środa, 13 grudnia 2017

Rozładowanie emocji

Pada mi bateria -
ale nie w telefonie czy laptopie
w dodatku nie mam ładowarki
z pasującą wtyczką

Chciałabym się podnieść
i zapalić światło w oczach
włączyć dźwięki w ustach -
przestać brzęczeć z pragnienia

Ile procent trzeba mieć
żeby wziąć kolejny wdech


Vuohi, 07.12.17

czwartek, 30 listopada 2017

Popiół

Tamtego dnia pociąłeś mnie ustami swymi
a lód w oczach Twych na wylot przebił mnie
pamiętam jak szeptałeś, że pragniesz
i ten szept pozostawił blizny -
głęboko.

Jeszcze nie ostygł Twój dotyk palący...

Nadal pamiętam;
ten obraz powraca w snach co noc
śnią mi się pęknięcia
i rysy na szkle
a Twoja obojętność
niczym nie zmącona i gładka
lśni gdzieś w oddali
w mej podświadomości...

Jak popiół opadam -
resztka po płomieniach
miłości Twej.


Vuohi, październik/listopad 2017

czwartek, 19 października 2017

Dłonie


            Przez szczelinę między ramą okna a żaluzją wkrada się promień słońca. Złote pasmo przecina lewą połowę mojej twarzy, rażąc mnie w oko. Budzę się. Jest prawie dziesiąta. Poduszka i otaczająca mnie kołdra są gorące, lecz na policzkach czuję chłód powietrza wypełniającego pokój. Podnoszę się i mrużąc oczy podciągam żaluzje do samej góry. Nim udaje mi się zejść z łóżka, podbiega do mnie Kulka – mój mały, grubiutki pies – ma jasną, prawie białą sierść. Merda ogonem i podskakuje, by oprzeć łapy o moje nogi, a wówczas ja głaszczę ją po łbie. Towarzyszy mi, kiedy po chwili krzątam się po kuchni. Nastawiam wodę na herbatę, smaruję chleb masłem, a przy okazji podrzucam jej kawałek szynki.
Obserwujemy, jak wrzucona do wrzątku torebka zabarwia wodę na brązowo.
Słońce prześwietla szklankę czyniąc herbatę prawie złotym napojem.
Nie wychodziłem z domu od tygodnia, nie licząc krótkich spacerów z psem, bo za oknem ciągle lało - niebo było dołująco szare i ciemne.  Na szczęście moja praca pozwala mi załatwiać wszystkie sprawy zdalnie, przez komputer.
Rodzice odwiedzili mnie cztery dni temu, przynosząc zakupy. Mam wrażenie, że nadal nie potrafią się pogodzić z tym, że chcę mieszkać sam. Że w końcu chciałbym się usamodzielnić, i że nie można za mnie robić wszystkiego. Choć zawsze ciężko było mi znaleźć z nimi wspólny język, wiem, że mnie kochają i wszystko co robią, wynika z troski. Chciałbym jednak, by zrozumieli, że można troszczyć się o kogoś nawet wtedy, gdy się z nim nie mieszka…
Kulka wydaje się wyjątkowo radosna – siedzi naprzeciwko mnie z wystawionym językiem. Może wyczuła, że w związku z lepszą pogodą czeka nas dzisiaj dłuższy spacer. Nie chcąc jej odebrać tej nadziei, powoli zbieram się do wyjścia.
Termometr wskazuje szesnaście stopni. Wciągam na siebie czarny płaszcz i poprawiam kołnierz stojąc przed lustrem. Przez tych parę dni znacznie odrosła mi broda, a włosy na głowie wydają się sterczeć na wszystkie strony, ale przecież nie ma co się szykować na zwykły spacer z psem. Zapinam Kulce obrożę i wypełzamy z mieszkania, schodzimy dwa piętra niżej i wkrótce uderza w nas chłodny wiatr, napierający na drzwi od klatki.
Jest pięknie – czerwone, brązowe i pożółkłe liście drzew lśnią w słońcu.
Kierujemy się prostą drogą do parku, w którym pozwalam Kulce biegać dokąd tylko zechce. Śmieję się, gdy przynosi mi w pysku obłocony patyk, a sierść na łapach i wokół jej pyszczka jest upaprana i mokra. Rzucam gałąź raz za razem, idąc asfaltową alejką pośród drzew. W powietrzu unosi się woń wilgotnych liści i zgnilizny. Przystaję na moment, gdy przełamuje ją jakiś inny zapach.
Na ławce po mojej prawej stronie, siedzi młoda kobieta opatulona grubym szalem po sam nos. Ma na sobie ciemnozielony płaszcz i czarne spodnie pobrudzone błotem. Rozgląda się wokół, a jej perfumy rozpływają się w przestrzeni pomiędzy nami za każdym razem, gdy wiatr porusza jej włosy. Po chwili podbiega do niej niewielki, czarny pies i liże jej piękne, jasne dłonie. Uśmiecha się do niego szeroko i klaszcze, a wówczas zauważam Kulkę pędzącą w naszą stronę. Przenoszę wzrok na patyk w jej pysku i już prawie go dosięgam, gdy nagle pies omija mnie i zanosi go siedzącej kobiecie.
Uderza we mnie fala gorąca, kiedy nieznajoma podnosi oczy i zauważa mnie.
Uśmiecham się nerwowo i przykucam cmokając w stronę Kulki, chcąc przywołać ją z powrotem do siebie. Psina podbiega posłusznie, odbieram jej patyk i rzucam daleko przed siebie, po czym sam puszczam się biegiem w tamtą stronę.
            Po powrocie do domu wracam do projektu, którego nie skończyłem wczoraj. Światło wpadające przez okno odbija się od monitora. Staram się skupić na pracy, ale coś rozprasza moje myśli.  Wypijam drugą kawę i spoglądam na stertę naczyń rosnącą na moim biurku. Postanawiam zrobić sobie przerwę i posprzątać ten bałagan na wypadek, gdyby rodzice znów mieli zamiar mnie odwiedzić i zasugerować, że ów nieporządek świadczy w jakiś sposób o tym, że nie radzę sobie z utrzymaniem własnego mieszkania.
Kulka chodzi za mną krok w krok, kiedy odkurzam i przestawiam rzeczy z kąta w kąt, obwąchuje stertę ubrań, którą wrzucam do pralki i liże mnie po rękach, gdy tylko są w zasięgu jej nosa.
Na moment przed oczami pojawiają mi się dłonie kobiety z parku. Blada skóra zaróżowiona na knykciach.
Głaszczkę Kulkę i siadam na podłodze przy drzwiach łazienki. Myślę o ludziach, których obserwuję zawsze, kiedy dokądś idę. Rzadko zdarza mi się robić zakupy samemu, bo z reguły rodzice zdążają mnie w tym wyprzedzić. Niejednokrotnie dawałem im do zrozumienia, że nie muszą tego robić, ale chyba uparli się, by mnie w tym wyręczać. Przypominam więc sobie tych parę sytuacji, w których jednak wstąpiłem po coś do sklepu, lub kiedy jechałem tramwajem do centrum miasta czy do lekarza. Ludzie zawsze mnie fascynowali. Z reguły patrzę na nich bez słowa, przyglądam się dokładnie rysom twarzy; ustom, które się poruszają, powiekom, które mrugają. Podziwiam pary, które się przytulają i ich dłonie, które są złączone i marzę czasem, by zetknąć swoje palce…z palcami kogoś obok mnie. By dotknąć drugiego człowieka, czując jego ciepło.
I myślę o smukłych palcach kobiety, którą widziałem w parku.

