poniedziałek, 29 grudnia 2014

To Wish Impossible Things

Dotyk...
Na palcach wspięta, wpleciona
I na szyi, i na policzku, i w mych marzeniach
Lecz nigdy na mych ustach

Chłód pomiędzy powiekami
Lepka, mokra skóra pod oczami
Z Tobą, czy też bez Ciebie
Istnieję...

Niestety.

Wszędzie światła, dopóki jesteś
Barwy rozsypane po niebie bez znaczenia dla mnie
Bo przy obrazie Twych oczu,
Przy uśmiechu tym, o zmroku
Nie ma dla mnie nic

I znów marzę, marzę o rzeczach niemożliwych...
Na ten jeden moment pozwalam sobie
By rzeczywistość opuściła mnie zupełnie
Jak zawsze, kiedy się zbliżasz

Oddech...
Tracę go, gdy rzucasz cień na mój policzek
Ze wszystkich sił pragnę...
I powstrzymuję się

Dlaczego to wszystko musi być aż tak bolesne...?
Dlaczego tę słodycz, będę połykać z żalem jako gorycz
Przez kolejne lata
Dla tej jednej chwili, rozsypuję całe swoje życie

U Twych stóp chcę je poukładać
Choć to niemożliwe;
Dlatego tak boli mnie Twa obecność
Chciałabym utonąć w Tobie,
A nie mogę przecież po raz kolejny...

Bo nie ma Ciebie tak naprawdę

Żyję swym wyobrażeniem o Tobie
Uciekam codziennie ku Twym niewidzialnym skrzydłom
Tulisz mnie do siebie,
Ściskasz ze wszystkich sił, aż...
Otwieram oczy

I nie ma Ciebie tak naprawdę

Chcę zapłakać, wiesz?
Lecz nie mogę już z Twego powodu
Wyczerpałeś mnie, moje studnie wyschły z tęsknoty
Czując, że jesteś
Zbyt daleko, by Cię dotknąć
Zbyt daleko, by Cię pokochać

Wstydzę się swoich łez
Marząc o tym, co niemożliwe
Umieram cicho
Łudząc się, że moje łóżko
Zapadnie się przez tę ciemność
I zamieni się w Twoje ramiona

Dlatego codziennie dręczy mnie sen o lecie
Kiedy noc była wyjątkowo chłodna
Choć dzień parzył nas we włosy

Przy Twoim boku, nie widziałam niczego
Tylko szyja...
Skóra drżała
Gdy zbierałeś z niej woń delikatnie, po trochu

Mogłabym porzucić swe nogi
A jedynie odbić się duchem od ziemi
Bo przecież dziś jestem dla Ciebie
Najważniejsza
Tylko ja istnieję

Czyż nie tak mówiłeś?

Lód pomiędzy nami
Lód pomiędzy nami
Dłonie splecione i mokre
Wiem, jak się to zaczyna
Czuję, jak to trwa
Znam tego zakończenie

Pozostawisz tylko cień po sobie
I zabronisz mi płakać, pocieszając to dziecko we mnie,
Które kochałeś nosić na rękach
I które karmiłeś bajkami o miejscu...

Które nie istnieje
Ale wierzyłam w nie z całej siły
Podobnie jak wierzę teraz w Ciebie, że jednak jesteś

I jeśli jesteś...
Jeśli nie jesteś tylko niemożliwym do spełnienia marzeniem...

Odezwij się proszę
Odwiedź mnie poza snem
Obudź mnie
Przytul mnie, błagam, przytul

Jest zbyt zimno na ziemi bez Ciebie
Moje łzy zamarzają na wietrze
Dziś wyrzucam z siebie wszystko
Co zabroniłeś mi pokazać w Twej obecności

Boże, jakiś Ty niesprawiedliwy!

Czy właśnie cierpię, by siebie ocalić?

To przecież gorsze, niż raz uciec,
Zapomnieć, spróbować
Dotknąć Cię i skosztować...

I umrzeć natychmiast, gdy to się stanie

Marzę, marzę i śnię o nieistniejących słowach,
Które mógłbyś wypowiedzieć stojąc nad moim czarnym łożem
I czuję już Twoje ciepło przy sobie
Topnieją troski i tęsknoty
Tylko po to, bym zbudziła się po raz kolejny...


Z pragnieniem śmierci
Tak okrutnie przejmującym,
Że wręcz...

Prawdziwym



Vuohi

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Uschnięta

Nie potrafię zapłakać już wcale
Mimo żaru toczącego się spod wyschniętych powiek
Nie potrafię ugasić go łzami
Rzęsami zawadzam o me kwiaty uschnięte
Dławiąc się pustką toczę w ciemność dzień kolejny
Ranię kolana i łokcie na szkiełkach stłuczonych witraży
Czerwień rozlana na tle marmuru maluje ciemne obrazy
Z odrazą dotykam swej skóry
I nie potrafię zapłakać już więcej
Załatać chcę dziury i spoić jedno z drugim
Łodygi złamane skleić pajęczyną

Gdyby choć jeszcze raz jeden...
Spojrzał na mnie tak, jak kiedyś

Wyleczyłby mnie wodą napełniając każdą z mych tęsknot
Utopiwszy wszelkie lęki moje
Zechciałby stać się jedynym źródłem
Tkwiący w oku lodu odłamek
Byłby powodem dla wilgotnego śniegu na mych ustach
Nie potrafię zapłakać już wcale
Choćbym to miała za największe marzenie
Dopóki nie ma go na tyle daleko
By mógł naderwać nici którymi zszyłam serce
Nie mogę płakać już więcej
Nie mogę płakać i nie chcę
Lecz czym jest smak czegokolwiek
Bez soli roztartej na dolnej wardze
Czym życie moje jest bez woni tego ciała...

Och, zgubiłam cię na zawsze;
Uschnęłam tutaj sama


Vuohi

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Inside

Wypuść mnie na zewnątrz...
Do miejsca, w którym mnie pogrzebałaś,
Nie dociera ani trochę światła
I tak tutaj...okropnie zimno
I zbyt ciasno, bym mogła swobodnie oddychać

Wypuść mnie na zewnątrz,
Nim zupełnie zamarzniesz
Nim Cię rozszarpie Twa gorycz od środka
I zanim strach Cię połknie...

Wyciągnij mnie na powierzchnię
Ryjąc każde z moich imion
Na zbielałej Twojej twarzy
I wciśnij mnie pomiędzy swoje codzienne myśli,
Tak, jak to było kiedyś...

Uwolnij, uwolnij, unieś mnie, unieś
Dotykaj mocno, mimo połamanych palców
Smakuj mnie, wbijając we mnie język z całej siły
Tak, bym nie potrafiła odczuwać niczego innego...

Tak, by ten ból rozkoszą mnie wykończył.

Wytargaj mnie spod warstwy tego brudu
I pozwól mi rozwinąć pąki
Jakkolwiek mnie nazwiesz tym razem,
Przyjdę do Ciebie w ciszy, by Cię ogłuszyć

Wykrzywiona w modlitwie znów płaczesz
Jakbyś wierzyła, że będzie inaczej
Unikasz mnie, bo wiem, czego pragniesz
Wypuść mnie na zewnątrz nim ponownie zaśniesz!

Przyniosę Ci noce bezsenne
Wydrążę tunele bezdenne
Zwrócę Ci łzy przed snem wiecznym
Tylko mnie uwolnij, uwolnij i kochaj...

Pragnij mnie.

Nie masz nikogo póki jestem tak blisko
To dla mnie upadasz, kłaniasz się nisko
Nie chcesz mi ufać, lecz ja wiem już wszystko
Pod skórą Twą swoje uwiłam łożysko

Wypuść mnie na zewnątrz;
Tak stęskniłam się za światłem!
Tu jest wciąż okropnie zimno
I zbyt ciasno, bym mogła oddychać...


Potworze ludzki...Wstydzie, ohydo!
Ukrywasz mnie, me towarzystwo Ci zbrzydło?!
Rozerwę Cię więc, gdy zechcesz choć mnie dotknąć
Przenigdy nie dane Ci będzie odpocząć!

Zwiesz mnie koszmarem, nienawiścią, nałogiem
Gdy niosąc Ci ulgę ponownie przychodzę...
Gardzę Tobą, gardzę, choć kocham, jak matkę;
Zrodziłaś mnie, zraniłaś i...

Zabiłaś nas przypadkiem...



Vuohi

poniedziałek, 17 listopada 2014

Głos wewnętrzny | Przebudzony |

W codziennej walce o prawdę
Jedyne, co prawdziwie mnie przepełnia,
To hipokryzja,
Obłuda, fałsz i kłamstwo.

Gdy nadal tu  j e s t e m...

"Rozszarp je, rozszarp swe blizny..."
Hymn śpiewany przez moje myśli
Hymn całej mojej nienawiści

Wyzbądź się serca, wyzbądź się duszy
Na cóż potrzebny ci ten starty obłok,
Niegdyś uczuć pełen, niegdyś miłości pełen...?
Dziś nawet nie umiesz już ukryć tego, jaka jesteś.
Ty nawet nie próbujesz...

Kochaj całym sercem, by potem je stracić
Kochaj tak namiętnie, aż ten ogień cię strawi
Kochaj całym ciałem, by potem je zabić
Kochaj i kochaj, aż miłością się udławisz

Uderz mnie, ukłuj i wbij we mnie swe zęby
Zaciśnij z całej siły, zaciśnij te więzy
Chcę umierać, umierać, umierać rozpaczliwie
Bo nie mogę znieść swego odbicia w lustrze

Nie mogę znieść oczu wpatrzonych we mnie
Jakbym była tą, którą zawsze być chciałam
Jakbym zamiast przynosić gorycz, taką słodycz dawała...

Nie zniosę już dłużej widoku tej bieli;
Niosę jej kolejną, długą, krwawą burzę
Chcę przerwać, rozerwać, rozgnieść tę ciszę
Szarpnij mnie, popchnij, daj mi swój gniew wykrzyczeć!

Kim jesteś teraz, odpowiedz, kim jesteś?
Skrywałaś się przecież tak długo przede mną,
Że twarz twoja obca, zmieniona, jak nigdy
Nie miłość; nienawiść, wyrządziła ci krzywdy

Chcesz dać temu upust, ja wiem, czego chcesz
Chcesz, by wszystko wróciło, chcesz cierpieć i gnić
Widzę, jak się męczysz; ani łzy nie możesz uronić
Za uśmiecham nie skrywasz już bólu miłości,
Lecz rządzę swej krwi, lecz smak nienawiści

Co się stało z całym pięknem twoim?
Bywało ukryte głęboko pod skórą...
Odgrzeb je, rozgrzeb, wykop na powierzchnię
Przecież musisz je znaleźć, musisz odzyskać!

Rozszarp je, rozszarp swe blizny!
Uderz w nie i niech skóra krzyczy
Niech zaleje tę biel zimną czerwona lawa
Ucieknij w to, wejdź jak najgłębiej...

Nienawidzisz siebie, nienawidzisz mnie!

Nienawidzę siebie, nienawidzę cie!

Chcę rozbić to lustro i przejść na twą stronę,
Uciszyć cię wreszcie nim zupełnie spłonę,
Nim w czerwieni znów utonę,
To ciebie rozerwać chcę, nie swoją skórę
Zamknij się wreszcie, zamilcz na zawsze!
NIE POTRAFIĘ PRZEZ CIEBIE NA SIEBIE PATRZEĆ!!!

Uderz mnie, ukarz, rozetnij, zabij

Niech mnie dosięgnie kara za nienawiść 
Tak bardzo kochałam, że zgniła ta miłość we mnie,
Szukałam w sobie prawdy...

I błądziłam nadaremnie...



