej przygląda. Wyrzucała z głowy raz po raz obraz
tajemniczych oczu, starając się nie oszaleć, mieszając rzeczywistość z lekturą.
Westchnęła
i zerknęła na swoje idealnie pomalowane na niebiesko paznokcie, a potem
sięgnęła ku podłodze po leżący nań biały parasol w czarne kropki. Usiłowała nie
zwracać głowy w kierunku mężczyzny stojącego nieopodal, do którego widoku wciąż
nie mogła się przyzwyczaić odkąd zaczęła jeździć tym tramwajem do pracy.
Wiedziała
dokładnie w co jest ubrany, jaką pozę przybiera i jak ułożyły się jego włosy
danego dnia, choć nigdy otwarcie mu się nie przyglądała. Pozwalała sobie
jedynie na ukradkowe spojrzenia lub obserwowanie go kątem oka, które tłumaczyła
tym, że musi kontrolować, czy przypadkiem ktoś się na nią nie gapi.
Bo
przecież jest to możliwe i z pewnością niejedna osoba mogłaby podziwiać jej
starannie dobrane kreacje każdego dnia.
Założyła
za ucho krótszy kosmyk, który nigdy nie dosięgał do reszty włosów spiętych
idealnie czarną klamrą w kwiaty, z tyłu jej głowy. Potarła opuszkiem palca usta
i spojrzała, czy zabarwił się on od kremowo-różowej szminki. Tramwaj z łoskotem
zahamował na kolejnym przystanku, a wówczas zarzuciła brązową torebkę na ramię
i wysiadła z wagonu, rozkładając parasol. Pomaszerowała przed siebie, głośno
stukając obcasami skórzanych butów i starając się za wszelką cenę nie spojrzeć
za siebie. Pojazd odjechał i odetchnęła głęboko, zginając jedną nogę w kolanie.
O siódmej dwadzieścia rano było
jeszcze dosyć ciemno, kiedy marznąc pośród śniegu czekał na pętli tramwajowej,
aż motorniczy łaskawie otworzy drzwi. Śnieg spadł tego roku już w pierwszym
tygodniu grudnia, zaskakując całe miasto niską temperaturą.
Mężczyzna
trzymał w ręku gazetę codzienną, rozdawaną każdego dnia na osiedlu, a jego
palce zaciśnięte na papierze były wręcz sine z zimna. Pociągnął nosem i odczytał
nagłówek na pierwszej stronie. Tramwaj zadzwonił i drzwi z trzaskiem rozsunęły
się na boki, zapraszając do środka, z którego na zewnątrz wypłynęła fala
ciepła, tworzona przez małe, metalowe grzejniki pod oknem. Wszedł na górę po
schodkach i stanął przy poręczy rozcierając ręce.
Rękawiczki,
które dwa lata temu kupiła mu jego żona, jeszcze przed rozwodem, zostawił
w domu na kaloryferze. Była to jego jedyna para i chcąc nie chcąc,
powinien był pamiętać o ich zabraniu, mimo że źle mu się kojarzyły.
Tramwaj
ruszył ociężale i ze zgrzytem objechał całą pętlę. Różowy świt zawidniał za
blokami w oddali, dając nadzieję na słoneczny, choć mroźny dzień.
Mężczyzna był sam w jednym wagonie, a dopiero na drugim przystanku wsiadła doń
grupka ludzi, zajmując miejsca. Pomieszczenie wypełniło naraz kilkanaście
różnych zapachów; kawy, perfum, pasty do butów i miętowej gumy do żucia.
Czując, jak wraca mu czucie w przemarzniętych palcach, przerzucił kilka stron
gazety do przodu, zaginając róg na piątej stronie, gdzie była wzmianka
o odnowie kamienic, planowanej na najbliższą wiosnę.
Trzeci
przystanek.
Wśród
tłumu przecisnęła się do środka drobna postać, w czarnych kozakach na obcasie
i szarej, puchowej kurtce, sięgającej połowy ud. Kaptur przyozdobiony był
futerkiem, a w pasie kobieta miała zapięty pas ze srebrną klamerką. W
lewej ręce trzymała jednorazowy kubek z kawą z automatu, a na drugiej miała
zarzuconą torbę i grubą książkę, wciśniętą pod pachę. Rozejrzała się po
wagonie, starannie omijając wzrokiem mężczyznę, po czym zajęła wolne jeszcze
miejsce siedzące i potarła zaczerwieniony z zimna nos.
Otworzyła
książkę w połowie, zasłaniając okładkę, pociągnęła łyk kawy i rozpoczęła
lekturę. Widział jednak, że jej oczy po chwili przestały śledzić kolejne
linijki. Siedziała nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w kartkę i…czekała.
Czekała,
aż będzie znów ją obserwował, a wówczas – ku swojej satysfakcji – przyłapie go
znowu na gorącym uczynku. Jednak to się nie stało przez najbliższe piętnaście
minut, ani nawet później, gdy wychodząc z tramwaju minął ją obojętnie, mnąc w
ręce gazetę. Nie obchodziło go, czy zawiódł ją jakoś w ten sposób, ani czy nie
dostarczył jej dosyć romantycznych przeżyć, związanych z ich relacją pełną
dystansu, jak w tych czytanych codziennie przez nią książkach.
Zaczynała
go irytować jej obecność i te oczy, wyczekujące spotkania z jego własnymi na
każdym kroku…oraz ta jej dokładność, dbałość o szczegóły w każdym detalu. Zdawała
się być taka przewidywalna…Nie mając pojęcia o żadnych konkretach związanych z
jej życiem, byłby w stanie opisać jej reakcję na każdy jego ruch.
