niedziela, 30 grudnia 2012

Tak samo, a jednak inaczej

Jest dokładnie tak jak myślałam.
Choć się stale oszukuję, że to nieprawda, choć starałam się ukryć gdzieś jak najdalej każde wspomnienie o tobie, to tak naprawdę nigdy nie zniknąłeś z moich myśli. Ani z mojego serca, które postanawiasz zapewne znowu ranić, wracając....
Jest dokładnie tak, jak chciałam.
Choć niezupełnie chciałam, żeby bolało... chciałam....wiesz czego tak naprawdę chciałam?
Żebyś się czasem odezwał, żebyś mi powiedział co u Ciebie.. Co tak na serio, bo nie miałam ochoty słuchać tego człowieka, za którego obliczem się chowałeś mówiąc, że to nim jesteś.
Ja wiem jaki jesteś.
Przecież nie znałam bardziej wrażliwej osoby od Ciebie, nie myślałam nigdy, że ktoś może aż tak bardzo czuć, tak mocno myśleć... Obudź się, taki jesteś! Nie uwierzę, że jesteś skończonym idiotą czy chamem... To, że starałeś się mi to wielokrotnie uświadomić przez jakiś czas...to o niczym nie świadczy!
Czuję, że coś jest nie tak.
I co - zniknąłeś, a ja sobie w duchu cicho wierzyłam, że wrócisz. Na pewno.
A wokół było i jest pełno kłamstw, wokół świat rozszarpie na strzępy wszystko co masz, jeśli się nie obronisz, jeśli nie odnajdziesz kogoś, dla kogo w ogóle warto się bronić...
Nagle tak znowu się zjawiasz, czasem wspomnisz, że jest tak sobie.
Może nie jest najlepiej.
Gdy potem po prostu dzwonisz, żeby się pożegnać.
I ja słyszę, że coś wewnątrz ciebie pęka na pół. Co to jest, jeśli nie to serce, które tak cholernie za wszelką cenę starałeś się ukryć?!
Boże, przecież kazałeś mi zapomnieć, zapomniałeś, zniknąłeś i myślałeś, że ja się na to nabiorę?!
Miałam zachować się jak wszyscy? Ja widzę, kim jesteś naprawdę! Wiem to i zawsze wiedziałam.
Mówisz, że tak naprawdę nigdy nie było dobrze... To po co, powiedz - po co mnie oszukiwałeś?!
Dla mojego dobra?!
Zupełnie jakbym nie krzyczała gdzieś za twoimi plecami, że jest mi źle, że umieram....ale nie. Ty nadal grałeś w te swoje gierki - "jestem zły, jestem podły" .
A teraz co? Stoisz na krawędzi, wyciągasz telefon i do kogo zadzwonisz?
Do mnie.
Żeby się pożegnać.
Liczyłeś na to, że tym razem naprawdę dam ci odejść? Nigdy nie pozwoliłam, zbyt wiele poświęciłam, żebyś znów mógł mnie wciągnąć w tą swoją zabawę w smutne życie.
Trochę za bardzo się wczułam, wiesz? Może trzeba było od początku być szczerym, co?
"Pokaże odwagę ten kto odchodzi..."
Gówno prawda.
Odwagę, pokaże ten, który wytrwa wtedy, kiedy jest najgorzej.

Vuohi

środa, 26 grudnia 2012

Ryba i Ptak

Wolny na wietrze
przed siebie prze i gna
leci po niebie
muzykę wiatr mu gra

Pod powierzchnią wody
przepływa niczym myśl
wolna od ducha pogody
sama wśród innych ryb

Na własność mają
wody i przestworza
a za towarzystwo -
chmury oraz morza

Na cóż jednak tej wolności
tyle los kosztować dał
kiedy nie zna ptak miłości
a ryba tylko siebie ma...?