            Kolejny słoneczny dzień zaczynam niemal tak samo jak poprzedni. Przemywam miski na wodę i karmę dla psa, wyciągam spod zlewu kosz na śmieci i zawiązuję przepełniony worek. Wypijam herbatę, idę umyć zęby i przeczesuję włosy palcami. Przystaję przy lustrze by przyglądnąć się swoim oczom, które czasami wydają mi się zupełnie obce. Nie potrafię określić ich koloru – raz wydają mi się brązowe, a raz zielone. Mama uważała, że mam je po dziadku, ale jestem pewien, że on miał szare.
Ociągam się z wyjściem na spacer, a Kulka niecierpliwie wierci się pod drzwiami mieszkania. Ubieram płaszcz i wciskam na stopy sportowe buty oblepione błotem. Po wyjściu z klatki zauważam, że wiatr wieje mocniej, niż wczoraj. Chmury suną po niebie raz na jakiś czas przysłaniając słońce.
Ze strony pobliskiego parku bije chłód. Alejki toną w cieniu drzew, a mokre liście przyklejają mi się do podeszwy. Odnajduję patyk zostawiony wczoraj przez Kulkę pod koszem na śmieci i rzucam go na trawę. Dwa inne psy krążą wokół ławki obok obwąchując się nawzajem.
Poprzez przerzedzoną koronę dębu nade mną, przebija się strumień światła. Patrzę przez niego, jak przez mgłę, dostrzegając w oddali postać siedzącą na ławce. Nie odważam się wykroczyć poza linię cienia, kiedy zauważam małego, czarnego psa pędzącego w tamtą stronę. Zawracam, by odnaleźć Kulkę i bawię się z nią, aż oboje cali jesteśmy brudni.
Przypominam sobie czasy sprzed dwóch lat, kiedy jeszcze mieszkałem u rodziców i nie chcieli zgodzić się na psa między innymi właśnie dlatego, że przynosi do domu brud. Mama zawsze uwielbiała porządek i codziennie wycierała kurze w każdym pokoju. Myślę, że chciała, by jej życie było tak idealne, jak rząd książek ułożonych alfabetycznie na półce. Czasami czułem, że przeze mnie już nigdy takie nie będzie.
W dzieciństwie unikałem towarzystwa, zawodząc tym poniekąd rodziców, którzy koniecznie chcieli mnie otaczać kolegami i koleżankami – dziećmi ich znajomych ze szkolnych czasów. Jak nietrudno się domyślić, teraz raczej nie mam kontaktu z żadnym z nich.
Kulka stała się dla mnie najlepszą przyjaciółką. Zawsze rozumiała mnie bez słów. Wypełniała tę lukę w moim życiu, która tak bardzo zdawała się uwierać mych rodziców. Gdy postanowiłem się wyprowadzić, przygarnąłem ją i już nigdy nie zasugerowali mi, że ciągle spędzam czas samotnie.
            Wróciliśmy do domu około południa i zapragnąłem ugotować coś pysznego na obiad. Jedzenie zawsze sprawiało mi ogromną przyjemność, tak samo jak gotowanie. Zapachy, kolory i smaki – tym właśnie chciałem wypełniać swoje życie. Wyciągam z lodówki warzywa przywiezione przez rodziców, po czym przeszukuję szafki, ale nigdzie nie ma ani śladu makaronu. Czuję lekki ucisk w żołądku – nie jest to głód, lecz ta mieszanka strachu i podekscytowania, która towarzyszy mi zawsze, kiedy muszę sam wybrać się na zakupy.
Uznając brak makaronu za dostateczny powód, by wyjść ponownie z domu, zamykam Kulkę w mieszkaniu i biegnę schodami w dół. Samoobsługowy market znajduje się za rogiem, naprzeciwko parku.
Lubię okolicę, w której zamieszkałem. Jest tu mnóstwo ludzi i nawet kiedy nie wychodzę na zewnątrz, mogę oglądać ich z mojego okna na drugim piętrze. Wszędzie dookoła są przeróżne sklepy – papierniczy, obuwniczy, mięsny, piekarnia i apteka. W sobotnie popołudnia całe osiedle tętni życiem, gdy jego mieszkańcy robią większe zakupy, a dzieci wychodzą na podwórko, by się bawić.
Przechodzę na drugą stronę ulicy i po chwili znajduję się na hali sklepu. Napawam się ogromną ilością produktów dookoła mnie. Kosze i kartony przepełnione są warzywami i owocami, a lodówki lśnią czystością. Odnajduję półkę z makaronami i biorę dwa rodzaje.
Podchodzę do kas i staję w dość długiej kolejce, co pozwala mi na przyglądanie się ludziom.
Tuż przede mną stoi para w podeszłym wieku. Pani w szarym płaszczu wyciąga drżącą dłoń w stronę koszyka i wyciąga z niego rzeczy, by położyć je na ladzie, lecz po chwili pan ją wyręcza, a wówczas udaje mi się dostrzec ten jeden drobny, przepiękny gest; dłoń mężczyzny delikatnie otula dłoń kobiety, na chwilę ściska ją lekko, jakby przekazując jakąś wiadomość…
Iskierka uczucia wędruje od dłoni starszej pani poprzez jej ramię, aż do serca, a wtedy na jej twarzy maluje się uśmiech. Przez moment patrzą sobie w oczy, ich źrenice błyszczą, a ja czuję, jakby te sekundy trwały wiecznie…
Wtem mą uwagę odwraca ciemnozielony kolor nieopodal mnie. Ciarki przechodzą mi po karku, gdy do mych nozdrzy dociera ten sam zapach, który poczułem wczoraj w parku. Odzywa się we mnie jakaś tęsknota, która przepełnia mnie na tyle wielką odwagą, by choć na chwileczkę spojrzeć prosto w Jej intensywnie błękitne, wielkie oczy.
I widzę w nich dobroć i…niepewność.
Żadne z nas nie wykonuje żadnego ruchu przez niecałą minutę, aż do momentu, gdy czuję, że ktoś lekko popycha mnie do przodu, bym przesunął się w kolejce.
Wtedy kobieta w ciemnozielonym płaszczu mija mnie i przechodzi do kasy obok.