Ale
było też w tym coś interesującego; jakaś jego część pragnęła w życiu spokoju i
ładu, jaki ona sobą reprezentowała. Czyż nie byłoby to piękne, nareszcie mieć
wszystko ułożone…?
Święta spędziła u rodziny, gdzie
wszyscy wypytywali ją o pracę, starannie unikając tematu jej życia prywatnego.
Tydzień mijał powoli i spokojnie; całymi dniami gawędziła z rodzicami
pijąc herbatę lub bawiąc się z dziećmi swoich kuzynek.
Dziećmi,
których z jej strony nigdy nie doczeka się rodzina.
Bliscy
zauważyli jej problem już kilka lat temu, gdy żaden związek nie kończył się ślubem,
ani potomstwem. Gdy pochłonęła ją praca w przedszkolu i wciąż się zapierała, że
wystarczy jej opieka nad tymi dziećmi, i że kocha je, jak własne. Od tamtej
pory nikt więcej nie poruszał tego tematu, a każda opowieść bliskich o ich
cudownym życiu rodzinnym, była wynagradzana dodatkowym kawałkiem ciasta,
włączeniem ulubionego filmu w wigilijny wieczór, dostaniem najlepszego prezentu
i tak dalej.
Przywykła
do rutyny swojego istnienia.
Sylwestra
urządzały jej przyjaciółki, w domu jednej z nich, gdzie obiecały sobie wybrać
się na zabawę w centrum miasta podczas karnawału, w zamian za spędzenie
ostatniego dnia grudnia z dala od reszty ludzi. Kobiety były przeświadczone o
tym, że wyjdzie jej to na dobre, gdy kogoś wreszcie pozna, bo przecież w jej
życiu nie ma żadnej rozrywki. W kółko tylko czyta te romanse, a jedynym
mężczyzną, o którym mogłaby im wspomnieć, jest nieznajomy z tramwaju, którego
nic z nią nie łączy, oprócz jej chorych domysłów na temat tego, co może o niej
sądzić. Tymczasem najlepszym wyjściem dla niej, było nie wkraczanie w
czyjekolwiek życie i nie przeżywanie tego samego zawodu po raz kolejny. Jej
problemy mogłyby przerosnąć każdego, gdyby się z nimi zetknął, choć z boku
wyglądały one na błahostki.
Czuła
się zagubiona, będąc nawet w towarzystwie najbliższych. Wiedziała też, że żadna
z jej drogich koleżanek nie zaprosiła swojego męża, ani partnera, by nie czynić
jej przykrości. Była niczym ich mała, niedorozwinięta siostrzyczka, gąsienica
wśród motyli, którą należy się troszczyć z przesadną delikatnością.
Może
to właśnie takie traktowanie ubrało ją w kolorowe sukienki, nałożyło delikatne
cienie na pogodną twarz i sprawiło, że odechciało jej się cokolwiek w swym
życiu zmieniać…
Odchylił się do tyłu na kuchennym
krześle, wciągając zapach mocnej, porannej kawy. Mieszkał w tym miejscu od
dwóch lat, kiedy został zmuszony opuścić wspólny dom jego i byłej żony.
Kawalerka w cuchnącej kamienicy dostarczała mu tego, co potrzebne do przeżycia;
miał dach nad głową i minimalny dochód ze sklepiku w centrum miasta. Mijał
właśnie ciężki dla niego okres, kiedy turystów nie ma prawie w ogóle, a staroci
szuka u niego jedynie kilku stałych klientów. Dodatkowo wysoko opłacane miejsce
w starej dzielnicy…
Westchnął.
Gdyby
miał z tego życia choć odrobinę szczęścia, jakąś odskocznię od codzienności… Tymczasem
żona nie pozostawiła mu nawet dzieci. Taką samolubność i przebiegłość
kojarzył z kobietami…Nie miał siły próbować nigdy więcej; starać się od nowa
osiągnąć coś, co prowadzi w końcu do sytuacji bez wyjścia.
A
równocześnie nie miałby serca którejkolwiek kobiety wykorzystać.
Mały,
wysłużony już telefon komórkowy zabrzęczał na stole. Zerknął zaskoczony na
ekran, na którym widniało imię jego starego przyjaciela, którego ostatni raz
widział na swoim ślubie. Potarł czoło z roztargnieniem, po czym podniósł do
ucha słuchawkę.
-
Słucham? – Jego niski, donośny, ale i przyjemny głos, poniósł się po mieszkaniu.
-
Witam cię, przyjacielu! – Zabrzmiał pogodnie jego znajomy, po którym słychać
było, że denerwuje się tą rozmową i obawia, że spotkają go cierpkie słowa,
związane z tym, jak długo się nie odzywał. – Co tam u ciebie słychać? Wiesz, że
byłem w Anglii ładnych parę lat…
-
Wiem. – Przerwał mu, lecz po chwili złagodniał; - Pamiętam, jak odwoziliśmy cię
na lotnisko z… - Urwał na chwilę. Z kimś, kto już dla niego nie istniał.