Vuohi , 26.12.12

niedziela, 23 grudnia 2012

Jeden wieczór

Był to dzień przed wigilią, było chłodno. Za oknem sypał wyczekany przez wszystkich śnieg, który ani trochę nie przejmował się zziębniętymi ludźmi co chwila przechodzącymi po chodniku. Nikt tak naprawdę nie domyślał się, że spadnie on akurat w tej chwili, gdy dzień już powoli dobiegał końca. W jednym z przydrożnych domów, światło paliło się tylko w jednym pokoju, i choć było słabe, ktoś siedzący w fotelu wytężał wzrok i czytał książkę. Niczego mu nie trzeba, nic mu nie potrzebne. Na święta może być sam, chce być sam... aby więcej nie rozmyślać na ten temat, zajął się własnie tą książką. A jednak patrząc wstecz, zawsze był przy nim ktoś. Jeszcze rok temu, była ona. Sprawiała swym uśmiechem, że chciało się wracać do domu. Dom był cały dla niej i chciało się żyć po prostu dla niej. A odeszła zbyt niespodziewanie...Poza nią nie miał nikogo. Na pozór nikogo, bo przecież świat pełen był ludzi. Ale wolał być sam, zostać sam, czytając kolejny rozdział książki fantasy. Fantasy, bo wcale nie przypominała tego szarego, prostego świata wokół, o którym chciał zapomnieć. Chłonął każdą jej stronę i każde zapisane na niej słowo, z całej siły skupiając się tylko na niej.
A tymczasem, gdzieś za oknem, szedł ktoś inny, ktoś mały, niski i chudy. Zziębnięty i wyczerpany, ale ani trochę nie spieszył się przed siebie. Nie uciekał przed śniegiem. Może nie uciekał tylko dlatego, że nie miał dokąd?
Może jeszcze jeden dom...sprawdzi w ostatnim domu...więcej już nie da rady, to musi być tu! Musiał znaleźć schronienie choć na tę jedną noc... Ale nikogo dla niego nie było. W pierwszym domu, nie mieszkał nikt, w drugim, nikogo nie obchodził chłopiec bez dachu nad głową. Z poszarpaną duszą gdzieś wewnątrz, z głową pełną niespełnionych marzeń... Dalej była pusta droga, którą przemierzał resztkami sił, z resztką nadziei...
Może jednak tym razem się uda?
Podszedł do drzwi, uniósł rękę i zapukał trzy razy. Człowiek w środku ocknął się, odgłos wyrwał go z czytania lektury. Nikogo się nie spodziewał, nikogo nie chciał widzieć. Oparł się więc z powrotem na oparciu swego fotela i zaczął szukać wzrokiem miejsca na stronie, w którym skończył czytać, gdy wtem usłyszał ponowne pukanie do drzwi. Wstał, odkładając książkę z lekką irytacją, po czym udał się w kierunku drzwi. Przekręcił jeden zamek, potem następny, chwycił za klamkę, i nagle lodowaty wiatr wdarł się do środka. Wbił wzrok przed siebie - nic nie ujrzał, więc spojrzał na dół. Ujrzał chłopca w niebieskiej, cienkiej kurtce.
"Czego tutaj szukasz, mały? Kolędnicy chyba nie chodzą jeszcze o tej porze... a już na pewno nie samotnie..." Zapytał ochrypłym głosem. " Ja... nie mam dokąd iść... i jestem głodny." Odparł. Starszy mężczyzna poczuł dziwne ukłucie w sercu.
"Och.. mam niewiele, ale dla Ciebie na pewno się coś znajdzie.." Pierwszy raz od wielu miesięcy, uśmiechnął się, sam od siebie, do kogoś.
Chłopiec zjadł ciepły posiłek w milczeniu, a milczeli obaj. Na koniec, starzec zapytał: "Dlaczego nie jesteś w domu ze swoją rodziną?"
Mały spojrzał na niego uważnie. "Uciekłem. Moja rodzina... chyba nie potrafi być rodziną..." zamyślił się.
"wiesz... - zaczął tamten - czasem warto docenić to, że w ogóle jeszcze ją masz. Bo widzisz...ja także uciekłem.. Uciekłem sam od siebie, bo nie mam już nikogo." Spojrzał, widząc w chłopcu jakąś niewykorzystaną szansę ze swojego życia. "No, pożyczę ci jakieś cieplejsze ubranie, zjesz coś jeszcze...i wracaj do domu. Rodzice na pewno się martwią..."
"Ale...jak mam się odwdzięczyć?"
"Obiecaj mi, że od dziś będziesz doceniał to, co masz, zgoda?" Stary człowiek uśmiechnął się kolejny raz. Mógł dać komuś to, czego nie potrafił wykorzystać, będąc sam odkąd takim go zostawiono. Czasem po prostu docenia się coś, dopiero wtedy, gdy nam tego zabraknie....