            Uważam, że jest coś niesamowitego w dłoniach i oczach. Chyba te części ciała podobają mi się w ludziach najbardziej. Spojrzenie i drżenie rąk potrafią wyrazić więcej emocji, niż jakiekolwiek znane mi słowo. Nie wierzę, by ktoś o pięknych dłoniach i oczach, mógłby być pusty w środku. Nie sądzę, by delikatność ruchu powiek i palców, podobna do delikatności ruchu skrzydeł motyla, mogła kryć za sobą cokolwiek złego…
Tego dnia, gdy się budzę, postanawiam przestać się bać przyglądnąć im z bliska.
Wiatr z dnia na dzień zdaje się wiać silniej, ale dla Kulki nie istnieje coś takiego, jak nieodpowiednia pogoda do zabawy w przynoszenie patyka. Tym razem, przed wyjściem bardziej przykładam się do rozczesania swych włosów. Nie dopijam herbaty do końca, ale poświęcam parę minut na to, by choć trochę oczyścić moje ubłocone buty.
Przed południem jesteśmy już w drodze do parku, a słońce i wiatr zdają się walczyć ze sobą o przejęcie kontroli nad pogodą. Raz robi mi się gorąco, kiedy się rozjaśnia, a raz zimno, gdy wieje mi prosto w twarz.
Docieramy do środka parku, gdzie znajduje się plac zabaw. Kulka przez całą drogę biega jak szalona i stara się mi przypodobać, przynosząc coraz to lepsze skarby, takie jak kamienie, patyki i śmieci.
Niedaleko trawnika widzę już znajomą postać, która trzyma ręce w kieszeniach ciemnozielonego płaszcza i rozgląda się za niewielkim, czarnym psem. Idę w tamtą stronę, chcąc po prostu oswoić się z jej obecnością, a wówczas dostrzegam coś pomiędzy jej włosami.
Biały kabelek od słuchawek ciągnie się od ucha do kieszeni, w której chowa rękę.
Zastygam w bezruchu, sparaliżowany strachem.
Jak mogłem zapomnieć o tym, jak bardzo możemy się od siebie różnić?
Piękno, jakie mnie do Niej przyciągało, mogło świadczyć o równie pięknej duszy, ale to nie oznacza przecież, że jesteśmy sobie bliscy…a nie jesteśmy nawet do siebie podobni.
Muzyka, która właśnie sprawia, że nieznajoma potupuje nogą, nigdy nie będzie dla mnie tak samo słyszalna.
Ja nie słyszę już nic, odkąd tylko pamiętam.