13.11.14, 
Vuohi

piątek, 19 września 2014

Nie ma miłości

Nie ma miłości ani trochę
Ani cienia jej nie dostrzegam
Ocierając się o nią po drodze
Coraz dalej nieświadomie uciekam

Nie ma róż rzuconych na drogę
Ani miękkich płatków, ani pąków kwitnących
Unosi się zapach tych zgniłych kwiatów
A pod nogami kolce, kolce i kolce…

Bronię zawzięcie dóbr mi najbliższych
Gdy najważniejsze umyka przez palce
Dławię się ziemią tak bliską mym snom
Nie mając odwagi wyciągnąć choć dłoń

Ku marzeniom wiszącym nad moją skronią
Karmię się piachem, połykam kamienie
Gdy w górze kwitną poza mym spojrzeniem
Jabłka, czereśnie i wiśnie

Skąpane w czerwieni odcieniach
Skąpane w czerwieni odważnej
Ja w starych swych tonę wspomnieniach
I ziemią się dławię, dławię i dławię…

Nie ma miłości ani trochę
Nic nie może do snu mnie utulić
I nikt mnie w swych ramionach nie zamknie
Gdy ten jeden raz chcę swoją mieć klatkę;

Dom złoty, drzwi na klucz zamknięte
Z czerwienią wokoło kwitnącą
Wzniesiony na bladym obłoku,
Gdzie ziemi, gdzie gruntu nie sięgnę…

Lecz nie ma miłości ni trochę.
Ja w szarych tu barwach rdzewieję
Bojąc się wzrok podnieść ku górze
Przetartą porzucam nadzieję

I tylko kolce, kolce i kolce…
Kaleczę stopy, na ziemię upadam
Wówczas zwracam się twarzą ku niebu;
Marzenia, te wiśnie kwitnące…

Ich czerwień na zawsze przepada



Vuohi

środa, 10 września 2014

Znam Ją.

Rozpoznałam Ją pośród tłumu.

Ubrana jak zwykle, na czarno, z akcentem bieli na szyi i nadgarstku.

Trzymała w ręce dobrze znany mi przedmiot:

Zeszyt do nut. Pusty.

 

Nie musiała go otwierać, bym wiedziała, co jest w środku. Było tam dokładnie to samo, co na dnie Jej bladych, cichych oczu:

Nic.

 

Zaciśnięte usta, włosy spięte w ciasny kok, z którego jeden luźny kosmyk opadał na czoło.

Po obu stronach białej twarzy, ciągnął się ledwo widoczny ślad, coś jakby przedłużenie linii ust.

Blizna, po zaszytym dawno uśmiechu.

 

Udawałam wciąż, że Jej nie widzę, kątem oka łakomie obserwując każdy szczegół.

Nic się w Niej nie zmieniło, ani odrobinę. Ona także starała się unikać mojego wzroku.

Mimo, że prawie nigdy nie otwierała ust, potrafiła sprawić, że wszystko wokół nagle milkło.

Jarzeniówka zamigotała z niepokojem nad Jej głową, jednocześnie wabiąc moje spojrzenie.

 

I nasze oczy spotkały się na chwilę:

Poczułam odłamki lodu wbijające się w źrenice. Wstrzymałam oddech i cofnęłam się o krok, ale było już za późno, by uciec. Jej chłód zacisnął dłonie na mych ramionach, wciskając swe pazury w mą skórę.

 

W momencie cały świat zwolnił i przestał szumieć. W jednej chwili cały kolor odszedł ode mnie i wyblakło dosłownie wszystko.

A Ona stała teraz ze mną twarzą w twarz, z iskierkami gniewu w oczach.

Oślepiała mnie tym spojrzeniem, mroziła mi powieki i przekłuwała policzki, by je również uczynić tak niewzruszonymi, jak Jej.

 

- Moja Samotności…

Chyba trochę mi Ciebie szkoda.

I trochę żal mi też siebie…

 

Skostniałaś, tak i ja teraz skostnieję.

Nie mogłam się od Ciebie uwolnić.

I w moim gardle, jak i w Twoim, krzyk ugrzęźnie -

pozostanie tylko cisza.

I może jakiś strach, malujący się za którymś z naszych oczu.

 

Tylko Ty wiesz, i tylko ja wiem, o naszej cichej tajemnicy:

Mrok pożreć umie śmiejące się oczy,

A „wśród tłumu, jest się także samotnym”…


Vuohi, 10.09.14

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Przebrzmienie melancholii

Choć w życiu ran od dawna los nie oszczędzał mi
Starałam się pokazać, że sił wystarczy by
Ostatni raz wykrzyczeć, że się nigdy nie poddałam
To jedynie siły wyższe duszę mą wyrwały z ciała

I walczyłam tak zawzięcie; nieraz brakowało tchu
W pogoni za mym sercem, chciałam czas zatrzymać znów
Do ostatniego mego dnia, do ostatniej mojej łzy
Nie pojęłam wciąż, że nigdy nie przestałam śnić

I na jawie śniąc, tak marzyłam wciąż...
O smaku

'Który ze wszystkich znanych mi
Zdawał się być najpiękniejszy,
Którego me usta łaknęły z całych sił...
Lecz nie poznały po dzień dzisiejszy.'

I tak śniłam, a z dnia na dzień, coraz głębszy był mój sen;
Nawet nie spostrzegłam, jak ciemność pochłonęła mnie...

środa, 30 lipca 2014

Przemijanie

Potrzebowałam Cię.

Potrzebowałam Cię przez bardzo długi czas, tak bardzo, że nie byłbyś teraz w stanie tego sobie nawet wyobrazić. I wiem, że Ty także kiedyś czułeś prawie to samo, ale...ja to przeoczyłam.
Ze wszystkich moich wspomnień, najbardziej rzeczywistymi są...kącik Twych ust, na który zwróciłam uwagę, kiedy pewnego razu się uśmiechnąłeś, opowiadając coś. Czerwień, biel i czerń, skupione w jednym punkcie, towarzyszące mi przez długi czas, bo wierzyłam, że pochodząc od Ciebie, muszą być magiczne. Jak talizman, odganiający czarne chmury w mojej głowie.
Zapach, którego nigdy nie umiałam nazwać, ani do niczego porównać...wiedziałam, że rozpoznam go na pewno następnym razem, ale...on zniknął. Możliwe, że to nie Ty tak słodko pachniałeś, a jedynie moja głupia miłość, naniosła wówczas na Twoje zimne ciało tę woń, dodała blasku twoim oczom...I teraz, gdy już mnie opuściła, pozostawiając w moim wnętrzu czarną jaskinię, jakby była wodą, która latami rzeźbi przylegające do niej skały...zwyczajnie nie mogłam ponownie odnaleźć w Tobie tych samych cech.
Ukochanych zalet, za którymi tęskniłam. Ukochanych wad, na które chciałam móc narzekać każdego dnia...
I pamiętam też huśtawkę, która nigdy nie zawisła na drzewie w naszym ogrodzie. Do dziś pozostała jedynie obrazem, który stworzyłeś swoimi obietnicami, podobnie jak nasz ogród, nasz dom, jak nasze wspólne śniadania i...jak my sami.
My też nigdy nie zaistnieliśmy.

Potrzebowałam cały czas Ciebie, czy może...potrzebowałam kogokolwiek, kto potrafił mnie naprawić...?
Chyba tylko Ty mogłeś, i chyba tylko Ty możesz.
Bo przecież sam nauczyłeś mnie, jak siebie zniszczyć, a ja widziałam w tym jedyną drogę, by Cię naprawdę zrozumieć. Doprowadzanie siebie samej do upadku, było takie piękne, z Tobą u boku...
Szkoda tylko, że na dnie mi Ciebie zabrakło.

Choć może wcale nie szkoda, nie szkoda mi siebie samotnej. Modliłam się przecież, byś nigdy nie utkwił w kompletnej ciemności, i byłam tym zajęta tak bardzo, że nie zauważyłam, jak daleko zaszłam. W jednej chwili moje płuca wypełniła Twoja nienawiść, bo przecież zostawiłam Cię na brzegu i...
Utonęłam samotnie.
Nie sądziłam, że mogę być taką egoistką, jaką wszyscy, których kochałam, zaczęli mnie nazywać. Ale musieli mieć rację, bo byłam tak zaślepiona własną potrzebą ukojenia strachu przed samotnością, że raniłam każdego, kto się do mnie zbliżył, swoją fałszywą miłością.
Fałszywą. Fałszywa jestem.
Oto przyznaję się do posiadania cech, których nienawidzę i nie rozumiem u ludzi. Widocznie przyszedł czas, by pogodzić się z tym, że i ja jestem człowiekiem. Niestety.
Człowiekiem też jestem.

I jednym z mych ludzkich zachowań, było także nieustanne pragnienie Ciebie.
Zlepiając kącik Twych ust, trzy barwy, huśtawkę, nasze nieistniejące wieczory, noce i poranki...tworzyłam obraz kogoś, kim nigdy nie byłeś. A potem zarzucałam Ci, że nosisz maskę, że się zmieniłeś. Tęskniłam za Tobą, a gdy wracaliśmy na chwilę by porozmawiać...płakałam, bo nie potrafiłam zaakceptować tego, że nie ma w Tobie niczego, co znałam.
Teraz widzę, że wszystko to było tylko wytworem mojej wyobraźni.

Popchnąłeś pierwszą kostkę domina, obiecując coś, czego wiedziałeś, że nie spełnisz, ale chciałeś po prostu bym zasnęła w spokoju, bym nie traciła do Ciebie zaufania. Reszta działa się dalej sama; wszystko burzyło się wewnątrz mnie po kolei.
I jeśli jest coś, o czym nie chcę jeszcze teraz myśleć, bo nie jestem na to gotowa...to jest to pytanie:
"Czy kochaliśmy się w ogóle?"
Czy może każde z nas nie zdążyło się nawet poznać, ale stworzyło swój własny obraz tego drugiego, oczekując czegoś więcej...?

Potrzebowałam Cię...ale pozostało mi tylko patrzeć, jak powoli o mnie zapominasz. Jak odchodzisz i nawet nie spoglądasz za siebie. Może zrobiłeś to...bo Ty też mnie potrzebowałeś. I myślałeś, że za Tobą pobiegnę, złapię Cię za ręce i pociągnę w przeciwną stronę lub...odejdę z Tobą. Tak czy inaczej, odległość między nami rosła, pozwalając wszystkiemu przemijać, jak to zwykle w życiu jest.
Przemijanie.
Czas nigdy nie miał dla nas litości, ale mimo to...ufam mu i mam nadzieję, że dobrze wie, co robi.

Bo właśnie on, uczynił kącik Twoich ust miejscem dla każdej, pełnym fałszywych słów ukrytych gdzieś głębiej, pod językiem. Czerwień, biel i czerń zamienił w kawałek plastiku, wciśniętego w moje stare rzeczy. Sprawił, że Twój wyjątkowy zapach przeminął i stał się czymś równie nierealnym, co huśtawka zawieszona na drzewie w naszym ogrodzie.
Bardzo się postarał, by mnie wyleczyć, i prawie mu się to udało.

Jednak ów Czas, nigdy nie potrafił mieć wpływu na moje sny, w których ciągle do mnie powracasz. I chyba stałeś się dla mnie tylko bólem, zmiętym i porzuconym przeze mnie, choć wbrew mej woli, zalegającym gdzieś na skraju mojego serca. A ponieważ wciąż jeszcze istniejesz...potrafisz nadal sprawiać mi przykrość.
Przykrość.

Jest mi cholernie przykro, że pokazujesz mi, że Cię nie obchodzę i sprawiasz, że mnie obchodzisz. Przykro mi, że muszę się o Ciebie martwić. 
Przykro mi, że wszystko musiało tak po prostu przeminąć, choć wiem, że żadne z nas by tego nie przeżyło...

Dlatego właśnie...
My nigdy nie zaistnieliśmy.