Vuohi

niedziela, 25 listopada 2012

Przyjaciele od serca

Stał pod salą, mnąc w ręce chusteczkę. Co chwila nerwowo robił kilka kroków do przodu, chodząc tam i z powrotem. Serce tłukło się coraz głośniej, nie mogła odejść, nie mogła, nie mogła!
Co chwilę spoglądał na klamkę od drzwi wyczekując kiedy ktoś ją naciśnie od wewnątrz i wyjdzie, zapewniając go, że już po wszystkim, że udało się. Trzy kroki do przodu, trzy kroki do tyłu. Pociły mu się dłonie, w głowie czuł pulsujący ból.
Minęła godzina, godzina cierpień, godzina czekania... Ledwo już trzymał się na nogach, nie mógł nabrać powietrza. Zamazany obraz przed oczami, był wyczerpany...
Dlaczego to spotkało akurat ich?  Tylu młodych jeździ samochodem, tylu przekracza prędkość, tylu dziennie unika śmierci mimo, że tak niewiele brakuje...
A przecież nie planowali przeżyć czegoś niezwykłego, nie potrzebowali skoków adrenaliny, potrzebowali tylko siebie. Tylko dotrzeć gdzieś, gdzie mogli być tego dnia sami...
Coś przemknęło przez drogę, potem ktoś uderzył w bok, z tej strony, z której siedziała. Zniknął jej obraz, a on nie mógł nic zrobić... Krew na szybie, krew spływała po skroniach, ktoś krzyczał, ktoś wezwał pomoc.
Pomoc nadeszła.
Zabrali ich, kazali mu czekać przed salą, męczyć się samemu, nie mogąc na nią patrzeć, nad nią czuwać... Dręczyły go myśli i wyrzuty sumienia, dlaczego nie mógł on być na jej miejscu? Dlaczego nie mógł jej ochronić? Zawsze mogli uważać bardziej, jechać kiedy indziej, jechać gdzie indziej... Gdzie indziej, byle nie tam!
Mogli zawrócić, myślami zawracał tysiące razy. Mógł to przewidzieć, sercem cofał czas...
Nogi uginały się pod jego ciężarem, ale nie chciał siedzieć na krześle obok, nie potrafił zatrzymać się w miejscu i pomyśleć spokojnie. Tracił nadzieję, dlaczego tak długo trwa to wszystko?!
Może starają się, by była jak kiedyś? Może im nie wychodzi?
A co jeśli straciła pamięć? Sam nie wiedział, czy gorsze jest by umarła, czy by nie wiedziała kim jest.. Odrzuciłaby go, czy może jego obraz i głos zapisany miała w sercu i nie pamiętałaby nic, prócz niego?
Chciał, by żyła. By cofnąć się udało czas, by nie było ich tam akurat w tej chwili....
Cholerne sumienie wypalało mu dziury w sercu.
Nagle zerwał się z miejsca, żołądek podskoczył niemal do gardła, gdy usłyszał szczęk zamka w drzwiach.
Wyszedł mężczyzna zdejmując maskę osłaniającą usta.
"Nie patrz w jego oczy, nie patrz w jego oczy!" oszukiwał się, bo wiedział, że w oczach lekarza już nie ma nadziei "Nie patrz, te oczy kłamią, on na pewno chce Cię uspokoić, chce powiedzieć, że wszystko jest dobrze! Może będzie spać, może nie będzie  pamiętać, ale będzie żyć! Nie patrz mu w oczy!"
Mężczyzna dotknął jego ramienia.
Drgnął czując zaciskającą się w pięść dłoń  lekarza, który spuścił wzrok, jakby nagle od sprawy jej życia, ważniejsza stała się szpitalna podłoga.
- Co z nią?! - wyrwał go z zamyślenia. Wiedział, wiedział, co chce mu powiedzieć, ale oszukiwał się do ostatniej chwili.
- Przykro mi... - zaczął mężczyzna. Przykro. Było mu przykro! Co mógł zrobić, tak? Niby skąd miał wiedzieć, jak jego "przykro" ma się do rozpaczy malującej się na twarzy chłopaka, jak jego słowa mają się do tego bólu w sercu?!
Wbijał sobie paznokcie z całej siły w rękę, zaciskając dłoń. Chusteczka, którą trzymał była zupełnie mokra.
- Błagam niech pan powie, że tylko nic nie pamięta. Że nie będzie mogła chodzić, że będzie spać...ale błagam, niech żyje!
Jego głos odbił się echem od szpitalnych ścian.
Lekarz patrzył mu w oczy, licząc na to, że zrozumie, jednak tamten tylko wbił pytający wzrok w twarz mężczyzny, do końca wierząc, do końca walcząc sam ze sobą...
- Niestety, ona odeszła. Nie mogliśmy nic więcej zrobić. Półtorej godziny nie mogło nic więcej zdziałać, ale jej śmierć...może dać komuś życie...
Słowa padły jak ciężkie kamienie w wodę. "Nic nie dało się zrobić" ...
Ale on wciąż patrzył, wierząc, że to może wyjątkowo głupi, lekarski żart, że może zawsze kiedy się udaje, oni tylko żartują...? Tak, tylko to mu przychodziło do głowy, wraz ze spływającymi po policzkach łzami...
- Jeżeli miała tylko Ciebie, jeśli podpiszesz zgodę...możesz kogoś uratować...
Dodał mężczyzna. Do niego nie docierało nic co potem mówił.
Lekarz wyciągnął zza pleców długopis i kartę.
- Nie mamy wiele czasu, wszystko jest gotowe, potrzeba tylko pana zgody.
Uderzyło to w niego.
Może ma szansę jeszcze sprawić, by to co się stało, miało jakiś sens, dla kogoś innego.
Podpisał, osuwając się na krzesło.
- Dziękuję. Możesz poczekać jeszcze, jeśli chcesz, na druga operację...
Drugą?
Po co mu to wszystko, co i tak mu jej nie zwróci...?
Nic mu jej nie odda, nikt tego już nie zmieni...Stracił wszystko.
Nadzieja umiera ostatnia...
A więc czekał. Czekał jeszcze dwie godziny, siedząc w miejscu, jakby zapuścił korzenie. Nie czuł głodu, ani pragnienia, to był inny rodzaj pustki. Pustki, której nie da się w żaden sposób zapełnić ...
Kolejna godzina, osuszała jego łzy.
Drzwi ponownie zostały otwarte. Ale tym razem, nawet nie podniósł głowy, myślał, że nigdy już nie usłyszy z tamtej strony głosu zapowiadającego coś dobrego...
- Operacja powiodła się. - podniósł wzrok, lekarz zwracał się do niego, ale też do dwójki dorosłych, stojących ze łzami w oczach. Kobieta odetchnęła na głos z ulgą, mężczyzna objął ją, wbijając z nerwów palce w jej plecy, tak, że ręce mu się trzęsły. A może to ona się trzęsła, zanosząc się od płaczu, ze zdenerwowania... Byli pełni wiary.
Wtem, lekarz coś powiedział, czego on nie słyszał, po czym rodzice odwrócili się w jego kierunku.
- To Ty....Ty pomogłeś naszej córce....
Wbił w nich wzrok.
- Ja tylko podpisałem jakiś papier...to ona oddała wszystko...
Zaniemówili na chwilę, po czym usiedli po obu jego stronach.
- Wiesz - zaczęła kobieta - z czasem nowy właściciel serca... odkrywa w sobie cechy dawcy... sądzę, że ona już jest ci wdzięczna.
- Tak, jest ci wdzięczna, bo z twoją pomocą i ona mogła pomóc naszej córce. - dodał mężczyzna.
Chłopak pochylił się i oparł głowę na rękach. Przez chwilę sam poczuł wewnątrz ulgę.
     Jakoś wolał unikać wychodzenia z domu. Wolał unikać całego tego szarego świata wokół, oglądania go bez niej. Jakoś tylko ona potrafiła nadać kolor wszystkiemu i sens jego życiu.
Coś jednak w środku szeptało mu, że powinien iść tam, gdzie ją zostawił.
Tydzień minął, siedem dni i siedem godzin.
Wyszedł z domu kierując się w stronę szpitala. Szedł na piechotę, nie chciał już nigdy wsiadać do samochodu. Chłodny wiatr uderzał w jego plecy, pośpieszając go. Coś ciągnęło go w tamtą stronę, do przodu...
Dochodziło południe, stanął przed wejściem do budynku szpitalnego, wahając się czy ma wejść czy nie, i czy to w ogóle ma sens. Jednak zrobił krok do przodu, wszedł po schodach na pierwsze piętro. Szedł przed siebie mijając chorych, lekarzy, pielęgniarki i innych ludzi, patrzył tylko na swoje nogi i na szpitalną podłogę.
Nagle wpadli na siebie, ledwo zauważył, że ktoś nadchodzi z naprzeciwka .
- Oj, przepraszam! - wybełkotał łapiąc się za głowę. Spojrzał na nią, coś ukłuło go wewnątrz.. Patrzyła na niego, obca, ale tym spojrzeniem, które znał na pamięć.
Ten sam pytający wzrok....
Serce biło mu coraz szybciej, był pewien, że skądś ją zna, ale to nie mogło być prawdziwe...
- To on! To przecież on! - usłyszał głos kobiety idącej za córką. - kochanie, to ten chłopak, którego szukaliśmy! - wskazała na niego. Dziewczyna przyjrzała mu się uważniej, przekrzywiając głowę.
- Och... ja.... - zawiesiła głos na chwilę - naprawdę...bardzo mi przykro, z powodu...z powodu twojej dziewczyny...i...dziękuję. Bez ciebie nie byłoby mnie już na tym świecie... nie było dawcy..i...
- Rozumiem... nie mnie dziękuj.. - uśmiechnął się, po raz pierwszy od siedmiu dni. - jak się czujesz?
- Ja.. całkiem nieźle, raczej powiedz jak Ty...?
- Już mi lepiej. Nie mogę przecież stale rozmyślać o tym wszystkim....co straciłem...
Matka uśmiechnęła się, trochę ze smutkiem, kryjącym się gdzieś za tym pogodnym wyrazem twarzy.
- Ale może dasz się nam zaprosić na obiad, co? Wiem, że to żadne podziękowanie, oczywiście nie musisz, jeśli nie chcesz...ale byłoby nam miło...
Miał odmówić, powiedzieć, że nie ma czasu, nie ma ochoty.... ale popatrzył jeszcze raz na Nią, widząc w niej wszystko, co kiedyś kochał. Może dostał jakąś szansę, może  nic nie stało się bez powodu...?
- Zgoda... przyjdę. - zostawił im swój numer telefonu.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Będę jeszcze tu pięć dni, zawsze możesz wpaść jak chcesz...wiem, że to dość głupie zaproszenie, w końcu to szpital, ale...
- Jasne, jak tylko chcesz. I tak nie mam nic lepszego do roboty...
Złapała go za rękę.
- To...możemy być chociaż...przyjaciółmi od serca, no nie?
Zamyślił się. Ciepło, jakie przesyłała mu jej dłoń, starała się przypomnieć właśnie o jej sercu. Zrozumiał, jak wiele życie chce mu oddać w zamian, jak bardzo chce mu jednak wynagrodzić tę stratę...
- Przyjaciele od serca. Dobrze. - popatrzył jej w oczy, ostatni raz, jak sobie obiecał, tęskniąc za tamtą, która pierwsza patrzyła w ten sposób.
"Do widzenia" pomyślał. "kiedyś trzeba zapomnieć, nawet gdy jest tak trudno..."