            Usiłuję zawrócić, ale wówczas Kulka podbiega do mnie z patykiem, mijając kobietę naprzeciwko mnie. Odwraca się do mnie, a ja nie mogę oderwać wzroku od jej twarzy, kiedy jej usta rozciągają się w uśmiechu.
Czarny pies podbiega do mnie i obwąchuje mi nogawkę spodni. Odruchowo uśmiecham się także, po czym otwieram usta, by zaczerpnąć powietrza i oddycham głęboko. Widzę, że wyciąga z uszu słuchawki i podchodzi do mnie z wyciągniętą ręką, chcąc się przywitać.
Podaję jej dłoń i ściskam.
Dotykam jej pięknej, delikatnej dłoni i odkrywam, że jest ciepła, a ciarki znów przechodzą mi po plecach.
Zapach, który tak mnie urzeka, zdaje się zmniejszać dystans pomiędzy nami.
Chcę móc cokolwiek powiedzieć, lecz wówczas widzę, że to Ona unosi ręce i mówi do mnie pierwsza, w języku, który znam.
Mówi do mnie, że nie może używać głosu, a ja odnoszę wrażenie, że cały świat wokół nas traci ostrość. Teraz istnieje dla mnie tylko ta chwila, w której nasze oczy odnajdują w sobie zrozumienie.
I w końcu wyjaśniam jej, że ja nie potrzebuję, aby używała swego głosu, bo potrafię ją zrozumieć.

Więc przemawia znowu do mnie, swymi delikatnymi dłońmi.



 Vuohi, 11.10.17

wtorek, 10 października 2017

Utrwalanie

Utrwal mnie -
uczyń nieśmiertelną
zapisując moje imię
między małym a serdecznym palcem
zachowując pocałunek złożony za uchem
i dbaj o ślady mojej obecności
pozostawione pomiędzy myślami
bym nie wyblakła Ci nigdy w pamięci

Utrwal mnie
w uczuciu, którym mnie otulasz
ponawiaj codziennie próby przedostania się
przez pancerz mojej przeszłości
i nie znieczulaj się na mnie, proszę
choćby skóra moja była zimna i szorstka
choćbym spojrzeniem utknęła gdzieś
poza zasięgiem Twego oddechu

Utrwal nas
byśmy się nigdy nie stali sobie obcy
bym uczyła się nadal znając na pamięć
tajemnice Twoich dłoni i oczu
i pozwól mi wniknąć w głąb Twoich trosk
wpuszczając mnie między fale
szczęścia i rozpaczy

Bo chcę uleczyć się lecząc Ciebie
- znaleźć swe serce odnajdując Ciebie.


Vuohi, 09.10.17

czwartek, 7 września 2017

Motyl

Frunie nieostrożnie
poprzez załamania światła
poprzez załamania świata
poprzez załamania -
jej oblicze miga
raz czarne - raz wielobarwne skrzydła
mknie nierozważnie
brnąc przez urodzaje
i nieurodzaje
wszystkich pór miłości
prze przez nie odważnie
raz ostatni jeszcze

Trzepocze skrzydłami -
jak najmocniej przeżyć
daną jej godzinę
zanim się wykrwawi

Ciało -
opuszczony kokon
Dusza
nadal żywa -
motyl co się z niego wyrywa


Vuohi, 07.09.17

poniedziałek, 4 września 2017

Pamięć

Bardzo chciałabym zapomnieć
jak wygląda kącik Twoich ust
jakie są w dotyku Twoje włosy
jaki zapach ma Twoja skóra
o piątej nad ranem
chciałabym nie znać na pamięć
drogi do Twojego domu
liczby dni spędzonych z Tobą
oraz brzmienia Twego głosu
kiedy szepczesz

To niesprawiedliwe -
całą pamięć mi zapełniłeś
nim poznałam Twoje imię

Vuohi, 17.08.17
23:24

sobota, 15 lipca 2017

Burze

Choć już przeminęły Burze
w powietrzu nadal da się wyczuć
zapach żalu i niemiłości
i woń gniewu dawnych lat

Jestem niespokojna
w ciągłym strachu przed Ulewą drżą mi palce
roztrzęsione rozstępują się noce
i sen mi pęka na pół

Lecz jesteś przy mnie Ty - na szczęście
gładzisz mnie po głowie
i nie pozwalasz by moje morze
znów zalało brzegi powiek

Chodź - już przeminęły Burze
uwijemy sobie życie
w koronie naszych marzeń
i Ty będziesz moim Domem

I ja będę Domem Tobie.