Vuohi

poniedziałek, 21 lipca 2014

"Obecność" - Rozdział 15 [fragment]

Stała na pagórku, gdy było jeszcze wcześnie i wschodziło słońce. Mgła powoli opadała, tańcząc gdzieś na dole, u jej stóp. Czuła się jakby chodziła w chmurach, a wokół rozciągały się puste pola i tylko gdzieniegdzie stały pojedyncze drzewa. Wszystko trwało w milczeniu, osnute białą pierzyną.
Było ciepło, a powietrze robiło się wilgotne. Dostrzegła go w oddali, parę metrów przed sobą. Stał, ubrany w tę samą, poszarpaną koszulkę, ale niczym nie pobrudzoną. Jej sukienka była śnieżnobiała i delikatna, jakby nie miała na sobie nic. Wzięła głęboki wdech, zamykając oczy. Wtem, poczuła lekki podmuch wiatru, który zakołysał jej włosami i ubraniem, muskając łagodnie skórę. Po chwili poczuła jego zapach. Ta słodka woń anioła, była coraz intensywniejsza, choć lekka i nietypowa. Nikt ludzki nie mógłby pachnieć podobnie. Był to bowiem zapach kogoś, kto istniał, ale zupełnie niewidocznie i nienamacalnie.
Docierało do niej słabe drżenie ziemi, z każdym jego krokiem. Był coraz bliżej, prawie tak blisko, że słyszała jego oddech i czuła nieśmiałe bicie serca. Uniosła powoli głowę, nadstawiając nos tak, by móc poczuć tę słodycz jeszcze bardziej. Otworzyła oczy, a on stał naprzeciwko niej.
Wbiła wzrok w jego twarz; patrzył na niebo, na znikające cienie nocy. Pociągnęła nosem, próbując raz jeszcze wychwycić ten zapach, ale musiała być bliżej, by znów mieć taką możliwość. Opuścił głowę i popatrzył prosto w jej oczy. Ciemność skrywała się w jego spojrzeniu. Ciepła, ciemnobrązowa i piękna ciemność, głęboki kolor zamykający w sobie światło i zasłaniający wszystko, co starał się ukryć wewnątrz siebie.
Chciała mieć pewność, że już nigdy nie będzie sama, że nie musi się już więcej bać. Nawet jeśli to tylko sen, chciała poczuć to choć przez chwilę.
- Obiecuję ci, że jak długo te gwiazdy na niebie będą świecić, ja będę przy tobie. Będę cię chronić. – Szepnął, jakby czytając w jej myślach, po czym chwycił ją za ręce. – Cokolwiek cię zaniepokoi, odpędzę to. Co cię ucieszy, uczyni i mnie szczęśliwym. – Jego głos działał kojąco, a każde ze słów, wypowiadał w taki sposób, jakby niosły ze sobą melodię.
Uśmiechnęła się do niego szczerze, zasłuchana w tej pięknej kołysance, jaką nuciły jego usta.
- Będę przy tobie czuwał, patrzył jak śnisz, stał za tobą i osłaniał cię przed tym co złe. I nie opuszczę cię aż do śmierci…i jeszcze dalej. – Pochylił się nad nią, dotykając czołem jej czoła.
Zamknęła oczy. Chciała zapewnić mu to samo; dać mu wszystko, czego zapragnie… [...]

Vuohi

The sadness will never end

Zastanawiam się, ile to ma jeszcze potrwać.
Ile łez muszę wylać, by pozbyć się wypełniającego mnie smutku
Jaki ciężar muszę wznieść na swoje ramiona
By zostało mi wybaczone wszystko to, co zrobiłam nie tak...?

Coraz trudniej jest mi stawiać kolejne kroki
Łzy zalegają gdzieś na dnie moich płuc
Niebawem nie będę mogła już w ogóle się poruszyć...
Niebawem zupełnie skamienieję.

Mówili mi, że wystarczy jedynie wziąć głęboki oddech
I odkrztusić ten piach, zaczepiony gdzieś w gardle, ale...
Dla mnie każdy wdech jest zbyt przesiąknięty bólem
Codziennie połykam całe garści żyletek
I z każdym dniem, już coraz mniej jestem sobą...

Ten smutek nie ma końca.
Obdziera mnie z każdego pogodnego snu
Nie mogę mieć już swych marzeń na własność

Ten smutek nie ma końca.
On pozbawia mnie...ludzkości.


Vuohi

piątek, 11 lipca 2014

Klucz

Wiem.
Chyba już wiem, co jest kluczem, kochanie.
Jednak znalazłam dla nas wyjście, znalazłam drogę, której tyle szukaliśmy.
Wszyscy jesteśmy tacy bezradni, dopóki nie odkryjemy własnego klucza;
Jesteśmy zablokowani, zamknięci, zimni jak lód...
A wystarczy przecież tylko go odszukać, prawda?

Długo błądziłam
Nawet nie wiesz, ile warstw skóry zdarłam celowo, by odnaleźć w sobie to coś, czego było mi brak.
Ale nie mogłam, nawet gdy szukałam bez przerwy, nawet kiedy błagałam, kiedy krzyczałam...
Kiedy zwątpiłam.
A wiesz dlaczego nie potrafiłam znaleźć w sobie ratunku?
Bo go tam nie ma.
I nie było nigdy.

Ale teraz już wiem, co jest kluczem, kochanie.
Uratuję nas, naprawdę nas ocalę! To ta droga, spójrz, jutro nią wyruszymy
To będzie koniec naszej zimy, koniec chłodu i ciemności
Jutro wzejdzie dla nas słońce, jeżeli tylko mi uwierzysz i wysłuchasz mnie, jak szepczę
Nieważne ile będzie znów to nas kosztować
Nie możemy dłużej tu zostać....

Dlaczego patrzysz tak okrutnie
Bez choćby cienia nadziei w oczach...?
Dlaczego jesteś tak podle...zimny, tak twardy i cichy...?
Tyle lat cierpieliśmy oboje, próbowaliśmy pomóc sobie nawzajem, gubiliśmy się
Tyle lat zdzierałam z siebie wszelkie marzenia, wszystkie pamiątki po ludzkości
Próbowałam pozbyć się siebie, aż moje wyniszczenie dosięgło do żył, do kości
I czy nie znaczy to nic dla Ciebie...gdy teraz odnalazłam dla nas klucz?!
Gdy odnalazłam drogę?

Patrzysz na mnie tylko i mrozisz spojrzeniem
Twoje usta są z kamienia, twoja twarz nie potrafi już ani drgnąć
A ja łudzę się, że wewnątrz wciąż jeszcze istniejesz
Że tam, pozostawiłeś choć skrawek prawdziwego Ciebie

Wyciągasz rękę, czuję chłód bijący od otwartej dłoni;
'Chodź', mówisz, 'dziś jeszcze umrzemy razem'
Dziś zakończmy to, co obiecaliśmy sobie kiedyś, zaśniemy razem, ze splecionymi dłońmi
Szukaliśmy klucza, lecz było wiele fałszywych, prowadzących nas do tego miejsca
Dobrze wiesz, że i następna droga, będzie pełna kolców
Bo pąki róż naszych dawno zwiędły
Bo wyschły nasze oczy nazbyt wiele roniąc łez
Chodź, jeszcze dziś umrzemy razem, to jest nasz jedyny klucz.

I ja widzę, że przegraliśmy.
Widzę jedynie ruiny przed nami.
I choć oczy zalewają mi się łzami,
Idę ślepo twoim śladem...Wiem, że Ty mnie nie zawiedziesz.
Wiem, że Ty dotrzymasz słowa
I zaśniemy dzisiaj razem...żeby zacząć móc od nowa

Lecz nie tu, a w innym miejscu
Gdzie drzwi dla nas będą otwarte
Gdzie klucz nie będzie już potrzebny
A nasze troski...
Nic
Nie warte



Vuohi

niedziela, 29 czerwca 2014

Jaskółka

Jaskółko, która krążysz nad moją głową
Niczym zapowiedź melancholii
Przybrana w ciemne barwy
Zleć na dół, nim burzę sprowadzisz
Zbierz moje łzy, nim spłyną po twarzy

Jaka jesteś, jaka chcesz być
Skoro dla jednych jesteś łez zapowiedzią
Dla drugich, jako wiosna dla zimy zmartwień
Przybywasz, i na twarze cień swój rzucasz
By zmienić każdą na swój sposób

Jaskółko, która dzieci swoje uczysz
Jak pruć chmury i jak wiatr przepędzać
Czemu i nas, tak niskich, nie nauczysz
Sposobu zmieniania każdej pogody
Czynienia przykrości radością

Mało jest w tobie ludzkiej litości
Choć miewasz w sobie więcej ludzkości
Niż niejeden człowiek
Z lodem w oczach niszczący drugiego
Z zatkanymi uszami i zapchanym sercem

Zleć na dół, nim burzę sprowadzisz
Zbierz moje łzy, nim spłyną po twarzy
Dlaczego dla mnie zawsze tak samo się jawisz
Przeciwna jesteś temu, o czym marzę
Ale nie można cię nigdy o to winić

Wiosenny deszczu, radosna nostalgio
Piękne pąki wydaje na świat twoja łaska
Jesteś tu, mimo że domu brakuje ci zawsze
Będę od dziś wierzyć w twój powrót
I że jako tęcza, pojawisz się następnym razem


Vuohi

sobota, 21 czerwca 2014

Bez końca

Wydrapuję sobie oczy każdego dnia
A one ciągle patrzą, patrzą i krwawią
I nic nie poradzę na to, że odradzają się
Tak samo jak myśli, martwe i gnijące
Które wciąż szepczą swoje zaklęcia

Rozgrzebuję swoje rany do dna
Rozpruwam zabliźnioną warstwę skóry
Kruchość zgrzyta pod scyzorykiem
Wbijam w nią igłę i połykam łzy,
A woda zbiera się w moich pustych oczodołach

Dwie studnie, które niegdyś były spojrzeniem
Na niebo, a na nim rozrzucone były gwiazdy
Dziś woda wydrążyła w nich tunele,
A potem wyschła, pozostawiając puste
Nie mają dna, i całe moje wnętrze tonie w mroku

Usiłujesz powiedzieć mi, że nie muszę tego sobie robić,
Że ból nie jest mi do niczego potrzebny,
Ale tak naprawdę bez niego jestem pusta
I ta pustka ciągnie się we mnie bez końca...

A więc to ciche cierpienie będzie również trwało bez końca.

Nie jestem sobie do niczego potrzebna.



Vuohi

czwartek, 19 czerwca 2014

Don't go

Tracę Twoje oczy pośród setek świateł
Powoli przestaję już widzieć Cię w tłumie
Choć stykamy się dłońmi raz po raz,
Wciąż nie możemy siebie naprawdę poczuć
Dziś jesteśmy dla siebie obcy,
Ale nasze ukryte spojrzenia dobrze wiedzą,
Że przeszłość zlepiła nas w jedność

Jesteśmy od siebie tacy różni...
Tak różni, że nie moglibyśmy żyć ze sobą
Dlaczego więc los uparcie plącze nasze drogi,
Dlaczego łączy z powrotem nasze istnienia?

Mimo wszystko nie odchodź!
Nie odchodź, bo gorszym od Twego odejścia teraz,
Nic nie może być dla tej chwili,
Gdy na nowo zauważyłam Twe znaczenie

Wiatr wspomnień zabrał nas w to miejsce,
Wszystko zawirowało na nowo i opadło,
Tworząc zamęt, a ja nie mogę się otrząsnąć
I patrzę, usiłując znaleźć w Twojej twarzy choć rysę tego,
Kim byłeś kiedyś, gdy tak dobrze Cię znałam,
Gdy rozumiałam...

Nic już nie widzę, tracę wzrok od migoczących świateł
Wiem, że nie mogę Cię stracić, ale nieustannie Cię tracę
Jednej chwili widzę Cię takim, o jakim Tobie marzyłam
Takim, jakim byłeś i starałeś się od tego uciec...
A po chwili znów znikasz za maską, którą stworzyłeś niegdyś z mej winy

Ogarnia mnie poczucie winy, panika i strach przed tym co nastąpi
Bo wiem, że będę cierpieć tak samo,
A ta jedna chwila zniknie wraz ze wszystkim, co zrodziła,
Każde z nas pójdzie w swoją stronę i znów będziemy
Pozornie nieznajomi, choć ja będę pewna, że Ty też...
Czasem choć trochę się martwisz....

Nie odchodź więc teraz.
Nie odchodź, tej nocy nie poradzę sobie bez Ciebie
Będą ścigać mnie cienie, próbując odwrócić twarz od Ciebie
Ale wiem, że i tak nie zapomnę,
Nawet gdy zabiorą Cię mi na kolejne lata.

Nie odchodź, mój śnie, jeszcze nie pora;
Stoisz już prawie za rogiem mojego umysłu,
Ale czy nie warto jest czasem zawracać?

Tym razem jednak nie oglądniesz się za siebie
Widzę, że maska przenikła i do Twego wnętrza
Wszystkie moje zmysły krzyczą, że to dla naszego dobra
Na moje szczęście, możesz zniknąć po raz kolejny...
Ale coś jednak szepcze we mnie, coś rozpala płomień nadziei,
Że może mimo wszystko...pamiętasz...i nie zapomnisz...
Tym razem ja, będę stać z ręką wyciągniętą w Twoją stronę.

Póki co, ta chwila jeszcze trwa, jeszcze nie odchodź!
Dopiero jutro, gdy się obudzę, pozwolę Ci zadać mi ból
Teraz tylko daj mi złudzenie, że jednak znam Cię choć trochę!