Vuohi

niedziela, 4 listopada 2012

Umiera ostatnia

Kiedyś miałam nadzieję, że wszystko się ułoży.
W momencie, gdy wszystko zaczęło się sypać, ja stałam bez ruchu w miejscu, ale nie załamałam się, wierzyłam tylko, że to przeminie. Nie pragnęłam ukojenia. Wiem, że każdy ból jest potrzebny, każde istnienie jest potrzebne.
Wszystko co miałam, pękło na pół. Mój dom, moje serce, moja rodzina i moje marzenia pękły na pół. Tak dziwnie było, być jedyną wspólną częścią, tylko ja razem mogłam trzymać te dwa światy.
Nie było mi tak źle, póki wierzyłam, że wszystko wróci do normy. Byłam pewna, że to sen, chciałam, by to był tylko żart, ale odkryłam, że to było i jest prawdziwe. Nie da się ponownie tego naprawić, nie można cofnąć czasu. A nawet gdyby można było, nie chciał tego nikt prócz mnie.
Wtedy dopiero dostrzegłam, ile mi odebrano. Nie umiałam zrozumieć dlaczego, nie umiałam się odnaleźć w nowym świecie, który zbudowano na rozstaniu się dwóch. Czy cokolwiek mogło jeszcze być pewne, jeśli wszystko co dotąd takie było, zostało stracone?
A nadzieja umiera ostatnia. Więc nadal miałam ją, wierząc z całej siły, że mogę jeszcze kiedyś czuć się normalnie, tak jak wcześniej, kiedy chwile dawały mi szczęście i umiałam się nimi cieszyć.
Raz coś się zmieniało, czasem było lepiej, potem znów gorzej. Nigdy nie mogłam być spokojna, nie potrafiłam stać w miejscu ani nie czułam się bezpieczna, stale obawiając się, że zaraz stracę grunt pod nogami..
A nadszedł czas, że chwilę było lepiej. Miałam wrażenie, że to na co czekałam tak długo, ze ten spokój wreszcie nadszedł. Złudzenie.
Głupia nadzieja, głupia moja nadzieja , a tak bardzo błagałam o to lepsze życie, tak prosiłam, tyle dała mi ona i tyle odebrała zarazem ... Nie potrafiłam się podnieść, już drugi raz straciłam więcej niż bym mogła kiedykolwiek później mieć...
Dno.
Tak, teraz mi ktoś powie, że już nie może się podnieść, że nie ma niczego, na czym mógłby się oprzeć. Nie ma sensu dalej żyć, nie ma powodu, nic nie może go zatrzymać tutaj, kiedy śmierć tak daje mu skrzydła, tak bardzo namawia by odbił się od dna, tak łatwo, ale w druga stronę.... Nie mogę słuchać, nie mogę patrzeć na to cierpienie. Nie potrafię zostawić nikogo, kto mógłby czuć to, co ja kiedyś..
Bo teraz istnieje ktoś, ktoś kto daje mi wiarę. Z każdym upadkiem czuję jego dłoń za sobą, wyciągniętą w mym kierunku, by pomóc mi wstać. Moja nadzieja, ona tak naprawdę umiera ostatnia, i już nie żałuję jej. Ona dała mi kogoś, kto jest odpowiedzią na wszystkie me modlitwy. Kogoś, komu mogę powierzyć swoje życie. Jest mym marzeniem, moją siłą, każdym momentem mego istnienia, najsłabszym i najmocniejszym mym oddechem...
Odnajdź to w sobie, spójrz, trwaj w nadziei, nie daj jej odejść, ona cię nie zostawi. I czekaj, aż wskaże Ci drogę. Ześle kogoś jak i mi...
Mam dla kogo znów otworzyć oczy .
Mam swoją jedną pewną drogę...