Vuohi, 09.06.17
12:44


środa, 14 czerwca 2017

Żal

Od śniegu do śniegu
nie trwaliśmy nawet
- tylko do połowy -
i żal jedynie teraz
opada nam na głowy;

Tobie żal, że roztopiłeś
moje lody tamtej zimy,
a latem porzuciłeś
kwiaty, co dla Ciebie
przez mrozy się przebiły

A mi żal jest Ciebie,
że dopiero teraz...
...i że w ogóle jednak
woń tamtych kwiatów
do życia Ci potrzebna…



16.12.16

Wiatr

Skończyło się
a więc mogę już ubrać z powrotem
moją maskę szczęśliwości
przyczepić iskierki uśmiechu
do martwych kącików oczu

Pozwól, że wsunę na siebie
tamtą starą, startą skórę
leżącą w kącie Twojej świadomości
pamiętającą jeszcze słodkie
dni naszego początku

Krzyczeć nie będę
ani dźwięku nie usłyszysz
nie skrzypnie podłoga pode mną
nie trzasną drzwi, ani kot
nie zawyje za mną żałośnie

Skończyło się
użeranie z moimi problemami
leczenie każdej małej ranki
sokiem z Twoich czułości
jestem dla Ciebie za ciężka

Wciśnij klawisz, a zniknę
tak jak zdjęcia i pamiątki
jak rysunek w antyramie
jak krzywo uszyta maskotka
odejdę najciszej, jak potrafię

Już mnie nie boli
nie zrobiłam sobie nawet krzywdy
nie licząc wodospadów łez wylanych
do zaczerwienienia i opuchnięcia
oczu oraz twarzy

Skończyło się
najwyraźniej nie pasuję Ci na zawsze
ani na dobre i na złe, ani w ogóle
tylko tak sobie mówiłeś...
Ty, nie rzucający słów na wiatr.



Vuohi, 19.08.16

Ulice

Płynę krwawiąc ulicami;
powieki rozpościeram szeroko
- na szerokość ramion prawie -
i sunę w głąb cienistych dzielnic

Dziury w ścianach starych dworków
światła w ramach ich okiennic
wrzeszczą, kiedy znów omijam
je w milczeniu

Kontury nabrzmiałe tęsknotą
szarości przesycone ulotnością
Przejeżdżam znów obok i płaczę...
Nie czuję; nie czuję już wcale.

Nie. Czuję.
Czuję wytrwale...

Płynę krwawiąc ulicami;
wspomnienia naszych spacerów
drapią mnie w policzek
słonymi gałęziami

Byliśmy tu kiedyś
tacy  z a k o c h a n i


Vuohi, 09.10.16

Spojrzenie

Spójrz na mnie dziś jeszcze raz
nie używając oczu ani słów
wbij we mnie wzrok swoich ust
delikatnymi dłońmi na mnie patrz

Tej nocy może się odważę
trzymać Cię za rękę z całych sił
tej nocy może Ci pokażę
jak głęboko strach we mnie tkwi

Spójrz na mnie dziś jeszcze raz
zbierz słony szept z moich rzęs
gładząc oddechem moją twarz
w pościeli ramion ukryj mnie

Tej nocy może się odważę
zaufać znowu ciepłu czułych słów
tej nocy może się okaże
że łzy są lżejsze podzielone na pół

Miękką wonią Twojej skóry
zsuń ze mnie ciężar kłamstw
rozbierz powoli ze wspomnień których
gorzki smak wciąż na sobie mam



Vuohi, 21.10.16

Plątanina

Wpleć się we mnie niedyskretnie
rzęs oddechem palców szeptem
pod powieką schowaj mi słowa
i poplącz się ze mną od nowa

Nogi mi wetknij między kartki
rozchyl żebra nabierz powietrza
wody zaczerpnij z moich oczu
i swe serce pozwól mi poczuć

Na opuszkach palców mi tańczą
miliony eksplozji i rdzawy strach
jesteś głębiej niż smutku korzenie
choć rubinowy przykrywa Cię piach

Wpleć się we mnie niedyskretnie
wsuń się w moich tęsknot dreszcze
rozsyp w myślach mych pościeli
ziarna marzeń o skrzydłach bieli

Chwyć mnie za rąbek pragnienia
obejmij wpół czułość westchnienia
głos mój otwórz kluczem dłoni
niech Twe imię wypowie spragniony

Chcę się plątać nieskończenie
sklejać z sobą chmury naszych ciał
mieć Twe usta za schronienie
przed goryczą wspomnień skał


Vuohi, 19.07.16




Plac Zabaw

Deszcz mi zmywa rumieńce
- coraz bledsza patrzę na Ciebie
Jakiś chłód...jakiś smutek...
wtargnął między nasze słowa
i między Twoje palce

Deszcz mi moczy sukienkę
huśtawka skrzypnęła pode mną
dotykasz mych włosów kłamstwami
a policzki mi wilgotnieją
- ze szczęścia wtedy jeszcze...