Powiedz, że mnie kochasz,
Choć wiem, że gdy skosztuję smaku tych słów, to nigdy nie dam sobie rady sama
Powiedz, że mnie potrzebujesz,
Choć wiem, że gdy zrozumiem jak bardzo, to nigdy nie powrócę w pełni do życia

Nie wiem już nic,
Nie wiem czego chcę,
Tracę Cię ponownie wśród tysiąca świateł
Nie czuję Twej dłoni zaczepionej o moją
Nie umiem już znaleźć Twych oczu...!

Czy to jest ten moment, w którym wiem, że nie powinnam się już nigdy więcej obudzić?

Powiedz, że mnie kochasz,
Bo tego potrzebuję!
Powiedz, że pragniesz mnie tak,
Jak ja Cię potrzebuję!
Zostań tak długo, dopóki cienie tej nocy nie opuszczą mego serca!

Inaczej mogę dziś zasnąć na zawsze.
Bo stracona jestem w Twych oczach.
I zgasło już w nich całe światło...


Vuohi

sobota, 7 czerwca 2014

Turning into dust

Patrzysz na mnie kątem lewego oka
A połowa twojej twarzy płonie, czyniąc je czerwonym
Druga tkwi uśpiona w półmroku,
Trzyma swoje zwierciadło zamknięte
I nie prosi, nie żebrze jak tamta, o moją uwagę

Ze spokojem pochłaniam ten obraz
Nie czynię nic, co mogłoby przerwać Twoje milczenie
Nad naszymi głowami unoszą się pyłki białe i ciche,
Skradają się teraz po Twych potarganych włosach
Stąpają delikatnie po Twym spoconym czole

Szepczą mi do ucha, że znają smak Twoich ust
Tych zimnych i twardych ostrzy,
Którymi kroisz nieraz mój policzek
Kuszą mnie, ciągle mnie kuszą, bym znów
Rzuciła się w Twoją stronę, nabijając się na nie

Bym ugasiła ten płomień, po Twej lewej stronie
Bym uczyniła Cię mniej rozbitym,
Poprzez wpojenie w Ciebie odtrutki z mojej krwi
Świat wiruje wokół nas, jakbym mogła zatrzymać wzrok
Tylko i wyłącznie na Twym utkwionym we mnie spojrzeniu

Pyłki spadają z naszych ramion i głów, zamieniając się w popiół
Zapaliłeś swym istnieniem cały mój wewnętrzny świat
A teraz opada on powoli, ociężale, i zaczepia się na mych rzęsach
Lecz nie mrugam by go zrzucić, ale patrzę wytrwale
Mimo, że oczy moje już zmęczył ten znajomy widok

Niszczysz mnie.
Rozbierasz na drobne kawałki i mieszasz, bym sama nie mogła się poukładać
A ja Ci na to wszystko pozwalam, bo...Cię kocham
I zamieniam się w popiół dla Ciebie, zamieniam się w proch
Będę czekać, aż znów mnie posklejasz
A potem sprawisz, że wszystko...spłonie doszczętnie...


Vuohi

piątek, 6 czerwca 2014

Bestia

Wyrywam sobie rzęsy, jedna za drugą, a oczy mi łzawią; palą jakbym przyłożyła do nich dwa, rozżarzone węgielki. Zęby mam zaciśnięte, usta zasznurowane, suche, obumarłe. Pomięłam je wcześniej zbyt gwałtownie wyrzuconymi słowami, niepotrzebnie i tak brutalnie...
Tak brutalnie, jak zdawało się nie być w moim zwyczaju.
Uprzednio pogryzłam też do krwi swoje palce, aż skóra pod paznokciami zrobiła się sina i poczułam nań pulsujący ból. Zaciskam teraz swe dłonie, końce opuszek wciskam w wewnętrzną stronę ręki i rozmasowuję obolałe miejsca, pocierając nimi, lecz to przynosi ze sobą tylko kolejne zgrzyty w moim umyśle, jakby ktoś sunął paznokciem po szkle, bądź widelcem starał się zedrzeć warstwę porcelany.
Zagryzam język i trzęsę się z bólu, kiedy metaliczny smak rozlewa się wewnątrz mych ust. Rodzi się we mnie pragnienie cierpienia, nieodparta potrzeba, która kieruje moimi ruchami, a ja nie jestem w stanie nad sobą zapanować.
Stałam się masywną twierdzą, obrośniętą kolczastymi, wijącymi się wszędzie pnączami. Delikatność, ta cnota wypatrywana przeze mnie samą, której nie było mi dane posiąść nigdy, a zwłaszcza teraz...jest już tylko ogromnym cierniem, zaczepionym o moje niegdyś bijące z impetem serce.
Trzęsą mi się ręce, trzęsą mi się nogi, a kolana uderzają o siebie, tworząc fioletowe sińce. Kwiaty zakwitły dziś w ogrodzie moich zmartwień, czas więc ruszyć w drogę, łamiąc sobie po drodze żebra, kalecząc policzki i wyrywając włosy z głowy.
Nic tu mnie, nie pasuję tu.
Nie pasuję do własnego wyobrażenia piękna, jestem...
Zrywam się, aż kości strzelają głośno jedna po drugiej, budząc pragnienie połamania ich, powykrzywiania, roztrzaskania. Widzę biel przedzierającą się przez cienką, naprężoną skórę, widzę czerwień, malującą ciało wokół, niczym szron rysujący kwiaty na zmrożonej szybie.
Jestem Bestią.
Pędzę do przodu, ile sił w nogach, ile powietrza w płucach. Trucizna pali moje gardło, połykam igły całymi garściami i rozpalam ogień w swojej krtani. Z każdym kolejnym krokiem, gorycz rośnie i wypełnia moje usta po brzegi, ale nie mogę ich otworzyć, nie mogę rozciąć grubych nici, którymi je zaszyłam. Raz po raz połykam grudkowane kule, dławię się własną szpetotą. Nic mnie jednak nie zatrzyma; wytrwale biegnę i biegnę, choć kaleczę stopy do krwi, choć piach na drodze ściera moją skórę, aż do zszarzałych kości pięt.
Uciekam sama przed sobą, przed sowim lustrzanym odbiciem, które jest moim przekleństwem.
Rzucono na mnie klątwę i nie potrafię zmienić już niczego, co dotyczy mego losu.
Chcę krzyczeć, wrzeszczeć najgłośniej, jak tylko się da, lecz głos utknie tylko za blokadą moich ust, za zszytą granicą, a za każdą kolejną próbą, nasila się ból, naciągam swoje szwy, przypominam sobie, kim jestem, i że nie mogę już zawrócić, że nie mogę zawołać o pomoc...bo nie ma nikogo, kto mógłby...kto zechciałby mi pomóc.
Niebo poczerniało, drzewa wokół zgniły, a z ich gałęzi sypie się piach, liście opadają zbrązowiałe...Bestia nadchodzi; kryjcie się, zabijajcie się nawzajem, bo wszystko jest lepsze, każda śmierć jest przyjemniejsza, niż okrutny dotyk jej pomarszczonych dłoni, niż jej gorzki oddech, niż jej wytrzeszczone, gołe oczy!
Nikt nie rozumie, co się ze mną stało, nikt nie pojmuje, jak się stałam tym potworem. Nie można słuchać mego głosu, grzęznącego w moich płucach, który ogłusza i wypruwa trzewia każdemu, kto usiłuje zrozumieć mój język. Ślepnie ten, który odważy się odczytać z mych oczu moją historię, kto zechce odszukać w nich początek mej tragedii.
Delikatność, piękno, wrażliwość...
Te trzy niedostępne dotąd dla mnie boginie, ubrane w doskonałość i takie lśniące...biegnę ku nim, porywam je i nakazuję im milczeć. Nikt nie będzie do nich dążył nigdy więcej, nikogo już nie wyróżnią, nikomu nie podarują swych cudowności, przeklęte wiedźmy, siejące zamęt!
Łzy cisną mi się do oczu, kiedy szarpię Piękno za włosy, kiedy skóra odrywa się od jej głowy, a ona wrzeszczy, błaga mnie i szarpie się, wymachując rękami. Dopiero gdy się wykrwawia, rzucam ją na bok i uderzam Wrażliwość pięścią, chwytam za szyję i zaciskam dłonie, a jej kości trzaskają pod naciskiem moich palców. Miażdżę jej krtań, aż dławi się własnymi ośćmi, aż poddaje się, a jej siostra nie reaguje, tylko patrzy z przerażeniem i czeka na swą kolej...
A ja własnie dla niej, głodziłam się przez tyle lat, to przez nią nie mogłam się powstrzymać, i zagryzałam własne kończyny, by zająć zęby swoją nienawiścią. Z jej winy zszyłam swoje usta, by oszczędzić kły specjalnie na tę nadchodzącą ucztę...
Cała moja siła skupia się na twarzy, kiedy pokonuję ból i moje wargi rozrywa gruba nić. Skóra pęka, a ja uwalniam z niewoli swój wrzask, który ogłusza, który sprawia, że krwawią jej uszy. Upada, wijąc się z bólu, a ja obserwuję ją, oblizując zakrwawione usta, napotykając językiem wielkie, poszarpane wyrwy we własnym ciele. Czuję jej zapach, czuję krew tętniącą w jej żyłach.
Pożeram ją.
Pożeram tę, która uczyniła mnie Bestią, pomijając mnie w dniu moich narodzin, w dniu, kiedy wszystko to się zaczęło. Wbijam kły w jej szyję, szarpię i zaciskam.
Jestem okrutna, podła i bezlitosna, rozrywam jej skórę i nienawidząc ze wszystkich sił, mszcząc się za te lata, kiedy czekałam, aż dostąpię jej łaski, kiedy zastanawiałam się, dlaczego to właśnie mnie pozostawiły samej sobie, aż moje ciało porosła gruba warstwa czerni, aż moje włosy nastroszyły się, a źrenice zwęziły.
Rozpruwam jej brzuch, a krew wychlapuje się na boki, a szkarłat zalewa moją twarz, wytryskując z wnętrzności tej Delikatności, ubranej w biel, biel, której kolor drastycznie zmieniam. I przytrzymuję jej nogi, kiedy usiłuje mnie odepchnąć, i łamię jej ręce, kiedy usiłuje się bronić przed moim mrokiem.
Jestem okrutna, podła i bezlitosna, nie ma we mnie światła, podobnie jak i w niej nie było nigdy skruchy.
Połykam resztki jej kruchości, aż przechodzą mnie dreszcze, aż cała się trzęsę i nie mogę poruszyć.
Moje nogi kamienieją, jestem przytwierdzona do ziemi, ale nie potrafię ich złamać i wyczołgać się stamtąd jak najszybciej, jak najdalej, tylko płonę wewnętrznie, trzęsę się nieustannie i krzyczę, unosząc ręce do nieba.
Czerwień spływa strumieniem po mojej brodzie, ciągnie się po szyi i gromadzi w dołku obok mego obojczyka, który wykopała tam samotność. Nie czuję już swojego ciała, nie czuję już własnego serca, bo skuwa je lodowaty kamień. Miażdży mnie od wewnątrz i od zewnątrz, dociera do rozdartych ust, kaleczy rozwarte szeroko oczy, sięga aż po końce palców, srogo wyciągając się ku niebu, jakby wołając o zadośćuczynienie...A ja pragnę przecież tylko przebaczenia...
Tylko przebaczenia...
Czy przyjmie mnie jeszcze Ten, którego szukałam? Czy usłyszy mnie On teraz, kiedy skamieniałam, choć nie słyszał przez całe moje życie, gdy wołałam Jego imię...?
Odchodzę w milczeniu, wbita w ziemię jako posąg, Bestia pośrodku trzech swoich znienawidzonych pragnień...


Vuohi

środa, 28 maja 2014

Pretium

Nie zastanawia Cię, mój drogi,
Dlaczego stąpamy po potłuczonej porcelanie
Róże rzucone są pod nasze nogi
Życie to po kruchym lodzie stąpanie

Czemuż szkiełka starte już na piach
Leżą na każdej drodze, którą obierzemy
I nawet spacerując w snach
Stopy swe kaleczyć nań będziemy

Czy rozumiesz to, najdroższy,
Że cokolwiek uczynić spróbujemy
Mróz wnet skuje, a wiatr rozproszy
Nim się nawet zorientujemy

Im bliżej siebie, tym od celu dalej
Moja ścieżka wciąż z Twoją się przeplata
A ja stale się potykam na niej
Nim Cię spotkam, miną lata

Błądząc jak we mgle nieustannie
Usiłuję nie pominąć naszego skrzyżowania
Wierzę, że zaczekasz na mnie
Lecz nie pomogą tu moje starania

Gdy tylko poczuję, że jesteś już blisko
Każdy most na mej drodze płonie
Choć mogłabym oddać wszystko
Bylebyś był po drugiej stronie

Czy nie zastanawia Cię, mój drogi
Czemu gdy uda się nam wreszcie
Wejść na ten wspólny fragment drogi
Nie możemy zaznać spokoju jeszcze...?