Vuohi

wtorek, 2 października 2012

Heartbeat

Mogę do końca udawać, wmawiać sobie, że jestem szczęśliwa,
 mówić, że kocham swe życie, lecz nic nie będzie prawdziwe,
Póki nie poczuję bicia Twego serca.

Chciałabym uciec od siebie, uciec od codzienności
i poczuć jak smakuje życie, bo wszystko stanie się możliwe
gdy tylko poczuję bicie Twego serca.

Wszystko mogę porzucić i oddać za to własną duszę,
pozbyć się uczuć i  dać okraść się z nadziei,
by choć tylko przez chwilę czuć bicie Twego serca.

Spełnij me marzenie, daj mi tę krótka chwilę,
na którą czekam całe życie, ten moment,
w którym zatrzyma się czas,
te ulotne minuty, w których będę mogła słuchać
bicia Twego serca.

Gdybym miała o co walczyć,
wiedz, że byłaby to walka o  bicie Twego serca.
Gdybym chciała słuchać muzyki,
 brzmiała by ona jedynie jak bicie Twego serca.

Potem..."potem" nie istnieje
Potem mogę przestać żyć
Oddycham tylko póki słyszę bicie Twego serca.

Vuohi

wtorek, 25 września 2012

And I don't want to say "goodbye"...

Chłodny wiatr szarpie moje włosy. Nie mogę się obudzić, nie mogę odgarnąć ich z twarzy, nie mogę się ruszyć...
Nie czuję wcale bólu, nie czuję niczego, prócz oczywistych rzeczy jak lodowata, wilgotna ziemia pode mną, jak oszroniona trawa dotykająca mojego zimnego jak śnieg ciała. Nawet zamarznięta woda nie topnieje na mojej skórze...
Oczy na wpół zamknięte, dostrzegam pierwsze promienie wschodzącego słońca i nie chcę myśleć kto, jak i dlaczego to zrobił.
A może sama to zrobiłam? Sama doprowadziłam do własnej śmierci? Samozniszczenie jest takie banalne...
Nie mogę wstać, nie mogę się zbudzić, nie mogę zaistnieć na nowo. Musze czekać dopóki ktoś mnie tutaj nie odnajdzie....Czekam,  czekam na znak, jak mam sprawić byście mnie usłyszeli??
Umarłam, porzucili mnie, zostałam sama, mimo mroźnej nocy, a może nocy kilku, w jednej cienkiej osłonie własnej skóry. Mrok spowił moje ramiona, zapadam się powoli w tym miejscu, w którym tak właśnie tkwię od wielu godzin...
Chmury rozganiane przez światło, chmury jak cienkie obłoki nadziei, która ponoć ma umierać ostatnia...Tli się we mnie jej płomień, jeszcze istnieje, krzyczy we mnie "znajdą cię! ocalejesz! musisz ocaleć!" ....
Wierzyłam jej jeszcze chwilę temu, tej nocy tracić ja zaczęłam.. Już nie wybawi mnie nic, ja przestaję istnieć, zapadam się, coraz bardziej zapadam się....
Czuję jak kropla spada na mój brzuch, kolejne na me nogi, na szyję, na czoło...mokną moje włosy, coraz więcej kropel, resztka mego ciała uginająca się pod ciężarem deszczu.. Nie mogę się zasłonić, nie mogę rozgonić chmur, ani skulić się w kłębek, z dala od świata i od lodowatych strumieni wody, lejących się z nieba. 
Nawet niebo płacze nade mną.
Nawet ziemia drży pode mną.
Znajdź mnie, bo jeszcze nie mój czas, ja jeszcze nie chcę się pożegnać, ja jeszcze chcę tu zostać...!
Obudź mnie, chwyć za rękę, podnieś i wyciągnij z tego błota beznadziei, zabierz mnie stąd! Zabierz mnie!
Nie szukaj ich, zapomnij o tych co to uczynili, spójrz na mnie! Mijasz mnie tak obojętnie! Boże, spójrz na mnie! Nie uginaj nieba nad nimi! Zapomnij, odejdą! Zbaw mnie! Tylko ja zostaję, nie mogę niczego sama zrobić!
Pomóż mi, nie chcę odchodzić tak wcześnie....
Nie chcę pożegnać tego świata, nie chcę patrzeć na Was z góry, tak beznadziejnie nic nie mogąc uczynić....
Znikam, znikam cały czas, tak mało chwil, tak ulotnych, tak mało mi pozostało... Nie mogę nic zrobić sama...
Od tak, potykasz się o moje ręce, aniele...dostrzegasz zabłocone włosy, porzucone przez duszę ciało, osamotnione, wśród tej trawy....
Znaleźliście mnie, tak? Daj mi teraz odejść w spokoju, tak się musi stać, mimo, że ja nadal nie chcę się pożegnać....Nie chcę zniknąć tak łatwo..
Wzleciałam dzięki tobie, ponad niebo i zachody słońca, ponad te upały i te mroźne dni...
Tamci też odeszli, ukarani własnym sumieniem, moi "przyjaciele"...