Deszcz mi zalewa torebkę
i ziemia pod nami ciemnieje
i trawa się schyla, i kwiatki,
i wiatr za rękawy nas ciągnie
w nieznane...

W rozstanie.

Łzy mi zmywają rumieńce
huśtawka pode mną rdzewieje
nie stykają się już nasze ręce
błysk oczu Twych matowieje...
Nie spotkamy się tutaj już więcej.

Plac zabaw mi zastygł w pamięci...


Vuohi, 23.01.17

Niebo nas łączy, a Ziemia dzieli

Szukam Twoich oczu na górze;
wypatruję pomiędzy gwiazdami,
przeczesując rzęsy obłoków,
i wierzę, że tam j e s t e ś.

Wierzę tak mocno, jak bardzo boli
brak ciepła snu Twego obok
i świadomość jego ulotności,
choć wiem, że Cię tu n i e  m a.

Kazałeś mi, kiedy zatęsknię,
szukać Cię w obliczu Księżyca,
bo srebrne jego światła smugi
poprowadzą nasze oczy ku sobie...

Więc wypatruję pomiędzy gwiazdami
kształtu Twojego uśmiechu,
choć łza mi przysłania powiek posłanie
i coraz trudniej Cię znaleźć po ciemku...

Niebo nas łączy, a ziemia dzieli;
chłód, zamiast Ciebie, drzemie w pościeli...
Leżę skamieniała w bieli księżycowej,
a sufit się roi od cieni mych wspomnień.



Vuohi, 02.09.16

Martwica

Kolory mojej twarzy odeszły tak nagle...
nawet nie spostrzegłam, kiedy to się stało.
Ocknęłam się mierząc w siebie w zwierciadle
bronią w obłudę i samotność ubraną

Sińce pod oczami zdradzają, gdzie padały
ostatnie ciosy łez kamiennych i suchych
gardło ściska smak miłości zgorzkniały;
ledwo się już trzyma wrak serca kruchy...

Martwym jestem sadem, którego drzewa
zbyt silną wonią i zbyt barwnym kwieciem
męczyły pana, który czule je podlewał
traktując, jakby były jedynymi na świecie.

Owoce moje gniją, wdeptane w błoto,
słowa spróchniały w obumarłej korze,
łyse gałązki pokryte siwą tęsknotą,
wciąż wyczekują sadownika w pokorze...


Lecz nie ma żadnego głosu, ani dłoni,
które by mogły pieszczotą troskliwą
przed tą Martwicą me zmysły uchronić
i miłość ponownie uczynić szczęśliwą.



Vuohi, 29.07.16

Kołysanka

Nie rozpoznaję zbliżającego się snu
chwila jego nadejścia jest tak rozmyta
ilekroć nad ranem sięgam Twoich ust
i dane mi jest u Twego boku zasypiać

Łagodne szepty rozedrganego serca
rozklejają mnie i roztapiają spokojnie
miękko otulają mi rzęsy i powieki
ich konstrukcje słodko monotonne 

Delikatny obłok Twej obecności
i rozpalające prześwity bliskości
najpiękniejszą się stają kołysanką
kładąc mnie w Twych ramionach

Skrywając twarz w uśpionych dłoniach
najmocniej zapachu Twego spragniona
tak bardzo Cię chcę czuć jak najbliżej
byś nie oddalał się choćby na chwilę

Nie rozpoznając zbliżającego się snu
zasypiam ze szczęściem na podniebieniu
oddech spokojny i ciepło niegasnące
nucą w myślach niewyraźnie Twój głos 

Mą ukochaną melodię



Vuohi, 25.04.16

wtorek, 2 maja 2017

Sweter

Poczułam ostatnio Twój zapach na czarnym swetrze rzuconym byle gdzie i przypomniałam sobie na moment, jak to jest...tęsknić za kimś tak mocno, że woń jego skóry zdaje się na zmianę wypełniać całą przestrzeń wokół i znikać bez śladu tak, że nigdzie nie można się jej doszukać.
Przypomniałam sobie na chwilę, jak to jest nie móc mieć kogoś na co dzień. Jak to jest boleśnie odczuwać lodowatą pustkę zajmującą drugą połowę łóżka, a jednocześnie czuć, że od środka calutkie ciało, od stóp do głów, przepełnione jest czyjąś obecnością...
I doceniłam po raz kolejny ten bałagan, który zostawiasz wychodząc rankiem, w którym Twój zapach śpi jeszcze przez jakiś czas. Doceniłam rzeczy, które stoją na półkach, i które mogę dotknąć, by poczuć choć na parę sekund ciepło Twoich dłoni wyobrażając sobie, że to Ty trzymasz właśnie ten futerał na okulary, tę książkę czy ten krem...cokolwiek, co tutaj przyniosłeś.