Ledwie poczuję na policzku twój oddech,
Ledwie oczy przymknę, śniąc o Tobie
Już los okrutny wbija cierń w serce moje
Wiąże ręce i rozdziela nas oboje

Chcąc smakować chwili z Tobą,
Winnam oddać duszę tej ogromnej sile
Czy nie znasz odpowiedzi, mój miły
Dlaczego kosztujesz mnie aż tyle...?


Vuohi

wtorek, 27 maja 2014

Jestem

Pogubiłam się nieco
Pomiędzy swoim ja, a swoim jestem
Straciłam kontakt z lustrzanym odbiciem
Mojego wewnętrznego świata
A spojrzeć doń bezpośrednio zbyt się obawiam

Zaplątałam się w pajęczynę moich
Najcichszych myśli,
Wyśniłam jedynie jedną nić,
Która prowadząc mnie do przodu,
Zagadkę mego istnienia może pomóc mi rozwiązać

Bo gdy po jednej stronie ja,
Moje radości i smutki,
Ramiona moje okrywa płaszcz marzeń
Chroni mnie przed chłodem niszczycielskich żądzy

Może to wiara i nadzieja, a może wszystko,
Co chciałabym kiedyś poczuć
Miłość, której ilość maleje z każdą myślą nienawiści
Lęk, którego nie chcę zauważać...

Jakaś delikatność tutaj tkwi...
Na pograniczu rozpaczy, zaplątana w moje włosy
Prawie upadła już i rozbiła się o posadzkę
Łza, którą uroniło moje oko w dalekiej przeszłości...

A po drugiej stronie jestem,
Istnieję, jako iskierka na przestrzeni czasu
Na tle ogromnego świata
Jestem zaledwie przez chwilę

Lśnię, a zaraz potem znikam bezpowrotnie
Zostawiając po sobie jedynie garstkę popiołu
A nawet i to nie na długo starcza,
Bo szaleńczy wiatr zabiera ze sobą wszystko
I zaciąga nas ku ziejącej otchłani

I jak moje ja, może istnieć w obliczu jestem
Gdy jedno drugiemu przeczy
Naprzeciw sobie wychodzą bez ustanku
Ja, które uczuciami chce wypełnić każdą chwilę
Oraz jestem, które chwilą być się zdaje tylko

Kim jestem, jeżeli po prostu jestem,
A kim, jeżeli ja...sobą jestem
Boję się rozsunąć palce dłoni, którymi twarz zakrywam
Boję się ujrzeć odpowiedź i poznać siebie 

Bo nie chcę od siebie odrywać tych dwóch
Walczących ze sobą światów
Z których jeden szepcze, a drugi krzyczy...

Ja Jestem.

Istnienie nierozerwalne i ponad czasem...

Przemijam tylko tego pragnąc
A póki nie chcę, póki tli się we mnie ten płomień,
Zaczepiam palcami o kontury swego świata
I nie gotowa jestem odchodzić jeszcze



Vuohi


piątek, 9 maja 2014

Nieznajomi

Siódmy października był dniem, w którym letnie jeszcze promienie słońca ostatecznie opuściły szare miasto, pozostawiając je znacznie bardziej zamkniętym w sobie niż dotychczas. Deszcz lunął z nieba zmywając kurz z pociemniałych okiennic w przedwojennych kamienicach. Zbliżał się wieczór, a dokładnie minęła siedemnasta, kiedy wysoki mężczyzna z kilkudniowym zarostem na twarzy wyszedł z małej budki, stojącej przy kamienicy w centrum miasta, i zasunął kraty na jej okna, a drzwi zamknął z hukiem na kłódkę. Sklep ze starociami i pamiątkami, w którym pracował od trzech lat, dawno stracił swój urok; jeszcze przed odejściem poprzedniego właściciela.
Spojrzał na zegarek, który w mgnieniu oka pokryła woda, i zaklął cicho pod nosem po czym przyspieszył kroku.
Dotarł na przystanek, gdzie ludzie tłoczyli się pod małym daszkiem, chowając się przed deszczem. Zauważając, że nie ma tam dla niego miejsca, skulił się lekko i pozwolił ulewie zmoczyć doszczętnie jego potargane, ciemne włosy. Wbił wzrok w czarne, sportowe buty na swoich nogach i usłyszał nadjeżdżający tramwaj. Jak za każdym razem od kilku lat, wszedł po schodkach do drugiego wagonu i stanął na swoim miejscu; oparty bokiem o okno za rzędem siedzeń.
Ona już tam była.
Ta sama kobieta, którą widywał od września, jeżdżąc tym samym tramwajem rano i wieczorem. Ona również zawsze zajmowała to samo miejsce za każdym razem. Siedziała po drugiej stronie, z rękami złożonymi na kolanach i ze wzrokiem utkwionym w ozdobnej bransoletce zawieszonej na jej chudym nadgarstku. Ubrana była w beżowy płaszcz, ale wiedział, że ma pod nim na sobie kolorową sukienkę, jak to w jej zwyczaju; jeszcze nigdy nie widział jej w spodniach, ani w ciemnych kolorach.
Rankiem czytała książkę położoną na kolanach, a w lewej ręce trzymała styropianowy kubek z kawą kupioną w automacie na przystanku, na którym wsiadała. Wracając skądś każdego dnia prócz weekendu, jedynym jej zajęciem było obserwowanie otoczenia lub siebie samej.
Nie lubił kobiet.
Miał serdecznie dość próżności, jaką zdawały się być przesiąknięte. Stracił wszelkie zaufanie do nich, kiedy spostrzegł, że wszystko robią tylko dla własnej korzyści.
Była to czysta ciekawość; dokąd i po co ta osoba jeździła każdego dnia, zawsze o tej samej porze, o której on. Prawdopodobnie do pracy, ale gdzie dokładniej…?
Sądząc po kolorowych sukienkach, mogłaby pracować w sklepie z kosmetykami lub odzieżą, być miłą sekretarką, zapatrzoną w siebie recepcjonistką, albo cierpliwą nauczycielką. Wyglądała dość młodo, choć nie był w stanie określić dokładnie jej wieku. Na jej twarzy rysowało się zaledwie parę zmarszczek; w kącikach oczu i ust, które starannie ukrywała każdego dnia pod warstwą kremu rozjaśniającego.
Niespodziewanie spojrzała w górę, napotykając jego spojrzenie, po czym natychmiast odwróciła głowę i wyprostowała się, nie dając mu nawet czasu na zaskoczenie. Przyzwyczaił się do reakcji ludzi na jego świdrujące spojrzenie szarozielonych oczu.
Potarł kciukiem brodę i odwrócił twarz w stronę widoku za oknem. Strugi deszczu spływały po szybie, a chłód ciągnął od starych i nieszczelnych ram. Westchnął i zamknął oczy na chwilę, starając się myśleć o czymkolwiek, byle nie o bólu głowy, narastającym w nim powoli od kilku minut.
            Rozmyślała o związku dwójki bohaterów, w czytanym obecnie romansie, do którego chciała jak najprędzej wrócić, lecz nie opłacało jej się wyciągać książki; za dwa przystanki miała wysiadać. Odkąd spostrzegła jego oczy wbite w swoją twarz, nie mogła pozbyć się wrażenia, że nadal się jej przygląda. Wyrzucała z głowy raz po raz obraz tajemniczych oczu, starając się nie oszaleć, mieszając rzeczywistość z lekturą.
Westchnęła i zerknęła na swoje idealnie pomalowane na niebiesko paznokcie, a potem sięgnęła ku podłodze po leżący nań biały parasol w czarne kropki. Usiłowała nie zwracać głowy w kierunku mężczyzny stojącego nieopodal, do którego widoku wciąż nie mogła się przyzwyczaić odkąd zaczęła jeździć tym tramwajem do pracy.
Wiedziała dokładnie w co jest ubrany, jaką pozę przybiera i jak ułożyły się jego włosy danego dnia, choć nigdy otwarcie mu się nie przyglądała. Pozwalała sobie jedynie na ukradkowe spojrzenia lub obserwowanie go kątem oka, które tłumaczyła tym, że musi kontrolować, czy przypadkiem ktoś się na nią nie gapi.
Bo przecież jest to możliwe i z pewnością niejedna osoba mogłaby podziwiać jej starannie dobrane kreacje każdego dnia.
Założyła za ucho krótszy kosmyk, który nigdy nie dosięgał do reszty włosów spiętych idealnie czarną klamrą w kwiaty, z tyłu jej głowy. Potarła opuszkiem palca usta i spojrzała, czy zabarwił się on od kremowo-różowej szminki. Tramwaj z łoskotem zahamował na kolejnym przystanku, a wówczas zarzuciła brązową torebkę na ramię i wysiadła z wagonu, rozkładając parasol. Pomaszerowała przed siebie, głośno stukając obcasami skórzanych butów i starając się za wszelką cenę nie spojrzeć za siebie. Pojazd odjechał i odetchnęła głęboko, zginając jedną nogę w kolanie.

            O siódmej dwadzieścia rano było jeszcze dosyć ciemno, kiedy marznąc pośród śniegu czekał na pętli tramwajowej, aż motorniczy łaskawie otworzy drzwi. Śnieg spadł tego roku już w pierwszym tygodniu grudnia, zaskakując całe miasto niską temperaturą.
Mężczyzna trzymał w ręku gazetę codzienną, rozdawaną każdego dnia na osiedlu, a jego palce zaciśnięte na papierze były wręcz sine z zimna. Pociągnął nosem i odczytał nagłówek na pierwszej stronie. Tramwaj zadzwonił i drzwi z trzaskiem rozsunęły się na boki, zapraszając do środka, z którego na zewnątrz wypłynęła fala ciepła, tworzona przez małe, metalowe grzejniki pod oknem. Wszedł na górę po schodkach i stanął przy poręczy rozcierając ręce.
Rękawiczki, które dwa lata temu kupiła mu jego żona, jeszcze przed rozwodem, zostawił w domu na kaloryferze. Była to jego jedyna para i chcąc nie chcąc, powinien był pamiętać o ich zabraniu, mimo że źle mu się kojarzyły.
Tramwaj ruszył ociężale i ze zgrzytem objechał całą pętlę. Różowy świt zawidniał za blokami w oddali, dając nadzieję na słoneczny, choć mroźny dzień. Mężczyzna był sam w jednym wagonie, a dopiero na drugim przystanku wsiadła doń grupka ludzi, zajmując miejsca. Pomieszczenie wypełniło naraz kilkanaście różnych zapachów; kawy, perfum, pasty do butów i miętowej gumy do żucia. Czując, jak wraca mu czucie w przemarzniętych palcach, przerzucił kilka stron gazety do przodu, zaginając róg na piątej stronie, gdzie była wzmianka o odnowie kamienic, planowanej na najbliższą wiosnę.
Trzeci przystanek.
Wśród tłumu przecisnęła się do środka drobna postać, w czarnych kozakach na obcasie i szarej, puchowej kurtce, sięgającej połowy ud. Kaptur przyozdobiony był futerkiem, a w pasie kobieta miała zapięty pas ze srebrną klamerką. W lewej ręce trzymała jednorazowy kubek z kawą z automatu, a na drugiej miała zarzuconą torbę i grubą książkę, wciśniętą pod pachę. Rozejrzała się po wagonie, starannie omijając wzrokiem mężczyznę, po czym zajęła wolne jeszcze miejsce siedzące i potarła zaczerwieniony z zimna nos.
Otworzyła książkę w połowie, zasłaniając okładkę, pociągnęła łyk kawy i rozpoczęła lekturę. Widział jednak, że jej oczy po chwili przestały śledzić kolejne linijki. Siedziała nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w kartkę i…czekała.
Czekała, aż będzie znów ją obserwował, a wówczas – ku swojej satysfakcji – przyłapie go znowu na gorącym uczynku. Jednak to się nie stało przez najbliższe piętnaście minut, ani nawet później, gdy wychodząc z tramwaju minął ją obojętnie, mnąc w ręce gazetę. Nie obchodziło go, czy zawiódł ją jakoś w ten sposób, ani czy nie dostarczył jej dosyć romantycznych przeżyć, związanych z ich relacją pełną dystansu, jak w tych czytanych codziennie przez nią książkach.
Zaczynała go irytować jej obecność i te oczy, wyczekujące spotkania z jego własnymi na każdym kroku…oraz ta jej dokładność, dbałość o szczegóły w każdym detalu. Zdawała się być taka przewidywalna…Nie mając pojęcia o żadnych konkretach związanych z jej życiem, byłby w stanie opisać jej reakcję na każdy jego ruch.
Ale było też w tym coś interesującego; jakaś jego część pragnęła w życiu spokoju i ładu, jaki ona sobą reprezentowała. Czyż nie byłoby to piękne, nareszcie mieć wszystko ułożone…?