-
A, tak…wiem o…o całej sprawie. – Usłyszał słowa kolegi, oczyma wyobraźni
widząc, jak drapie się po głowie, po drugiej stronie słuchawki, a wzrokiem
szuka czegoś po pokoju. Znał go bardzo dobrze, jeszcze ze szkolnych czasów. –
Tak sobie pomyślałem, że może zechciałbyś się ze mną zobaczyć po tylu latach,
co? Wiesz…niedługo będą organizować jakieś zabawy karnawałowe, można iść się
rozerwać! – Zarechotał do telefonu głosem przepalonym papierosami i odchrząknął
po paru sekundach. – Przepraszam cię, stary, że tak wyszło…ale pogadamy jeszcze
o tym, co? Zobaczymy się…
-
Czy to wyjście na miasto jest konieczne? – Jak zwykle przeszedł do konkretów,
związanych ze spotkaniem. – Wiesz, że nie przepadam za hałasem…
-
Och, znam cię jak własną kieszeń! Ale zaufaj mi tym razem i chodźmy gdzieś
zaszaleć, póki jeszcze kręgosłup mi nie nawala… - Znów się roześmiał, tym razem
wywołując uśmiech także na twarzy swego przyjaciela. – No, dwudziesty luty,
zabawa karnawałowa niedaleko rynku, wstęp tylko po założeniu maski. – Odczytał
przygotowaną wcześniej ulotkę i zaczekał na odpowiedź mężczyzny. Tamten
chrząknął, rozbawiony lekko faktem, że należy zakładać maski, po czym
stwierdził, że nie jest to najgorszy pomysł, bo nie będzie zobowiązany do
tłumaczenia wyglądu swojej twarzy nikomu.
-
Wiesz, maski będą rozdawać prawdopodobnie na miejscu, więc idziemy, co? Za
wejście płacimy symboliczną piątkę, a jakieś piwo ja ci postawię, nie?
-
Zgoda…W takim razie dwudziesty lutego…Dobrze. – Odparł zerkając na kalendarz.
Sobota.
Rozłączył
się i uśmiechnął pod nosem. Może nie był to taki zły pomysł?
Dziewiętnastego wsiadła do tramwaju
jak zwykle o siódmej trzydzieści i zajęła swoje miejsce pod oknem. Napiła się
kawy ze styropianowego kubka, a odchylając głowę lekko do tyłu, odsłoniła
bladą, długą szyję, na którą zapomniała dziś założyć szalika. Włosy spięte
czarną klamrą połyskiwały w świetle jarzeniówek w tramwaju, a on przyglądał się
jej niemal bez wyrazu twarzy, podczas gdy jego podświadomość szukała odpowiedzi
na to, dlaczego dziś nie czyta rozłożonej na kolanach książki.
Założyła
niesforny kosmyk włosów za ucho i odchrząknęła subtelnie, a ów odgłos idealnie
pasował do całej jej postaci. Był wręcz pewien, że jej delikatny głos brzmi
tak, jakby sam był ubrany w kwiecistą sukienkę i buty na obcasie.
Odwróciła
się z jego stronę i mimo drżenia powiek, odważyła się spojrzeć prosto w jego
oczy, z poważnym wyrazem twarzy. Jej usta pragnęły się wykrzywić w
uśmiechu, którym codziennie witała dzieci w przedszkolu, lecz nie pozwoliła im
na to. Patrzyła jedynie przez kilka sekund, wbijając w niego spojrzenie swych
intensywnie niebieskich oczu, przesiąkniętych jakiegoś rodzaju ciepłem, które
nie pozwalało kojarzyć jej z lodem, lecz ze skąpanym w słońcu morzem…
Nie
mógłby tego znieść, gdyby w końcu nie odwróciła twarzy w przeciwną stronę. Była
zbyt idealna, zbyt wiele wspomnień przywoływała mu na myśl jej osoba. Jej
sposób bycia, poruszania się…Tylko te dwa szafiry były zupełnie inne od tych
chłodnych, choć czarnych jak węgiel oczu jego żony.
Gdy
tramwaj się zatrzymał, wysiadł o jeden przystanek za wcześnie i cisnął gazetę
do kosza po drodze. Oglądnęła się za nim, kiedy drzwi zatrzasnęły się z hukiem
i zmarszczyła brew. Czy powinna była się zastanawiać, dokąd poszedł?
Po raz pierwszy od kilku lat, ubrała
prostą, czerwoną sukienkę, dopasowaną niegdyś do jej ciała, a dziś trochę za
dużą w niektórych miejscach. Przyjaciółka klasnęła w dłonie i wstała z
miejsca;
-
Mówiłam, że będziesz wyglądać przepięknie w odważniejszym kolorze! – Stanęła
obok kobiety przed lustrem, zawieszonym na ścianie przy szafie. – Powinnaś też
rozpuścić wreszcie te włosy. Chyba od lat nie widziałam cię w innej fryzurze… -
I nie zważając na protesty tamtej, pociągnęła za klamrę uwalniając z uścisku
długie, pofalowane włosy, sięgające parę centymetrów za odsłonięte łopatki.
Jasnobrązowa barwa, bez choćby jednego siwego włosa, opadła na jej ramiona po
obu stronach.
Kobieta
nawet nie odważyła się pisnąć słowem; stała wpatrzona w swoje odbicie i ledwo
oddychała. Nie patrzyła na siebie w rozpuszczonych włosach przez wiele lat,
unikała spoglądania w lustro po wyjściu z kąpieli, a na noc zaplatała sobie
warkocz. Nie mogła znieść tłoczących się w głowie wspomnień, związanych z tym
uczesaniem, kiedy uważała je za jedyne, w którym dobrze wygląda. Uwielbiała
swoje życie, uwielbiała gdy mężczyzna wtulał nos w jej gęste włosy, uwielbiała,
kiedy szeptał jej do ucha, że jest najpiękniejsza.