Codziennie wyczekuję niedzieli, w którą nie musimy wcześnie wstawać, albo wolnej soboty lub święta, kiedy śniadanie smakuje najlepiej i czuję się najszczęśliwsza, trzymając Cię za rękę przy stole, na którym stygnie jajecznica. Wyczekuję, a to daje mi siłę, by przepracowywać pozostałe sześć dni, by się nie wysypiać i jeść byle co, by wychodzić na mróz czy na ulewę, by żyć życiem jakimkolwiek, z nadzieją na życie przy Tobie.
Choć przygniata raz słabiej, a raz mocniej, ciężar spraw nierozwiązanych, tęsknot i wspomnień poplątanych, koszmarów...widzę Twoją twarz przed pójściem spać, i gdy się budzę, a to...koi, koi rozedrgane serce moje za każdym razem.

I przeżywam od nowa, jak zapętlona, wszystko co przeminęło, odtwarzam i wyolbrzymiam, i biorę do siebie za dużo, za dużo wymagam od siebie, od świata, od Ciebie, ale...
Krzyczę i śmieję się, i płaczę i nie mogę zasnąć, nie przestaję tańczyć i tupać, choć minęła dwudziesta druga, robię głupstwa i głupie miny, boję się i szaleję, i boję się, że oszaleję, ale...
Ty ciągle jesteś...
Jesteś przy mnie i...k o c h a s z.
I ja też k o c h a m.
Mimo wszystko.
I choć wszystko nieraz zdaje się być bez sensu...sens odnajdujemy w sobie.

Poczułam ostatnio Twój zapach na czarnym swetrze rzuconym byle gdzie i przypomniałam sobie swój lęk z ubiegłej nocy, którego nie stłumiłeś, lecz przyjąłeś na siebie; utuliłeś go wraz ze mną, pojąłeś i...uspokoiłeś...
I doceniłam po raz kolejny tę cichą pieśń naszych oddechów, rozbrzmiewającą gdy przyciskasz mnie do siebie. Doceniłam Twoje ciepło wokół i możliwość wciśnięcia nosa w Twój obojczyk i poczucia bicia serca. Twoje oczy patrzące z troską i zrozumieniem i Twoje palce przesuwające kosmyk włosów z mego czoła za ucho, i Twoje usta całujące skroń na dobranoc.

Pamiętam, jak to jest nie wiedzieć, dokąd iść, ani nie znać miejsca, które można nazwać swoim Domem. Dlatego doceniam Dom, jaki tworzą nasze marzenia, ręce i serca. Dlatego doceniam Rodzinę, jaką dla mnie jesteś. I teraz jesteś Wszystkim.

A czasami czuję, że tęsknię, choć oddalony jesteś zaledwie na odległość ręki, czuję, że tęsknię, choć oddalony jesteś zaledwie na szerokość dłoni, czuję...że wniknąć w Ciebie muszę, by ukoić strach o Ciebie.
Chciałabym stać się cieniem Twoim, spojrzeniem i uśmiechem, drgnięciem ciała, myślą, chciałabym zostać wchłonięta przez miękkość Twojej skóry, przez gładkość policzka i wniknąć w zagłębienia dłoni...byleby być zawsze z Tobą, najbliżej jak się da...

Być bałaganem Twoim poukładanym, zapachem, który na swetrze później zostanie.


Vuohi, 1/2.05.17
00:19

czwartek, 27 kwietnia 2017

Błękity

Chyba zastygła.
Galaretowata przestrzeń pomiędzy kiedyś a teraz, jeszcze tak niedawno rzadka, będąca niegdyś wartkim, słonym potokiem. 
Utworzyłam małą tamę z kamieni, uszczelniając ją mchem i zasypianiem jak najprędzej, byleby nie zdążyć zapłakać. Dlatego chyba zastygła, zgęstniały woda i muł na samej górze drobnego wodospadu...na szczycie pamięci mojej tam, gdzie wzrok już nie sięga, a gdyby podnieść oczy w tamtą stronę - biel nieba rzuca się ostro i gwałtownie, prosto w serce spojrzenia, i rani na wylot.

Pobrudziłam się wtedy błotem i pod paznokcie mi wszedł rok poprzedni, i choć wyczyścić się starałam dokładnie, domyć resztki wciąż pulsujących niedopowiedzeń...wciąż, do teraz, widać po mnie wszystko, co starałam się ukryć. Zupełnie jakby brud lśnił na mnie jaśniej, niż jakikolwiek uśmiech...
Poprzednie lata...skamieliny spękanego dzieciństwa, odsłania wycofujący się z mych myśli lodowiec, a morze wyrzuca na plaże bursztyny, z zastygłymi w nich życzonkami...których drobne kosteczki i pajęcze nóżki, nie dorosły nigdy do tego, by stać się marzeniami, a tym bardziej do tego, by zostać spełnione...
I zdają się teraz ożywać we mnie.

Mamo i Tato...dlaczego tak się stało...?