            Święta spędziła u rodziny, gdzie wszyscy wypytywali ją o pracę, starannie unikając tematu jej życia prywatnego. Tydzień mijał powoli i spokojnie; całymi dniami gawędziła z rodzicami pijąc herbatę lub bawiąc się z dziećmi swoich kuzynek.
Dziećmi, których z jej strony nigdy nie doczeka się rodzina.
Bliscy zauważyli jej problem już kilka lat temu, gdy żaden związek nie kończył się ślubem, ani potomstwem. Gdy pochłonęła ją praca w przedszkolu i wciąż się zapierała, że wystarczy jej opieka nad tymi dziećmi, i że kocha je, jak własne. Od tamtej pory nikt więcej nie poruszał tego tematu, a każda opowieść bliskich o ich cudownym życiu rodzinnym, była wynagradzana dodatkowym kawałkiem ciasta, włączeniem ulubionego filmu w wigilijny wieczór, dostaniem najlepszego prezentu i tak dalej.
Przywykła do rutyny swojego istnienia.
Sylwestra urządzały jej przyjaciółki, w domu jednej z nich, gdzie obiecały sobie wybrać się na zabawę w centrum miasta podczas karnawału, w zamian za spędzenie ostatniego dnia grudnia z dala od reszty ludzi. Kobiety były przeświadczone o tym, że wyjdzie jej to na dobre, gdy kogoś wreszcie pozna, bo przecież w jej życiu nie ma żadnej rozrywki. W kółko tylko czyta te romanse, a jedynym mężczyzną, o którym mogłaby im wspomnieć, jest nieznajomy z tramwaju, którego nic z nią nie łączy, oprócz jej chorych domysłów na temat tego, co może o niej sądzić. Tymczasem najlepszym wyjściem dla niej, było nie wkraczanie w czyjekolwiek życie i nie przeżywanie tego samego zawodu po raz kolejny. Jej problemy mogłyby przerosnąć każdego, gdyby się z nimi zetknął, choć z boku wyglądały one na błahostki.
Czuła się zagubiona, będąc nawet w towarzystwie najbliższych. Wiedziała też, że żadna z jej drogich koleżanek nie zaprosiła swojego męża, ani partnera, by nie czynić jej przykrości. Była niczym ich mała, niedorozwinięta siostrzyczka, gąsienica wśród motyli, którą należy się troszczyć z przesadną delikatnością.
Może to właśnie takie traktowanie ubrało ją w kolorowe sukienki, nałożyło delikatne cienie na pogodną twarz i sprawiło, że odechciało jej się cokolwiek w swym życiu zmieniać…

            Odchylił się do tyłu na kuchennym krześle, wciągając zapach mocnej, porannej kawy. Mieszkał w tym miejscu od dwóch lat, kiedy został zmuszony opuścić wspólny dom jego i byłej żony. Kawalerka w cuchnącej kamienicy dostarczała mu tego, co potrzebne do przeżycia; miał dach nad głową i minimalny dochód ze sklepiku w centrum miasta. Mijał właśnie ciężki dla niego okres, kiedy turystów nie ma prawie w ogóle, a staroci szuka u niego jedynie kilku stałych klientów. Dodatkowo wysoko opłacane miejsce w starej dzielnicy…
Westchnął.
Gdyby miał z tego życia choć odrobinę szczęścia, jakąś odskocznię od codzienności… Tymczasem żona nie pozostawiła mu nawet dzieci. Taką samolubność i przebiegłość kojarzył z kobietami…Nie miał siły próbować nigdy więcej; starać się od nowa osiągnąć coś, co prowadzi w końcu do sytuacji bez wyjścia.
A równocześnie nie miałby serca którejkolwiek kobiety wykorzystać.
Mały, wysłużony już telefon komórkowy zabrzęczał na stole. Zerknął zaskoczony na ekran, na którym widniało imię jego starego przyjaciela, którego ostatni raz widział na swoim ślubie. Potarł czoło z roztargnieniem, po czym podniósł do ucha słuchawkę.
- Słucham? – Jego niski, donośny, ale i przyjemny głos, poniósł się po mieszkaniu.
- Witam cię, przyjacielu! – Zabrzmiał pogodnie jego znajomy, po którym słychać było, że denerwuje się tą rozmową i obawia, że spotkają go cierpkie słowa, związane z tym, jak długo się nie odzywał. – Co tam u ciebie słychać? Wiesz, że byłem w Anglii ładnych parę lat…
- Wiem. – Przerwał mu, lecz po chwili złagodniał; - Pamiętam, jak odwoziliśmy cię na lotnisko z… - Urwał na chwilę. Z kimś, kto już dla niego nie istniał.
- A, tak…wiem o…o całej sprawie. – Usłyszał słowa kolegi, oczyma wyobraźni widząc, jak drapie się po głowie, po drugiej stronie słuchawki, a wzrokiem szuka czegoś po pokoju. Znał go bardzo dobrze, jeszcze ze szkolnych czasów. – Tak sobie pomyślałem, że może zechciałbyś się ze mną zobaczyć po tylu latach, co? Wiesz…niedługo będą organizować jakieś zabawy karnawałowe, można iść się rozerwać! – Zarechotał do telefonu głosem przepalonym papierosami i odchrząknął po paru sekundach. – Przepraszam cię, stary, że tak wyszło…ale pogadamy jeszcze o tym, co? Zobaczymy się…
- Czy to wyjście na miasto jest konieczne? – Jak zwykle przeszedł do konkretów, związanych ze spotkaniem. – Wiesz, że nie przepadam za hałasem…
- Och, znam cię jak własną kieszeń! Ale zaufaj mi tym razem i chodźmy gdzieś zaszaleć, póki jeszcze kręgosłup mi nie nawala… - Znów się roześmiał, tym razem wywołując uśmiech także na twarzy swego przyjaciela. – No, dwudziesty luty, zabawa karnawałowa niedaleko rynku, wstęp tylko po założeniu maski. – Odczytał przygotowaną wcześniej ulotkę i zaczekał na odpowiedź mężczyzny. Tamten chrząknął, rozbawiony lekko faktem, że należy zakładać maski, po czym stwierdził, że nie jest to najgorszy pomysł, bo nie będzie zobowiązany do tłumaczenia wyglądu swojej twarzy nikomu.
- Wiesz, maski będą rozdawać prawdopodobnie na miejscu, więc idziemy, co? Za wejście płacimy symboliczną piątkę, a jakieś piwo ja ci postawię, nie?
- Zgoda…W takim razie dwudziesty lutego…Dobrze. – Odparł zerkając na kalendarz. Sobota.
Rozłączył się i uśmiechnął pod nosem. Może nie był to taki zły pomysł?

            Dziewiętnastego wsiadła do tramwaju jak zwykle o siódmej trzydzieści i zajęła swoje miejsce pod oknem. Napiła się kawy ze styropianowego kubka, a odchylając głowę lekko do tyłu, odsłoniła bladą, długą szyję, na którą zapomniała dziś założyć szalika. Włosy spięte czarną klamrą połyskiwały w świetle jarzeniówek w tramwaju, a on przyglądał się jej niemal bez wyrazu twarzy, podczas gdy jego podświadomość szukała odpowiedzi na to, dlaczego dziś nie czyta rozłożonej na kolanach książki.
Założyła niesforny kosmyk włosów za ucho i odchrząknęła subtelnie, a ów odgłos idealnie pasował do całej jej postaci. Był wręcz pewien, że jej delikatny głos brzmi tak, jakby sam był ubrany w kwiecistą sukienkę i buty na obcasie.
Odwróciła się z jego stronę i mimo drżenia powiek, odważyła się spojrzeć prosto w jego oczy, z poważnym wyrazem twarzy. Jej usta pragnęły się wykrzywić w uśmiechu, którym codziennie witała dzieci w przedszkolu, lecz nie pozwoliła im na to. Patrzyła jedynie przez kilka sekund, wbijając w niego spojrzenie swych intensywnie niebieskich oczu, przesiąkniętych jakiegoś rodzaju ciepłem, które nie pozwalało kojarzyć jej z lodem, lecz ze skąpanym w słońcu morzem…
Nie mógłby tego znieść, gdyby w końcu nie odwróciła twarzy w przeciwną stronę. Była zbyt idealna, zbyt wiele wspomnień przywoływała mu na myśl jej osoba. Jej sposób bycia, poruszania się…Tylko te dwa szafiry były zupełnie inne od tych chłodnych, choć czarnych jak węgiel oczu jego żony.
Gdy tramwaj się zatrzymał, wysiadł o jeden przystanek za wcześnie i cisnął gazetę do kosza po drodze. Oglądnęła się za nim, kiedy drzwi zatrzasnęły się z hukiem i zmarszczyła brew. Czy powinna była się zastanawiać, dokąd poszedł?

            Po raz pierwszy od kilku lat, ubrała prostą, czerwoną sukienkę, dopasowaną niegdyś do jej ciała, a dziś trochę za dużą w niektórych miejscach. Przyjaciółka klasnęła w dłonie i wstała z miejsca;
- Mówiłam, że będziesz wyglądać przepięknie w odważniejszym kolorze! – Stanęła obok kobiety przed lustrem, zawieszonym na ścianie przy szafie. – Powinnaś też rozpuścić wreszcie te włosy. Chyba od lat nie widziałam cię w innej fryzurze… - I nie zważając na protesty tamtej, pociągnęła za klamrę uwalniając z uścisku długie, pofalowane włosy, sięgające parę centymetrów za odsłonięte łopatki. Jasnobrązowa barwa, bez choćby jednego siwego włosa, opadła na jej ramiona po obu stronach.
Kobieta nawet nie odważyła się pisnąć słowem; stała wpatrzona w swoje odbicie i ledwo oddychała. Nie patrzyła na siebie w rozpuszczonych włosach przez wiele lat, unikała spoglądania w lustro po wyjściu z kąpieli, a na noc zaplatała sobie warkocz. Nie mogła znieść tłoczących się w głowie wspomnień, związanych z tym uczesaniem, kiedy uważała je za jedyne, w którym dobrze wygląda. Uwielbiała swoje życie, uwielbiała gdy mężczyzna wtulał nos w jej gęste włosy, uwielbiała, kiedy szeptał jej do ucha, że jest najpiękniejsza.
Ale nie mogła być piękna, nie mogła być obiektem pragnień dla kogokolwiek, jeżeli nie była w stanie dać temu komuś tego, czego pragnął. To byłoby oszustwo; kusić kogoś po to, by go zawieść. Wiedziała dobrze, jak skończy się jej relacja z każdym mężczyzną w tym wieku.
Stała się niedostępna dla każdego.
- Jesteś piękna, kochanie. – Przyjaciółka musnęła ją palcem po policzku. – Zasługujesz na kogoś, kto to doceni. – Uśmiechnęła się do jej odbicia i sięgnęła w kierunku szafki nocnej, na której postawiła kieliszek taniego wina.
Pół godziny później, gdy wybiła dziewiętnasta, zadzwonił domofon i dwójka pozostałych koleżanek czekała już na dole na przyjaciółki. Wciąż nieprzekonana do swego wyglądu kobieta, włożyła na siebie puchowy, czarny płaszcz i zaciągnęła brązowe kozaki, nie chcąc dłużej tracić czasu na zastanawianie się, czy pasują one do sukienki.
Zamknęła mieszkanie na klucz i zbiegły na dół po schodach, hałasując.