Ale
nie mogła być piękna, nie mogła być obiektem pragnień dla kogokolwiek, jeżeli
nie była w stanie dać temu komuś tego, czego pragnął. To byłoby oszustwo;
kusić kogoś po to, by go zawieść. Wiedziała dobrze, jak skończy się jej relacja
z każdym mężczyzną w tym wieku.
Stała
się niedostępna dla każdego.
-
Jesteś piękna, kochanie. – Przyjaciółka musnęła ją palcem po policzku. –
Zasługujesz na kogoś, kto to doceni. – Uśmiechnęła się do jej odbicia i
sięgnęła w kierunku szafki nocnej, na której postawiła kieliszek taniego wina.
Pół
godziny później, gdy wybiła dziewiętnasta, zadzwonił domofon i dwójka
pozostałych koleżanek czekała już na dole na przyjaciółki. Wciąż nieprzekonana
do swego wyglądu kobieta, włożyła na siebie puchowy, czarny płaszcz i
zaciągnęła brązowe kozaki, nie chcąc dłużej tracić czasu na zastanawianie się,
czy pasują one do sukienki.
Zamknęła
mieszkanie na klucz i zbiegły na dół po schodach, hałasując.
Wewnątrz lokalu było okropnie
duszno, ludzie tłoczyli się w nim już od dwóch godzin, wszyscy ubrani w
kolorowe stroje lub garnitury, a na twarzach nosili proste, choć pomalowane na
różne barwy, maski.
Przyszedł
tu ubrany w zwykłe spodnie, białą koszulkę i marynarkę. Zastanawiał się, kto
pierwszy zemdleje przez ten zaduch. Jego przyjaciel właśnie udał się w kierunku
baru po alkohol, kiedy właściciele klubu zdecydowali się uruchomić wiatraki
zawieszone pod sufitem. Na zewnątrz temperatura wciąż wahała się pomiędzy
trzema, a pięcioma stopniami Celsjusza, podczas gdy wewnątrz można było czuć
się jak w środku lata.
Wsparł
się na jednym z wysokich krzeseł i zaczął wodzić wzrokiem po wielopoziomowym
pomieszczeniu. Zlokalizował wyjście na dość spory taras na pięterku, niedaleko
tylnego wyjścia.
Przyjaciel
podszedł do niego i porozmawiali chwilę o jego pobycie w Anglii, starając się
przekrzyczeć głośną muzykę z lat dziewięćdziesiątych. Tłum rozwrzeszczanych
ludzi bawił się na środku parkietu pod nimi, choć wszyscy wyglądali na mniej
więcej dwadzieścia lub trzydzieści parę lat.
Kolejna
butelka chłodnego piwa sprawiła, że poczuł się nieco bardziej rozluźniony
i przestał przejmować się hałasem i natłokiem barw wokół. Maska okalała
jego oczy, zasłaniając połowę policzków i brwi.
Około
godziny dwudziestej, do lokalu weszła kolejna grupa osób, w której znalazły się
cztery przyjaciółki od razu wybuchające śmiechem, na widok napotkanej po drodze
pijanej pary, opierającej się o drzwi wejściowe.
Jego
wzrok padł na czerwoną sukienkę i sposób poruszania się tej kobiety pośrodku,
który wydawał mu się skądś znajomy, choć ani jej ubiór, ani długie, ciemne
włosy nie przypominały nikogo, kogo znał. Przyglądał się jej w zamyśleniu
jeszcze przez chwilę, po czym wrócił do rozmowy ze swoim przyjacielem.
Odeszli
od balustrady schodów przy wejściu i skierowali się w stronę baru, gdzie było
odrobinę ciszej i rozmawiało się lepiej. Byli jednymi z niewielu osób, które
przyszły tam porozmawiać. Prawie wszyscy szaleli tego wieczoru, podczas ostatniego
tygodnia karnawału.
Barman
stojący za ladą również miał założoną maskę, ale o wiele bardziej ozdobną, niż
goście. Ze znajdującego się obok pomieszczenia dla palących, wydostawała się
ostra woń dymu.
-
Nie skreślaj każdej po tym jednym błędzie. – Odezwał się nagle przyjaciel. –
Wiem, jak to jest, ale może po prostu nie pasowaliście do siebie. Współczuję
ci, ale takie jest życie. – Klepnął go po ramieniu. – Trzeba iść dalej.
Przyjaciółki wciąż spychały ją w
tańcu na bok, w stronę samotnie stojących mężczyzn, co wydało jej się już
znaczną przesadą i po paru godzinach miała tego serdecznie dość. Dlaczego nie
są w stanie zaakceptować jej wyboru? Wystroiła się i poszła na imprezę, co
zupełnie nie było w jej stylu. Wypiła nawet dwa drinki, a konkretnie to zostały
one w nią wlane przez koleżankę, by ją nieco ‘rozluźnić’.
Gdy
spostrzegła, że są w stanie bawić się bez niej i każda zajęła się czymś innym,
przecisnęła się przez tłum skaczących w rytm muzyki ludzi i dotarła do holu,
prowadzącego w stronę baru. Gdzieś tam powinna być łazienka.
Ruszyła
przed siebie trzymając się za głowę, jakby to miało uśmierzyć pulsujący ból
wewnątrz niej. Minęła rząd stojących przy ladzie wysokich krzeseł, a o uszy
obił jej się niski, męski głos, który wydawał się być brakującym elementem
jakiejś układanki, którą tworzyła od pewnego czasu w myślach.