Jestem cieniem; wlokę się za własnym życiem.
Jestem cieniem; patrzę z boku na czyjeś życie.
Jestem cieniem; nasłuchuję w ciszy...a nuż, może ktoś wypowie moje imię...a może ktoś będzie...może ktoś...przygarnie.

Dlaczego to jest dzisiaj takie trudne? 
Zdawało się takie nie być tych parę lat temu. Odrzuciłam to i zniosłam - miałam siebie przecież, miałam aż siebie przecież, a więc i przyjaciół, i Was ciągle przy sobie miałam.
Cząstkę, ale jednak.
Odrobinę, ale jednak...

Chyba zastygła.
Myślałam, że na dobre...i że zabliźniła się ta rana, pozornie nieistniejąca, stłamszona, wytłumiona, wygaszona...ale płonie teraz jaskrawą czerwienią i choć ją zakrywam i głaszczę, starając się uspokoić, ona nigdy nie śpi, ciągle wyje...
I słyszę jej głos każdej nocy, codziennie, kiedy śnią mi się te dziwne...błękitne zadrapania...

Wciąż to samo:
Obce pomieszczenia, niekończące się korytarze i drogi, zakręt za zakrętem, a od ścian echem odbija się bicie serca i oddech - tak się boję, że nie zdążę, tak się boję, że się zgubię, lub że zapomnę...
...a na końcu rany, tylko rany sączące się na niebiesko...skąd się wzięły i dlaczego najpierw wszyscy, a potem ja...?
Szukam wytłumaczenia, analizuję...ale widzę tylko resztki przeszłości - wszystkie wytarte już i zużyte, z wyjątkiem tych kilku, najodleglejszych.

Te fragmenty, w których jednak widzę prawdę. 
Gdy dostrzegam istotę moich nieskończonych tęsknot.
Te miejsca w mej pamięci, które tkwią na samym szczycie...

...gdzie jestem sama.

Zupełnie.


Vuohi, 27.04.16
21:56

wtorek, 21 marca 2017

Widma

Usłyszałam pieśń
nuconą przez cienie wspomnień
- stęsknioną i cierpką,
niewyraźną i cichą

Pośród tłumu rozbrzmiały
widma letniej kołysanki
- pełne nadziei, lecz słone
niechcące zamilknąć

Śledzą mnie, dokądkolwiek idę
niewypowiedziane boleści
wiszą nade mną
gęstymi chmurami żalu
przysłaniając mi niebo

I...ach, chciałabym móc
uszy swe zatkać
i oczy zamknąć,
a pięści rozluźnić

Nie musieć się bronić
już nigdy więcej
przed ścigającym mnie ciągle...

Szaleństwem.


Vuohi, 21.03.17

czwartek, 16 marca 2017

marzec 2017

Mam trzęsienie serca;
ziemia mej tęsknoty
znów oddycha -
uderza pięścią deszczu
w moje żebra
i lawiną lęku -
odbiera mi spokojny sen

Pozornie zabliźnione rany
otwierają się gwałtownie
białym płonąc ogniem

Cienka jest granica między
wiązaniem końca z końcem,
a zaciskaniem pętli...

Nie wiem
kim
jestem


Vuohi, 13/15.03.17

wtorek, 21 lutego 2017

Wzrok

Widziałam kiedyś...

Czerwień maków i zieleń traw
błękit nieba i szarość chmur
srebrną poświatę księżyca
i złote słońca promienie

Widziałam kiedyś

Oczu brązowych kochające spojrzenie,
nie wierząc, że kiedyś przestanę...

Widziałam w lustrze swoją twarz,
która dziś już nie jest moja
I chwile uchwycone na zdjęciach,
po których tylko śliski papier pozostał.

Ale nie działa teraz tak dobrze
mój wzrok bez pomocy szkiełka...
mój wzrok z pomocą szkiełka...
Mój wzrok.

I czuję teraz te barwy;
mrowienie wspomnień pod powiekami
złotych promieni ciepło na skórze
i zaplątaną we włosy nić
srebrnego światła księżyca...

Widziałam kiedyś kształty,
a teraz widzieć muszę dźwięki
Kolory muszę słyszeć i opuszkiem
czytać z twarzy za pomocą ręki...


Vuohi, 20.02.17

wtorek, 24 stycznia 2017

Łąka

Kładą się do snu na piersi ziemi
oceany polnych kwiatów czerwieni,
gdy ostatnie szepty śle złote słońce,
zanim skona w szkarłacie płonące

Wieczorem, gdy kłosy do snu kołysze
wiatr, co odziany jest w rumianą ciszę,
noc zstępuje rosą z gasnącego nieba
wprost na posłanie pod koroną drzewa

Maki płatkami na wpół zamkniętymi
nucą kołysankę nad trawami zielonymi,
ziemia powieki swych jezior zamyka
ucisza szemranie każdego strumyka;

Spokojna i naga leżę u Twego boku
jak barwy, co powolnie milkną po zmroku
rankiem, gdy powita mnie źrenic Twych słońce,
jak kwiat się rozwinę w miłości na łące...

Vuohi, 24.01.17
14:12