            Wewnątrz lokalu było okropnie duszno, ludzie tłoczyli się w nim już od dwóch godzin, wszyscy ubrani w kolorowe stroje lub garnitury, a na twarzach nosili proste, choć pomalowane na różne barwy, maski.
Przyszedł tu ubrany w zwykłe spodnie, białą koszulkę i marynarkę. Zastanawiał się, kto pierwszy zemdleje przez ten zaduch. Jego przyjaciel właśnie udał się w kierunku baru po alkohol, kiedy właściciele klubu zdecydowali się uruchomić wiatraki zawieszone pod sufitem. Na zewnątrz temperatura wciąż wahała się pomiędzy trzema, a pięcioma stopniami Celsjusza, podczas gdy wewnątrz można było czuć się jak w środku lata.
Wsparł się na jednym z wysokich krzeseł i zaczął wodzić wzrokiem po wielopoziomowym pomieszczeniu. Zlokalizował wyjście na dość spory taras na pięterku, niedaleko tylnego wyjścia.
Przyjaciel podszedł do niego i porozmawiali chwilę o jego pobycie w Anglii, starając się przekrzyczeć głośną muzykę z lat dziewięćdziesiątych. Tłum rozwrzeszczanych ludzi bawił się na środku parkietu pod nimi, choć wszyscy wyglądali na mniej więcej dwadzieścia lub trzydzieści parę lat.  
Kolejna butelka chłodnego piwa sprawiła, że poczuł się nieco bardziej rozluźniony i przestał przejmować się hałasem i natłokiem barw wokół. Maska okalała jego oczy, zasłaniając połowę policzków i brwi.
Około godziny dwudziestej, do lokalu weszła kolejna grupa osób, w której znalazły się cztery przyjaciółki od razu wybuchające śmiechem, na widok napotkanej po drodze pijanej pary, opierającej się o drzwi wejściowe.
Jego wzrok padł na czerwoną sukienkę i sposób poruszania się tej kobiety pośrodku, który wydawał mu się skądś znajomy, choć ani jej ubiór, ani długie, ciemne włosy nie przypominały nikogo, kogo znał. Przyglądał się jej w zamyśleniu jeszcze przez chwilę, po czym wrócił do rozmowy ze swoim przyjacielem.
Odeszli od balustrady schodów przy wejściu i skierowali się w stronę baru, gdzie było odrobinę ciszej i rozmawiało się lepiej. Byli jednymi z niewielu osób, które przyszły tam porozmawiać. Prawie wszyscy szaleli tego wieczoru, podczas ostatniego tygodnia karnawału.
Barman stojący za ladą również miał założoną maskę, ale o wiele bardziej ozdobną, niż goście. Ze znajdującego się obok pomieszczenia dla palących, wydostawała się ostra woń dymu.
- Nie skreślaj każdej po tym jednym błędzie. – Odezwał się nagle przyjaciel. – Wiem, jak to jest, ale może po prostu nie pasowaliście do siebie. Współczuję ci, ale takie jest życie. – Klepnął go po ramieniu. – Trzeba iść dalej.

            Przyjaciółki wciąż spychały ją w tańcu na bok, w stronę samotnie stojących mężczyzn, co wydało jej się już znaczną przesadą i po paru godzinach miała tego serdecznie dość. Dlaczego nie są w stanie zaakceptować jej wyboru? Wystroiła się i poszła na imprezę, co zupełnie nie było w jej stylu. Wypiła nawet dwa drinki, a konkretnie to zostały one w nią wlane przez koleżankę, by ją nieco ‘rozluźnić’.
Gdy spostrzegła, że są w stanie bawić się bez niej i każda zajęła się czymś innym, przecisnęła się przez tłum skaczących w rytm muzyki ludzi i dotarła do holu, prowadzącego w stronę baru. Gdzieś tam powinna być łazienka.
Ruszyła przed siebie trzymając się za głowę, jakby to miało uśmierzyć pulsujący ból wewnątrz niej. Minęła rząd stojących przy ladzie wysokich krzeseł, a o uszy obił jej się niski, męski głos, który wydawał się być brakującym elementem jakiejś układanki, którą tworzyła od pewnego czasu w myślach.
Skierowała się w stronę napisu ‘toaleta’ po drugiej stronie i coś ścisnęło ją od wewnątrz za gardło, gdy kątem oka dostrzegła znajomy kształt szczęki wysokiego mężczyzny, pochylonego nad szklanką. Potrząsnęła głową, a kosmyk włosów opadł jej na czoło i założyła go za ucho, mijając obu panów.
Nim jeszcze zniknęła za drzwiami łazienki, odwrócił się w jej stronę, przerywając rozmowę i zawiesił na chwilę wzrok na jej postaci. Odchrząknął i upił kolejny łyk napoju, po czym zwrócił się ponownie do przyjaciela, mając wciąż przed oczyma kremową opaskę w czerwony wzorek, będącą niczym rama cudownego obrazu, przedstawiającego głębię niebieskiego oceanu lub…błękit jej oczu.

            Lekko po północy dołączyli do nich znajomi ze szkolnych czasów, ale długo z nimi nie zabawił; raczej nudziło go towarzystwo tych gości, którym wszystko się układało i którzy wymieniali się wciąż żartami, których chyba tylko on nie był w stanie zrozumieć albo może nie miał zrozumieć.
Nie chciał jeszcze wychodzić z klubu, gdy nie zaspokoił swojej ciekawości odnośnie tej znajomej-nieznajomej w czerwonej sukience. Przyjemnym wyjściem nie było także tłumaczenie się przyjacielowi, dlaczego już musi stamtąd iść. Ruszył jedynie w stronę tarasu na piętrze, gdzie minął obściskującą się parę wspartą o murek i po chwili zatrzymał się przy donicy położonej na płytkach przy końcu balkonu.
Oparł się na łokciach o balustradę i spojrzał na ubogi widok z tego miejsca; na przeciwległą kamienicę, której parter zajmował nieczynny o tej porze supermarket i na mrugający, stary neon z reklamą sklepu.
Jego wzrok powędrował wyżej, na ciemne okna budynku, w których jedynym światłem, było to, pochodzące z lokalu, które odbijało się od szyb. Zamyślił się i dopiero po chwili zaczął odczuwać niską temperaturę na zewnątrz. Poprawił marynarkę na ramionach i ponownie spojrzał w okna naprzeciwko, a wówczas dostrzegł coś jeszcze.
W jednym z nich odbijała się plama czerwieni, gdzieś za nim, niepochodząca od świateł czy plakatu. Odwrócił się natychmiast i jego oczom ukazała się postać siedząca na metalowym, tarasowym krzesełku.
Na plecy zarzucony miała czarny płaszcz, głowę odchylała do tyłu, a powieki miała opuszczone. Nogi jak zawsze złożone były pod kątem prostym, kolana się stykały. Blada, delikatna skóra na odsłoniętej szyi, odznaczała się na tle ciemności wokół. Czerwona sukienka marszczyła się na brzuchu z nadmiaru materiału, twarz okryta była kremową maską we wzorek, a długie rzęsy rzucały cień na przypudrowane policzki.
Coś w nim drgnęło, coś zaczęło go w jej kierunku przyciągać, lecz stał dalej jak zamurowany, nie będąc w stanie się poruszyć. Nie znał jej. Na pewno.
Niby skąd mógłby pamiętać tę kobietę? Może minął ją kiedyś przypadkiem…ale na pewno wówczas rzuciłaby mu się w oczy jej uroda i piękne, długie włosy, które opadały jej na ramiona.
Drgnęła, czując że ktoś stoi w pobliżu.
Natychmiast skuliła się w miejscu i zasłoniła przód sukienki płaszczem, a po tym spojrzała w górę, zachłystując się powietrzem. Nie była pewna, czy to dzieje się naprawdę, ale dałaby sobie odciąć rękę, że to ten sam mężczyzna, którego widziała jeszcze tego wieczoru przy barze.
- Przepraszam… - Zaczął, czując się wyjątkowo niezręcznie. Przecież to szaleństwo, żeby z powodu własnych domysłów, zakłócać spokój tej kobiecie.
Jednej z tych kobiet, od których miał się trzymać z daleka, a do których miał słabość.
- Nie, nie, nic się nie stało… - Zadźwięczał cichy głos, którego w ogóle się nie spodziewał. Nie było w nim ani odrobiny tego pretensjonalnego, nazbyt doskonałego tonu.
Wstała z miejsca, a jej obcas zaszurał głośno na płytce.
- Proszę się mną nie przejmować, już sobie idę. – Po raz pierwszy tej nocy poczuł się cudownie ze świadomością, że jego twarz osłania maska.
- Tak naprawdę ja też właśnie miałam zamiar stąd iść… - Nie był w stanie zrozumieć, czy to zaproszenie, stwierdzenie czy kłamstwo. Coś jednak zmusiło go do ruszenia za nią, kiedy udała się w stronę wyjścia z tarasu.

            Czuła spojrzenie na swoim karku, ale nie była w stanie się odwrócić. Nie mogła znów poddać się temu uczuciu, nie mogła się dać zwieść pozorom, jakie sprawiały jego zachowanie i znajomy skądś wygląd. Historie, które czytywała od dłuższego czasu, nigdy nie zdarzały się naprawdę, a już na pewno nie w dwudziestym pierwszym wieku!
Minęła rozbawiony tłum i miała wrażenie, że niebawem łzy napłyną jej do oczu, jak za każdym razem, gdy miała okazję kogoś poznać, a marnowała ją przez swój strach. Pobiegła do szatni i odebrała swoją torebkę, starając się nie martwić jeszcze powrotem do domu, o tak późnej porze. Wiedziała, że przyjaciółki będą się nią przejmować dopiero następnego dnia, gdy wytrzeźwieją. Potarła skroń i nie oglądając się za siebie, opuściła lokal i szybkim krokiem ruszyła przed siebie w ciemną ulicę.
Zacisnęła oczy ze strachu, gdy usłyszała kroki za sobą. Niemal nie zemdlała, gdy przed nią wyrósł jak spod ziemi wysoki mężczyzna w masce. Pisnęła i odskoczyła do tyłu, po czym roześmiała się z nerwów i zakłopotania.
- Zdaje sobie pani sprawę, że pcha się prosto w paszczę lwa, idąc samotnie do domu o tej porze? Zrozumiem, jeśli ktoś tam na panią czeka, ale moja godność nie pozwala mi zostawić pani samej pośrodku ciemności w tej okolicy, gdy wiem, że chce pani bezpiecznie trafić do swego mieszkania…
A więc zaryzykował.
Jego słowa zabrzmiały tak niespotykanie, tak idealnie, jak tego pragnęła, że wydawało jej się to niemożliwe i zaczęła winić swoją słabą głowę i dwa wypite wcześniej drinki. Zaśmiała się ponownie i założyła kosmyk włosów za ucho.
- Przepraszam najmocniej, ale nie mogę od pana wymagać sprawowania nade mną opieki. Z pewnością sobie poradzę… - Zabrzmiała zbyt niewinnie, jak na odważną czerwień na swojej sukience, a mimo to prawie jej uwierzył.
- Jeśli jednak nie ma pani nic przeciwko, byłbym spokojniejszy, mogąc panią odprowadzić choć kawałek drogi. Czy muszę nalegać?
Chłodny wiatr wytrącił z powrotem jej włosy zza ucha, gdy skinęła głową i odparła;
- Dobrze, zgodzę się na ten kawałek drogi, skoro jest pan taki uprzejmy. – Przesunęła końcami palców po swojej twarzy i jej usta znów wykrzywiły się w uśmiechu. – Chyba maski nie będą nam już potrzebne poza tym miejscem…
Przytaknął i zatrzymali się przy ścianie kamienicy rozwiązując wstążki od ozdoby, zakrywającej ich twarze. Sięgnęła do torebki, ukazując brzeg grubej książki, którą ciągle ze sobą nosiła i wsunęła maskę obok niej. Zatrzymał oczy na tej rzeczy i zmarszczył brew.
Skierowała twarz w jego stronę i spojrzała na niego z ukosa.
Fala gorąca zalała ich oboje, gdy rozpoznali swoje twarze i nie mogąc się poruszyć, wpatrywali w siebie nawzajem. Usiłował coś odczytać z jej szafirowych oczu, lśniących w świetle latarni stojącej parę metrów obok, ale jedynym, na czym skupiał się teraz jego umysł, były wirujące w głowie wspomnienia.
Rysy jej twarzy znał dobrze, jej gesty i sposób poruszania także. Nie wiedział, jakie uczucie w nim teraz dominuje i ze wszystkich sił starał się oderwać wzrok od jej oblicza, ale nie był w stanie tego zrobić.
Obserwowała jego szarozielone oczy, prostą krawędź szczęki i policzki pokryte ciemnym zarostem. Uchylone lekko usta, z których na zewnątrz wydostawała się para. Oczyma wyobraźni widziała jego dłonie, wyciągnięte ku swojej twarzy, czuła drapanie jego skóry na policzku, ciepło rozchodzące się po ustach.
Narastająca bliskość, chęć zatrzymania tej chwili na zawsze…
Łzy napłynęły jej do oczu, gdy ostatni raz spojrzała na jego twarz. Uniosła dłoń w jego kierunku i już miała przyciągnąć do siebie tę słodycz, już była bliska wsiąknąć w jego ciało, i już dotarła do niej woń jego ostrych perfum, kiedy zerwała się z miejsca i wyminęła go prędko.
Puściła się biegiem przed siebie, potykając co chwila w butach na obcasie. Rzuciła się w kolejną uliczkę i nie zwalniając ani na chwilę, pędziła przed siebie ściskając torebkę w prawej dłoni.
Dlaczego znów to robiła? Dlaczego uciekała przed swoim przeznaczeniem po raz kolejny?
Nie oglądała się za siebie, a głośno bijące serce zagłuszało wszystko wokół. Obraz rozmywał się jej przed oczami, dopadało ją potworne zmęczenie.
Skręciła raz jeszcze, w parkową aleję, gdzie stanęła pod jednym z drzew, z trudem starając się złapać oddech. Ból nóg i głowy chciał doprowadzić ją do szaleństwa, kiedy zrobiła jeszcze parę kroków w stronę pobliskiej ławki. Opadła na nią bez sił, ciężko dysząc.
Skryła twarz w dłoniach, bliska płaczu, gdy usłyszała kroki dobiegające z lewej strony.
- Dlaczego pani przede mną ucieka? – On także głośno oddychał. – Jestem aż tak przerażający, gdy zdejmę maskę…? – Starał się roześmiać, ale chyba oboje byli już zbyt na to zmęczeni.
- Przepraszam…przepraszam za to. – Wydyszała.
Co ona sobie wyobrażała? Musiała wyjść na kompletną wariatkę w jego oczach. Już nigdy nie będzie mogła się mu pokazać, nie zniesie jego spojrzenia…
Ale jeszcze nikt nigdy dotąd za nią nie pobiegł.
Zawsze, kiedy uciekała, zostawała sama ze sobą. Sama, ze swoją decyzją, której nikt nigdy nie był w stanie pojąć, ani zaakceptować.
Spojrzała na pochylającego się nad nią mężczyznę, spomiędzy palców.
Czy ta chwila była jej przeznaczona, podobnie jak każda ucieczka?