Skierowała
się w stronę napisu ‘toaleta’ po drugiej stronie i coś ścisnęło ją od wewnątrz
za gardło, gdy kątem oka dostrzegła znajomy kształt szczęki wysokiego
mężczyzny, pochylonego nad szklanką. Potrząsnęła głową, a kosmyk włosów opadł
jej na czoło i założyła go za ucho, mijając obu panów.
Nim
jeszcze zniknęła za drzwiami łazienki, odwrócił się w jej stronę, przerywając
rozmowę i zawiesił na chwilę wzrok na jej postaci. Odchrząknął i upił
kolejny łyk napoju, po czym zwrócił się ponownie do przyjaciela, mając wciąż
przed oczyma kremową opaskę w czerwony wzorek, będącą niczym rama
cudownego obrazu, przedstawiającego głębię niebieskiego oceanu lub…błękit jej
oczu.
Lekko po północy dołączyli do nich
znajomi ze szkolnych czasów, ale długo z nimi nie zabawił; raczej nudziło
go towarzystwo tych gości, którym wszystko się układało i którzy
wymieniali się wciąż żartami, których chyba tylko on nie był w stanie zrozumieć
albo może nie miał zrozumieć.
Nie
chciał jeszcze wychodzić z klubu, gdy nie zaspokoił swojej ciekawości odnośnie
tej znajomej-nieznajomej w czerwonej sukience. Przyjemnym wyjściem nie było
także tłumaczenie się przyjacielowi, dlaczego już musi stamtąd iść. Ruszył
jedynie w stronę tarasu na piętrze, gdzie minął obściskującą się parę wspartą o
murek i po chwili zatrzymał się przy donicy położonej na płytkach przy końcu
balkonu.
Oparł
się na łokciach o balustradę i spojrzał na ubogi widok z tego miejsca; na
przeciwległą kamienicę, której parter zajmował nieczynny o tej porze
supermarket i na mrugający, stary neon z reklamą sklepu.
Jego
wzrok powędrował wyżej, na ciemne okna budynku, w których jedynym światłem,
było to, pochodzące z lokalu, które odbijało się od szyb. Zamyślił się i
dopiero po chwili zaczął odczuwać niską temperaturę na zewnątrz. Poprawił
marynarkę na ramionach i ponownie spojrzał w okna naprzeciwko, a wówczas
dostrzegł coś jeszcze.
W
jednym z nich odbijała się plama czerwieni, gdzieś za nim, niepochodząca od świateł
czy plakatu. Odwrócił się natychmiast i jego oczom ukazała się postać siedząca
na metalowym, tarasowym krzesełku.
Na
plecy zarzucony miała czarny płaszcz, głowę odchylała do tyłu, a powieki miała
opuszczone. Nogi jak zawsze złożone były pod kątem prostym, kolana się stykały.
Blada, delikatna skóra na odsłoniętej szyi, odznaczała się na tle ciemności
wokół. Czerwona sukienka marszczyła się na brzuchu z nadmiaru materiału, twarz
okryta była kremową maską we wzorek, a długie rzęsy rzucały cień na przypudrowane
policzki.
Coś
w nim drgnęło, coś zaczęło go w jej kierunku przyciągać, lecz stał dalej jak
zamurowany, nie będąc w stanie się poruszyć. Nie znał jej. Na pewno.
Niby
skąd mógłby pamiętać tę kobietę? Może minął ją kiedyś przypadkiem…ale na pewno
wówczas rzuciłaby mu się w oczy jej uroda i piękne, długie włosy, które opadały
jej na ramiona.
Drgnęła,
czując że ktoś stoi w pobliżu.
Natychmiast
skuliła się w miejscu i zasłoniła przód sukienki płaszczem, a po tym spojrzała
w górę, zachłystując się powietrzem. Nie była pewna, czy to dzieje się
naprawdę, ale dałaby sobie odciąć rękę, że to ten sam mężczyzna, którego
widziała jeszcze tego wieczoru przy barze.
-
Przepraszam… - Zaczął, czując się wyjątkowo niezręcznie. Przecież to
szaleństwo, żeby z powodu własnych domysłów, zakłócać spokój tej kobiecie.
Jednej
z tych kobiet, od których miał się trzymać z daleka, a do których miał słabość.
-
Nie, nie, nic się nie stało… - Zadźwięczał cichy głos, którego w ogóle się nie
spodziewał. Nie było w nim ani odrobiny tego pretensjonalnego, nazbyt
doskonałego tonu.
Wstała
z miejsca, a jej obcas zaszurał głośno na płytce.
-
Proszę się mną nie przejmować, już sobie idę. – Po raz pierwszy tej nocy poczuł
się cudownie ze świadomością, że jego twarz osłania maska.
-
Tak naprawdę ja też właśnie miałam zamiar stąd iść… - Nie był w stanie
zrozumieć, czy to zaproszenie, stwierdzenie czy kłamstwo. Coś jednak zmusiło go
do ruszenia za nią, kiedy udała się w stronę wyjścia z tarasu.
Czuła spojrzenie na swoim karku, ale
nie była w stanie się odwrócić. Nie mogła znów poddać się temu uczuciu, nie
mogła się dać zwieść pozorom, jakie sprawiały jego zachowanie i znajomy
skądś wygląd. Historie, które czytywała od dłuższego czasu, nigdy nie zdarzały
się naprawdę, a już na pewno nie w dwudziestym pierwszym wieku!