Vuohi

niedziela, 16 września 2012

As You Wish

Jeśli chcesz wiedzieć, to tak, byłeś dla mnie wszystkim.
Właściwie jesteś nadal, ale to jest inna, długa i smutna historia.
Nie chcesz mych opowieści, nie chcesz mnie, więc odchodzę, jak sobie życzysz.
Moje odejście, jest ostatnim Twoim słowem, ostatnim pragnieniem, jakie dane mi poznać, tak?
Rozumiem.
Już mnie nie ma, popatrz, przecież znikam, odchodzę! Już nie musisz udawać, że tęsknisz, że Ci zależy...
Kogo ja oszukuję...ty nawet nie udawałeś....
Przepraszam, co ja Ci zrobiłam, że tak bardzo czujesz się skrzywdzony? Nie sądzisz, że to ja powinnam teraz płakać? Przecież sam tego chciałeś, powiedziałeś odejdź, więc odeszłam by cię więcej nie skrzywdzić.
Teraz jesteś kimś innym, masz swoje drugie życie, odcięte od przeszłości, w której znaczyłam dla Ciebie więcej niż wszystko...Tak? Tak jest, pomogę ci zapomnieć...
Cśś, to nie boli, tylko zamknę Ci oczy, a Ty policzysz do dziesięciu. Gdy je otworzysz - mnie już nie będzie, okej?
Auć.
Nawet nie próbujesz walczyć o to, bym została. Trochę boli, i boli to, że odejdę i nie będę z Tobą rozmawiać tak długo...ale skoro masz być wtedy szczęśliwy, proszę bardzo.
Jak sobie życzysz.
Boże, na co ja się godzę?! Popatrz ile robię! Serce naprawdę mi pęka, ale robię ot dla Ciebie!!!
Prawdopodobnie nigdy już się nie zakocham, nigdy nie będę szczęśliwa, bo moje serce zostaje przy Tobie, ale to nic! Odchodzę z tym wszystkim, tak jak sobie życzysz!!!
Czasem jak o mnie wspomnisz, jak śmiesz zatęsknić, wiesz gdzie mnie szukać, tak?
Niestety, ale zbyt Cię kocham, żeby odejść zupełnie i żeby pozwolić odejść Ci z moich myśli. Więc, zawsze możesz na mnie liczyć. Dobrze wiesz, że będę czekać póki się nie odezwiesz.
Marzę, by Cię kiedyś jeszcze zobaczyć, jeśli to niemożliwe, nie mów mi tego. Wolę żyć nadzieją.
Może zaprosisz mnie kiedyś, bym spojrzała na Twoje szczęście z nią. Może nazwiesz mnie przyjaciółką, a ja znów ze spokojem dam się poniżyć.
Póki co, trochę jeszcze będę płakać, ale to wiesz na pewno.
Bądź co bądź, zejdę Ci z oczu, tak jak sobie życzysz, w duchu mając cichą nadzieję, że może zatęsknisz szybciej niż obiecujesz...

Vuohi

wtorek, 11 września 2012

Love

Miłość do najbliższej osoby, ona jest życiem i szczęściem.
Daje nadzieje, dodaje sił na każdy dzień. Trwa na dobre i na złe. Wypełnia każdą chwilę życia i jest jego sensem. Zostawia ślad, na drodze donikąd.
Oddychasz nią.
Żyjesz nią.
Jesteś nią.
Ona jest tak piękna i nieznana...
Potrafi być także równie okrutna i bezlitosna.
Miłość nieodwzajemniona, jest jak wiecznie czekanie. Jest bólem i nieustannym staniem w miejscu. Kłuje w serce i rani duszę, ale nadal jest i wciąż istnieje. Nie daje o sobie zapomnieć.
Czujesz ją, nie możesz uciec. Pragniesz jej, ale nie możesz mieć w pełni.
Nagle życie, które było oddychaniem, biciem serca, potem miłością i tylko tą miłością....staje się jedynie umieraniem.
Umierasz powoli, odchodząc, masz ostatnią nadzieję, że choć na końcu poczujesz trochę szczęścia.
To, co się wydarzyło, jest tylko wytworem twej wyobraźni.
Nie martw się więc.
Już wygrałeś bilet na drugą stronę.

Ukojenie Twego bólu.