            Minęła druga w nocy, gdy nadal siedzieli na lodowatej ławce i rozmawiali o sobie. Oboje nie otworzyli się tak przed nikim od lat. Aleja tonęła w mroku, a ulice ziajały pustką, ale wszystko to zdawało się tej nocy nie istnieć.
Był to przypadek, że znów się spotkali. Był to taki sam przypadek, jak ich codzienne spotkania w tramwaju. Przecież stale się mijali, każde z nich miało swoje własne, odrębne życie…Gdy ta noc się skończy, wrócą do swoich codziennych spraw, zapomną o wszystkim, co się wydarzyło i nie będzie łączyło ich już zupełnie nic, prócz ukradkowych spojrzeń każdego ranka czy wymienionych uśmiechów każdego popołudnia.
Około trzeciej nad ranem, zrobiło się jeszcze chłodniej, a mróz zaczął tworzyć wzroki na pomalowanej warstwą lakieru ławce.
- Wciąż jeszcze pani nie odprowadziłem, a jest już naprawdę późno…
- Pani… - Szepnęła, przypominając sobie, że nawet nie zna jego imienia, a wie niemal wszystko o jego dotychczasowym życiu. Wstała z miejsca i stanęła naprzeciwko niego, kiedy ujął w dłonie jej twarz i przyciągnął ku sobie.
Założyła mu ręce za szyję i wcisnęła swoje usta w jego, z takim utęsknieniem i rozpaczą wręcz, że nie był w stanie jej od siebie odsunąć. Wplótł palce w jej włosy, chłonąc jej słodki zapach, smakując jej delikatność,  upragnioną od tak dawna…
Wspierała się na jego ciele, starając się być najbliżej, jak się da. Czuła, jak się rozpływa, jak powoli przestaje istnieć, wraz z kolejnym poruszeniem się jego ust. Pragnęła ze wszystkich sił, by ją zrozumiał, pragnęła by ją pokochał, pragnęła by przy niej został.
Pragnęła go, jak nikogo nigdy wcześniej.

            Szli równym krokiem przez park, nie odzywając się do siebie. Każde z nich zastanawiało się, jak od tej pory będzie wyglądało ich życie. Jedna chwila zmieni w nim wszystko czy może odejdzie w zapomnienie, jakby to był sen?
Czuła się nadal nieswojo w sukience, którą wybrała jej przyjaciółka, bo zupełnie do niej nie pasowała. Ale rozpuszczone włosy dodały jej swobody i poczuła się wolna jak kiedyś, kiedy strach przed nieznanym nie zakładał więzów na jej dłonie i nie krępował najmniejszego ruchu. Z każdym kolejnym krokiem miała też ochotę ponownie założyć maskę, pozostać nieznajomą i chociaż jemu nie sprawiać bólu, jaki wisiał nad nią i czekał tylko na odpowiednia porę, by zaatakować każdego, który się do niej zbliży.
Wcześniej stykali się dłońmi w marszu, a teraz idąc powoli, byli niczym dwa, zupełnie obce dla siebie światy…
Wtem, coś lodowatego chwyciło ją za szyję i odciągnęło ją do tyłu z taką siłą, że nie zdążyła nawet krzyknąć. Nim się zorientowała, stała przyciśnięta plecami do jakiegoś człowieka, który śmierdział alkoholem i trzymał nóż tuż przy jej krtani.
Ręce odruchowo zacisnęła na ramionach oplatających jej ciało, usiłując je od siebie odciągnąć.
- Chcesz, żeby nic jej się nie stało, to wyskakuj z pieniędzy. – Rzucił szorstko w stronę mężczyzny, stojącego z przerażeniem na twarzy. Przesunął rękoma po kieszeni i nie spuszczając wzroku z ostrza przyłożonego do jej szyi, wyciągnął portfel.
Pijak oddychał tak głośno, że dało się słyszeć charczenie w jego przepalonych płucach, a z jego ust dałoby się wyczuć na kilometr, że pił od kilku dni bez przerwy.
Kobieta zakrztusiła się, czując jak pot zalewa jej czoło ze strachu.
Palce zbielały na kostkach, od zaciskania ich na rękawach kurtki człowieka.
Z trudem łapała powietrze w płuca, w głowie jej się kręciło. Mężczyzna rzucił portfel pod nogi żebraka unosząc ręce w obronnym geście.
- Zostaw ją. – Rzekł stanowczo. – Pieniądze są w środku. Weź je i zostaw nas w spokoju!
- Myślisz, że dam ci zadzwonić na policję? – Zacharczał wprost do jej ucha. Pokusa jednak wydała się mu silniejsza i rozluźnił uścisk, schylając się po własność mężczyzny.
Wykorzystując tę chwilę, wyrwała się natychmiast, głośno nabierając powietrza i odruchowo stanęła za plecami tamtego, spoglądając znad jego ramienia na pijaka.
Ten, czołgał się na kolanach i po chwili dźwignął się na nogi, wymachując w ich stronę scyzorykiem. Wysoki mężczyzna rzucił się w jego stronę, starając się skierować ostrze w stronę napastnika.
- Nie rób tego! – Zawołała w jego stronę. – Musimy uciekać, zostaw go! – Krzyczała, trzęsąc się w miejscu z przerażenia. Jej torebka spadła na ziemię metr dalej, gdy odsunęła się od szarpiącej się dwójki.
Patrzyła, jak żebrak siłuje się z nożem wycelowanym w jego klatkę. Nagle oboje upadli, wytracając narzędzie z rąk, które upadło na bok. Stała jak wryta, nie wiedząc co ma robić, łzy napłynęły jej do oczu.
Pijak był zdecydowanie bliżej noża, w którego kierunku się zatoczył i ledwie drugi mężczyzna zdołał się odsunąć, tamten rzucił się z impetem w jego stronę.
Wrzasnęła, widząc jak jeden z nich kuli się i odsuwa w tył.
Żebrak upadł na ziemię, pchając tamtego w drugą stronę, po czym rozglądnął się z szeroko otwartymi oczami i spostrzegając, co uczynił, sięgnął po portfel i puścił się biegiem w drugą stronę, potykając po drodze.
- Boże, co on ci zrobił?! – Krzyczała pochylając się nad skulonym mężczyzną. Plama krwi brudziła jego koszulkę na brzuchu. Drżącymi rękoma odchyliła go do tyłu by się przyjrzeć. Widząc, jak z trudem może on oddychać lub chociażby się poruszyć, ogarnęła ją fala paniki.
Rzuciła się w stronę torebki, z której wyciągnęła telefon i zadzwoniła na pogotowie.
- Nie odchodź ode mnie, słyszysz? – Uklękła przy nim, kładąc jego głowę na kolanach. Cały się trząsł. – Wyjdziesz z tego, zaraz przyjedzie po ciebie karetka…
- Nie… - Zechciał coś powiedzieć, lecz ta próba wypchnęła tylko stróżki krwi z jego ust. Szkarłat brudził także i jej ubranie, łzy puściły się strumieniem z jej oczu, na ten widok.
Zaczęła kiwać się lekko, z jego ciałem złożonym na swoich nogach.
- Proszę, nie zostawiaj mnie! – Pisnęła i pocałowała jego czoło. Patrzył na nią nieruchomo, jakby chciał coś powiedzieć, lecz krew blokowała mu usta.
Dlaczego każda jej historia zamieniała się w tragedię? Czy była skazana na niesienie innym tylko nieszczęścia?
Och, ile by dała za to, by cofnąć czas, by nigdy nie zamienić z nim słowa, by nie spojrzeć na niego ani raz, by pozostać na zawsze nieznajomą…i ocalić go przed tym!
Płakała na głos, przyciskając do siebie mężczyznę, który dał jej nadzieję na to, że jej wymarzona opowieść o dwojgu ludzi, może być prawdziwa, że może dotyczyć właśnie jej…
Wszystko przepadało wraz z jego ostatnim tchnieniem, którego nie mogła mu przywrócić, wraz z ciepłem, którego nie była w stanie w nim zatrzymać.
Wycie syreny zjawiło się za późno, w chwili gdy zdecydowała się zamknąć mu oczy, ślepe już na każde jej staranie, by ją pokochał. Ślepe na jej doskonałość i na świat wokół.
Nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa, nawet gdy zabrali jego ciało, gdy potrząsali nią, usiłując się porozumieć. Pytali, czy ona także jest ranna, szarpali się z nią, kiedy próbowała uciec…
Jednak nie mogła uciec dalej, niż do tego miejsca.
Nic nie mogło już cofnąć czasu, ani zatrzymać go przy życiu. Straciła wszelką nadzieję, jaką dawała jej jego obecność.
- Proszę tu zaczekać, aż zjawi się policja. – Usłyszała polecenie, kiedy ratownicy sadzali ją na ławce pod drzewem i otulali jej ramiona kocem. Czerwień sukienki namokła od znacznie ciemniejszego odcienia, podobnie jak jej nogi, obmyte jego krwią.
Karetka odjechała powoli, bez sygnału, a na jej miejscu pojawił się samochód policyjny. Niebieskie światło padało na jej twarz, na smugę szkarłatu na jej ustach, które musnął palcem, leżąc jeszcze w jej ramionach.
Ją także opuszczało już całe ciepło.
Szafiry w jej oczach gasły powoli, gdy osunęła się do przodu na ziemię, na oczach policjantki, zbliżającej się w jej kierunku.

Cóż mogła jej o nim powiedzieć? Nawet nie znała jego imienia…
Byli sobie przeznaczeni jedynie jako nieznajomi…




Vuohi