Minęła
rozbawiony tłum i miała wrażenie, że niebawem łzy napłyną jej do oczu, jak za
każdym razem, gdy miała okazję kogoś poznać, a marnowała ją przez swój strach.
Pobiegła do szatni i odebrała swoją torebkę, starając się nie martwić jeszcze
powrotem do domu, o tak późnej porze. Wiedziała, że przyjaciółki będą się nią
przejmować dopiero następnego dnia, gdy wytrzeźwieją. Potarła skroń i nie
oglądając się za siebie, opuściła lokal i szybkim krokiem ruszyła przed siebie
w ciemną ulicę.
Zacisnęła
oczy ze strachu, gdy usłyszała kroki za sobą. Niemal nie zemdlała, gdy przed
nią wyrósł jak spod ziemi wysoki mężczyzna w masce. Pisnęła i odskoczyła do
tyłu, po czym roześmiała się z nerwów i zakłopotania.
-
Zdaje sobie pani sprawę, że pcha się prosto w paszczę lwa, idąc samotnie do
domu o tej porze? Zrozumiem, jeśli ktoś tam na panią czeka, ale moja godność
nie pozwala mi zostawić pani samej pośrodku ciemności w tej okolicy, gdy wiem,
że chce pani bezpiecznie trafić do swego mieszkania…
A
więc zaryzykował.
Jego
słowa zabrzmiały tak niespotykanie, tak idealnie, jak tego pragnęła, że
wydawało jej się to niemożliwe i zaczęła winić swoją słabą głowę i dwa wypite
wcześniej drinki. Zaśmiała się ponownie i założyła kosmyk włosów za ucho.
-
Przepraszam najmocniej, ale nie mogę od pana wymagać sprawowania nade mną
opieki. Z pewnością sobie poradzę… - Zabrzmiała zbyt niewinnie, jak na
odważną czerwień na swojej sukience, a mimo to prawie jej uwierzył.
-
Jeśli jednak nie ma pani nic przeciwko, byłbym spokojniejszy, mogąc panią
odprowadzić choć kawałek drogi. Czy muszę nalegać?
Chłodny
wiatr wytrącił z powrotem jej włosy zza ucha, gdy skinęła głową i odparła;
-
Dobrze, zgodzę się na ten kawałek drogi, skoro jest pan taki uprzejmy. –
Przesunęła końcami palców po swojej twarzy i jej usta znów wykrzywiły się w
uśmiechu. – Chyba maski nie będą nam już potrzebne poza tym miejscem…
Przytaknął
i zatrzymali się przy ścianie kamienicy rozwiązując wstążki od ozdoby,
zakrywającej ich twarze. Sięgnęła do torebki, ukazując brzeg grubej książki,
którą ciągle ze sobą nosiła i wsunęła maskę obok niej. Zatrzymał oczy na tej
rzeczy i zmarszczył brew.
Skierowała
twarz w jego stronę i spojrzała na niego z ukosa.
Fala
gorąca zalała ich oboje, gdy rozpoznali swoje twarze i nie mogąc się poruszyć,
wpatrywali w siebie nawzajem. Usiłował coś odczytać z jej szafirowych oczu,
lśniących w świetle latarni stojącej parę metrów obok, ale jedynym, na
czym skupiał się teraz jego umysł, były wirujące w głowie wspomnienia.
Rysy
jej twarzy znał dobrze, jej gesty i sposób poruszania także. Nie wiedział,
jakie uczucie w nim teraz dominuje i ze wszystkich sił starał się oderwać wzrok
od jej oblicza, ale nie był w stanie tego zrobić.
Obserwowała
jego szarozielone oczy, prostą krawędź szczęki i policzki pokryte ciemnym
zarostem. Uchylone lekko usta, z których na zewnątrz wydostawała się para.
Oczyma wyobraźni widziała jego dłonie, wyciągnięte ku swojej twarzy, czuła
drapanie jego skóry na policzku, ciepło rozchodzące się po ustach.
Narastająca
bliskość, chęć zatrzymania tej chwili na zawsze…
Łzy
napłynęły jej do oczu, gdy ostatni raz spojrzała na jego twarz. Uniosła dłoń
w jego kierunku i już miała przyciągnąć do siebie tę słodycz, już była
bliska wsiąknąć w jego ciało, i już dotarła do niej woń jego ostrych
perfum, kiedy zerwała się z miejsca i wyminęła go prędko.
Puściła
się biegiem przed siebie, potykając co chwila w butach na obcasie. Rzuciła się
w kolejną uliczkę i nie zwalniając ani na chwilę, pędziła przed siebie
ściskając torebkę w prawej dłoni.
Dlaczego
znów to robiła? Dlaczego uciekała przed swoim przeznaczeniem po raz kolejny?
Nie
oglądała się za siebie, a głośno bijące serce zagłuszało wszystko wokół. Obraz
rozmywał się jej przed oczami, dopadało ją potworne zmęczenie.
Skręciła
raz jeszcze, w parkową aleję, gdzie stanęła pod jednym z drzew, z trudem
starając się złapać oddech. Ból nóg i głowy chciał doprowadzić ją do
szaleństwa, kiedy zrobiła jeszcze parę kroków w stronę pobliskiej ławki. Opadła
na nią bez sił, ciężko dysząc.
Skryła
twarz w dłoniach, bliska płaczu, gdy usłyszała kroki dobiegające z lewej
strony.