Vuohi

środa, 29 sierpnia 2012

Deszcz

Padał deszcz.
Deszcz, który spływał po ulicach całego miasta, spływał po domach, po dachach, i kapał na odsłonięte głowy, które nie ukryły się pod kapturami czy parasolami.
Krople moczyły jej twarz, brwi, włosy, rzęsy nasiąknęły wodą. Deszcz doskonale potrafił maskować łzy.
Stała ubrana w koszulkę i krótkie spodenki, była boso i trzęsła się z zimna. Ale nie mogła nic zrobić. Pół godziny temu zobaczyła tylko jak cała jej miłość, jej życie, część serca, wszystkie plany na przyszłość, wszelkie nadzieje, jedyna opcja i szansa na przeżycie, odchodziły na zawsze.
Obiecałaś, że nie będziesz płakać...
Obiecałeś, że nigdy mnie nie zostawisz.
Obiecała sobie, że już nic nie zrobi. Nigdy nikt jej nie zrani. Nigdy ona nie zrani nikogo.
Zostanie tu, mimo, że pada deszcz, mimo, że on odszedł na co nie mogła nic poradzić. Mimo, że ludzie wokół śpieszą się, biegają, rozmawiają, mimo, że czas płynie, a ona stoi w miejscu.
Zawiódł ją, nie pierwszy, ale ostatni raz.
Kocham cię. Jesteś najważniejsza. Będę zawsze przy tobie, będę cie chronić....
Jego głos dźwięczał w jej głowie. Dlaczego przestał ją kochać, dlaczego przestała być najważniejsza, dlaczego odszedł, kto ją teraz obroni przed wszystkim czego się boi?
Rozpłakała się jeszcze bardziej.
Wszyscy ludzie tacy zabiegani....tylko ona....już nigdy się nie poruszy, straciła wszystko...
Zamazany obraz..pośród łez jednak dostrzegła kogoś, kto szedł powolnym krokiem. Prawie sam się zatrzymał, jakby i dla niego czas nie miał znaczenia.
Nie miał parasolki, ani kurtki. Szedł w przemoczonym ubraniu, woda lała się ciurkiem z jego włosów, prosto na co chwila pociągający nos.
Podniosła głowę zwracając ją ku niemu. Zatrzymał się centralnie przed nią, w odległości jakichś dwóch kroków. Stali chwilę w milczeniu, przyglądając się sobie zza ściany deszczu.
- Nie jest ci zimno? - zapytał cicho nieznajomy.
Powoli skinęła głową.
- A tobie?
- Trochę. - wyciągnął rękę. Cała mu drżała z zimna, jej tak samo, gdy złapała jego. - Tobie też obiecał wszystko przed odejściem, co?
Nigdy nie przewidziałaby, że tego dnia może się jeszcze uśmiechnąć.
- Nie wrócą do nas, co nie? - zapytała, ściskając mocniej jego dłoń. Woda spływała im po rękach, po nogach, jakby była roztopionym śniegiem w środku lata. Uśmiechała się mimo łez.
- Chyba nie... - szepnął. Zrobił krok do przodu, wchodząc w kałużę po kostki. Też nie miał butów. Pociągnął ją za sobą. Też weszła w to samo zagłębienie wypełnione wodą.
- Zachorujesz od tego...
- Ty też. - roześmiał się. - nie znam cię. - dodał po chwili - Nie znam nawet twojego imienia, dopiero straciłem wszystko, a czuję, jakbym zyskał na tym jeszcze więcej...jakby nowe życie stało przede mną.. - mówił coraz ciszej. W końcu słyszeli tylko szum deszczu. Lało cały czas.
- Jak mam go przestać kochać? -  pytanie zawisło w coraz mniejszej przestrzeni pomiędzy nimi. Podnieśli jednocześnie głowy i przez dłuższą chwilę tylko patrzyli sobie w oczy.
Cały ten czas, i wszystkie plany i marzenia dotychczas, poświęcali niewłaściwej osobie.
Deszcz zmył kłamstwa, zmył cały strach i ból, zadany przez najważniejsze, jak sądzili, osoby. Uścisnął jej rękę.
- Dasz radę, czuję to. - woda kapała mu z brody na przemoczony podkoszulek. Roześmiała się.
- Skąd ten pomysł? Postanowiłam, że nigdy więcej się stąd nie ruszę. Że to dla mnie koniec i nic nie będę robić... - łzy na nowo mieszały się z kroplami na jej policzkach. Cała się trzęsła.
- Wiesz... - wyszedł z kałuży trzymając ją za rękę, ruszył kilka kroków naprzód, ciągnąc ją za sobą. Potknęła się wpadając na niego. - Jakby nie patrzeć.....od teraz po prostu mamy siebie.
Uśmiechnął się do niej tak promiennie, jakby uśmiechem potrafił rozgonić deszczowe chmury. Zapomniała o tym co było. Postanowiła teraz zacząć od nowa. Oparła głowę o jego ramię i szepnęła sama do siebie, ledwie słyszalnie:
- Tak, mamy siebie...

Vuohi

Kim jestem

Kim jestem?
Co świadczy o moim istnieniu? To, że oddycham, to, że się poruszam? Mówię, śmieję się, krzyczę, czasem płaczę. Widzę, słyszę, dotykam..
Czuję, kocham, nienawidzę, myślę, pragnę, pamiętam, marzę i śnię...
To moje ciało, decyduję, mówię i robię co zechcę.
To mówi "istnieję"?
Chcę Ci powiedzieć, chcę podziękować, chcę od ciebie uciec, chcę cie prosić i błagać, chcę w końcu o tobie zapomnieć...
Kim jestem i dlaczego?
Czy w ogóle JESTEM ?
Widzę twarz w lustrze, skąd wiem, kim jest osoba w odbiciu? Może to moja wyobraźnia podsuwa mi ten obraz, może widzę opisy wszystkich ludzi..
Słyszę, ale nie słucham.
Patrzę, ale nie widzę.
Uczę się, ale nie umiem.
Decyduję o następnym kroku, wykonuję go, ale nie przewiduję upadku za trzy następne.
Dotykam ziemi ręką, czuję jej chłód, czuję miękką i sypką powierzchnię. Ona jest.
Zrywam kwiat, słyszę szelest jego liści, cicho, jest bardzo cicho... dotykam płatków, są chłodne, miękkie jak ziemia....delikatne, czuję ich zapach, widzę ich blady kolor, czuję tętniące w nich małe życie...One są.
Podnoszę zaostrzony nóż, czuję drewniane umocnienie, nie jest ani ciepłe, ani zimne. Jednak jest, widzę je i czuję szorstką powierzchnię...przesuwam rękę dalej. Nagle zadrżała, napotykając metalową krawędź. Jest ostra, czuję, jak może zranić, widzę jak odbija się w niej zniekształcona, moja ręka..czuję ból. 
Ból pali, wbija się coraz głębiej, chce dalej ranić, chce boleć, on krzyczy, on szepcze, drapie, śni, budzi się, działa....On jest i istnieje, musi być prawdziwy.
Moja ręka drży, czuje, przesuwa się dalej wzdłuż zimnej krawędzi, krwawi, i pragnie przestać, ale ja, to ja każę jej wytrwać i cierpieć..
Krew...jest moja, jest prawdziwa, rozlewa się i wycieka z ręki, kapie na podłogę, brudzi moje ubranie, cieknie wzdłuż mojej ręki, od dłoni, przez nadgarstek, aż do łokcia...i upada...ona istnieje. Ona jest moja i należy do mnie....czy nadal należy do mnie gdy jest już poza mną i gdy jest rozlana na podłodze?
Czy jeśli ona naprawdę istnieje, a jest moja, to znaczy, że i ja istnieję?
Może to wszystko jest tylko moim wymysłem...
Nie ma mnie ani nie ma krwi. Nie ma noża, nie ma ostrza, nie ma ziemi ani kwiatów.
Co istnieje jeśli nie istnieje nic?
Chyba jest czas, czas który za wszelką cenę chce ograniczyć wszystko i wszystkich, którzy pragną zaistnieć...