-
Dlaczego pani przede mną ucieka? – On także głośno oddychał. – Jestem aż tak
przerażający, gdy zdejmę maskę…? – Starał się roześmiać, ale chyba oboje byli
już zbyt na to zmęczeni.
-
Przepraszam…przepraszam za to. – Wydyszała.
Co
ona sobie wyobrażała? Musiała wyjść na kompletną wariatkę w jego oczach. Już
nigdy nie będzie mogła się mu pokazać, nie zniesie jego spojrzenia…
Ale
jeszcze nikt nigdy dotąd za nią nie pobiegł.
Zawsze,
kiedy uciekała, zostawała sama ze sobą. Sama, ze swoją decyzją, której nikt
nigdy nie był w stanie pojąć, ani zaakceptować.
Spojrzała
na pochylającego się nad nią mężczyznę, spomiędzy palców.
Czy
ta chwila była jej przeznaczona, podobnie jak każda ucieczka?
Minęła druga w nocy, gdy nadal
siedzieli na lodowatej ławce i rozmawiali o sobie. Oboje nie otworzyli się tak
przed nikim od lat. Aleja tonęła w mroku, a ulice ziajały pustką, ale wszystko
to zdawało się tej nocy nie istnieć.
Był
to przypadek, że znów się spotkali. Był to taki sam przypadek, jak ich
codzienne spotkania w tramwaju. Przecież stale się mijali, każde z nich miało
swoje własne, odrębne życie…Gdy ta noc się skończy, wrócą do swoich codziennych
spraw, zapomną o wszystkim, co się wydarzyło i nie będzie łączyło ich już
zupełnie nic, prócz ukradkowych spojrzeń każdego ranka czy wymienionych
uśmiechów każdego popołudnia.
Około
trzeciej nad ranem, zrobiło się jeszcze chłodniej, a mróz zaczął tworzyć wzroki
na pomalowanej warstwą lakieru ławce.
-
Wciąż jeszcze pani nie odprowadziłem, a jest już naprawdę późno…
-
Pani… - Szepnęła, przypominając sobie, że nawet nie zna jego imienia, a wie
niemal wszystko o jego dotychczasowym życiu. Wstała z miejsca i stanęła
naprzeciwko niego, kiedy ujął w dłonie jej twarz i przyciągnął ku
sobie.
Założyła
mu ręce za szyję i wcisnęła swoje usta w jego, z takim utęsknieniem i rozpaczą
wręcz, że nie był w stanie jej od siebie odsunąć. Wplótł palce w jej włosy,
chłonąc jej słodki zapach, smakując jej delikatność, upragnioną od tak dawna…
Wspierała
się na jego ciele, starając się być najbliżej, jak się da. Czuła, jak się
rozpływa, jak powoli przestaje istnieć, wraz z kolejnym poruszeniem się jego
ust. Pragnęła ze wszystkich sił, by ją zrozumiał, pragnęła by ją pokochał,
pragnęła by przy niej został.
Pragnęła
go, jak nikogo nigdy wcześniej.
Szli równym krokiem przez park, nie
odzywając się do siebie. Każde z nich zastanawiało się, jak od tej pory będzie
wyglądało ich życie. Jedna chwila zmieni w nim wszystko czy może odejdzie
w zapomnienie, jakby to był sen?
Czuła
się nadal nieswojo w sukience, którą wybrała jej przyjaciółka, bo zupełnie do
niej nie pasowała. Ale rozpuszczone włosy dodały jej swobody i poczuła się
wolna jak kiedyś, kiedy strach przed nieznanym nie zakładał więzów na jej
dłonie i nie krępował najmniejszego ruchu. Z każdym kolejnym krokiem miała
też ochotę ponownie założyć maskę, pozostać nieznajomą i chociaż jemu nie
sprawiać bólu, jaki wisiał nad nią i czekał tylko na odpowiednia porę, by
zaatakować każdego, który się do niej zbliży.
Wcześniej
stykali się dłońmi w marszu, a teraz idąc powoli, byli niczym dwa, zupełnie
obce dla siebie światy…
Wtem,
coś lodowatego chwyciło ją za szyję i odciągnęło ją do tyłu z taką siłą, że nie
zdążyła nawet krzyknąć. Nim się zorientowała, stała przyciśnięta plecami do
jakiegoś człowieka, który śmierdział alkoholem i trzymał nóż tuż przy jej
krtani.
Ręce
odruchowo zacisnęła na ramionach oplatających jej ciało, usiłując je od siebie
odciągnąć.
-
Chcesz, żeby nic jej się nie stało, to wyskakuj z pieniędzy. – Rzucił szorstko
w stronę mężczyzny, stojącego z przerażeniem na twarzy. Przesunął rękoma po
kieszeni i nie spuszczając wzroku z ostrza przyłożonego do jej szyi,
wyciągnął portfel.
Pijak
oddychał tak głośno, że dało się słyszeć charczenie w jego przepalonych
płucach, a z jego ust dałoby się wyczuć na kilometr, że pił od kilku
dni bez przerwy.
Kobieta
zakrztusiła się, czując jak pot zalewa jej czoło ze strachu.
Palce
zbielały na kostkach, od zaciskania ich na rękawach kurtki człowieka.
Z
trudem łapała powietrze w płuca, w głowie jej się kręciło. Mężczyzna rzucił
portfel pod nogi żebraka unosząc ręce w obronnym geście.
-
Zostaw ją. – Rzekł stanowczo. – Pieniądze są w środku. Weź je i zostaw nas
w spokoju!
-
Myślisz, że dam ci zadzwonić na policję? – Zacharczał wprost do jej ucha.
Pokusa jednak wydała się mu silniejsza i rozluźnił uścisk, schylając się po
własność mężczyzny.
Wykorzystując
tę chwilę, wyrwała się natychmiast, głośno nabierając powietrza
i odruchowo stanęła za plecami tamtego, spoglądając znad jego ramienia na
pijaka.
Ten,
czołgał się na kolanach i po chwili dźwignął się na nogi, wymachując w ich
stronę scyzorykiem. Wysoki mężczyzna rzucił się w jego stronę, starając się
skierować ostrze w stronę napastnika.
-
Nie rób tego! – Zawołała w jego stronę. – Musimy uciekać, zostaw go! –
Krzyczała, trzęsąc się w miejscu z przerażenia. Jej torebka spadła na ziemię
metr dalej, gdy odsunęła się od szarpiącej się dwójki.
Patrzyła,
jak żebrak siłuje się z nożem wycelowanym w jego klatkę. Nagle oboje upadli,
wytracając narzędzie z rąk, które upadło na bok. Stała jak wryta, nie wiedząc
co ma robić, łzy napłynęły jej do oczu.
Pijak
był zdecydowanie bliżej noża, w którego kierunku się zatoczył i ledwie drugi
mężczyzna zdołał się odsunąć, tamten rzucił się z impetem w jego stronę.
Wrzasnęła,
widząc jak jeden z nich kuli się i odsuwa w tył.
Żebrak
upadł na ziemię, pchając tamtego w drugą stronę, po czym rozglądnął się
z szeroko otwartymi oczami i spostrzegając, co uczynił, sięgnął po portfel
i puścił się biegiem w drugą stronę, potykając po drodze.
-
Boże, co on ci zrobił?! – Krzyczała pochylając się nad skulonym mężczyzną.
Plama krwi brudziła jego koszulkę na brzuchu. Drżącymi rękoma odchyliła go do
tyłu by się przyjrzeć. Widząc, jak z trudem może on oddychać lub chociażby się
poruszyć, ogarnęła ją fala paniki.
Rzuciła
się w stronę torebki, z której wyciągnęła telefon i zadzwoniła na pogotowie.
-
Nie odchodź ode mnie, słyszysz? – Uklękła przy nim, kładąc jego głowę na
kolanach. Cały się trząsł. – Wyjdziesz z tego, zaraz przyjedzie po ciebie
karetka…
-
Nie… - Zechciał coś powiedzieć, lecz ta próba wypchnęła tylko stróżki krwi z
jego ust. Szkarłat brudził także i jej ubranie, łzy puściły się strumieniem z
jej oczu, na ten widok.
Zaczęła
kiwać się lekko, z jego ciałem złożonym na swoich nogach.
-
Proszę, nie zostawiaj mnie! – Pisnęła i pocałowała jego czoło. Patrzył na nią
nieruchomo, jakby chciał coś powiedzieć, lecz krew blokowała mu usta.
Dlaczego
każda jej historia zamieniała się w tragedię? Czy była skazana na niesienie
innym tylko nieszczęścia?
Och,
ile by dała za to, by cofnąć czas, by nigdy nie zamienić z nim słowa, by nie
spojrzeć na niego ani raz, by pozostać na zawsze nieznajomą…i ocalić go przed
tym!
Płakała
na głos, przyciskając do siebie mężczyznę, który dał jej nadzieję na to, że jej
wymarzona opowieść o dwojgu ludzi, może być prawdziwa, że może dotyczyć właśnie
jej…
Wszystko
przepadało wraz z jego ostatnim tchnieniem, którego nie mogła mu przywrócić,
wraz z ciepłem, którego nie była w stanie w nim zatrzymać.
Wycie
syreny zjawiło się za późno, w chwili gdy zdecydowała się zamknąć mu oczy,
ślepe już na każde jej staranie, by ją pokochał. Ślepe na jej doskonałość i na
świat wokół.
Nie
była w stanie wydusić z siebie ani słowa, nawet gdy zabrali jego ciało, gdy
potrząsali nią, usiłując się porozumieć. Pytali, czy ona także jest ranna, szarpali
się z nią, kiedy próbowała uciec…
Jednak
nie mogła uciec dalej, niż do tego miejsca.
Nic
nie mogło już cofnąć czasu, ani zatrzymać go przy życiu. Straciła wszelką
nadzieję, jaką dawała jej jego obecność.
-
Proszę tu zaczekać, aż zjawi się policja. – Usłyszała polecenie, kiedy
ratownicy sadzali ją na ławce pod drzewem i otulali jej ramiona kocem. Czerwień
sukienki namokła od znacznie ciemniejszego odcienia, podobnie jak jej nogi,
obmyte jego krwią.
Karetka
odjechała powoli, bez sygnału, a na jej miejscu pojawił się samochód policyjny.
Niebieskie światło padało na jej twarz, na smugę szkarłatu na jej ustach, które
musnął palcem, leżąc jeszcze w jej ramionach.
Ją
także opuszczało już całe ciepło.
Szafiry
w jej oczach gasły powoli, gdy osunęła się do przodu na ziemię, na oczach
policjantki, zbliżającej się w jej kierunku.
Cóż
mogła jej o nim powiedzieć? Nawet nie znała jego imienia…
Byli
sobie przeznaczeni jedynie jako nieznajomi…
Vuohi