Vuohi

niedziela, 26 sierpnia 2012

Bajka

Chcesz, to opowiem Ci pewną historię. Według mnie, ona jest tylko bajką, zapomnianą, bo nikt jej nie opowiadał od lat, i nikomu nie przytrafiało się nic takiego...choć wiele sytuacji było podobnych...
Więc, była sobie ona. Ona nie miała imienia, była po prostu sobą i nią.
I był On, i on był tylko sobą czyli nim.
Wszystko wokół nich, chciało przeszkodzić im w spotkaniu siebie. Jednak zawsze istnieje sposób odnalezienia swego przeznaczenia. Życie zawsze stawia przed nami znaki, nie wszyscy są tego świadomi.
Ona miała jedno marzenie, marzenie o prawdziwej miłości, i chciała znaleźć osobę którą pokocha z całego serca, z całej siły i z wzajemnością. Pragnęła najbardziej w świecie dążyć do dawania szczęścia ukochanej osobie, z pewnością, że odda dla niej wszystko.
On był samotny, a samotność była prawie nim. Nikt nie dostrzegał różnicy pomiędzy jego istnieniem, a jego brakiem. Pragnął jedynie, by ktoś go dostrzegł, by ktoś obdarzył go uczuciem. Tak, że czułby się bezpieczny i potrzebny tu i teraz...
Dzieliło ich wszystko i nic.
Byli daleko siebie i blisko.
Podświadomie wyczuwali swoją obecność, wiedzieli, że są blisko swych marzeń i pragnień.
Przypadkiem, ona postanowiła pójść tego dnia inną drogą niż zwykle. Przypadkiem, on mieszkał w pobliżu.
Wpadli na siebie od tak, ich oczy się spotkały i nie powiedzieli nic. Tylko wewnątrz słychać było krzyk ich serc, tak to ta chwila, to on, to ona!
Upadło wszystko co postanowiła tego dnia zrobić, wszystkie jej plany odeszły w niepamięć.
Zrezygnował z odejścia, zapomniał o wszystkim co miał zrobić.
Istniała tylko ta chwila. Rozumieli się bez słów, tylko to jedynie co mogli zrobić, potrafiłoby opisać uczucia, które chowali głęboko w sobie, tylko dla siebie i tylko dla tej chwili.
Obiecali sobie, że się spotkają, następnego dnia, gotowi by razem wyruszyć, by zapomnieć o wszystkim, o łzach i strachu, o chłodzie i o tym co za nimi...
Ona nie myślała tego dnia nigdy więcej. Pobiegła prosto do domu, by przygotować się na najpiękniejszą przyszłość, jaką tylko mogła sobie wyśnić. Biegła i straciła wszystko. Wszystko w jednym upadku.
Czy to dlatego los chciał zatrzymać ich osobno? By ich ocalić? Czymże jednak byłoby życie jeśli nie ma się niczego, nie ma się miłości i szczęścia?
Leżała tam, sama zupełnie, leżała dnie dołu jaki wykopała jej śmierć.
On szukał jej, szukał następnego dnia, i następnych pięciu tygodni.
Stracił wszystko. Postanowił stracić i życie...jakie tam życie, które nie miało nic wspólnego z życiem? Było tylko oddychaniem, ruchem i stałym szukaniem jej i czekaniem na nią.
A ona już nigdy nie mogła go spotkać.
Tak, to tyle. Powiedzmy, że mieli pecha.
Rozumieć można jedynie iż całe ich życie nim się poznali, było jedynie jedną tą nadzieją, na to, ze kiedyś się spotkają...
Gdy nagle się udało, były to tylko krótkie i ulotne chwile szczęścia. Potem bez siebie nie mieli celu do życia. Nie ma życia bez miłości.
"Tak, nie ma życia bez Ciebie"

Vuohi

Niewidzialna

Umieram w Twoich myślach już kolejny raz.
Zabijasz mnie każdym słowem, tak bardzo ranisz, tak, czuję jak wbija się cierń twej nienawiści.
Czym zawiniłam, co ja zrobiłam?!
Byłam cały czas, czekałam na znak od Ciebie, nie istniało nic poza Tobą. Byłeś Ty, Ty i nic więcej.
Jakkolwiek bym się starała, nie przewidziałabym, że stanie się coś takiego. Niewiarygodne, jak szybko mogłeś zmienić zdanie...
Zapomniałeś o mnie w jeden dzień, zapomniałeś o całej miłości, którą karmiłeś co dzień...
Boże, jaki ból potrafią sprawić proste słowa! Od tak niebanalnej osoby, w prosty dzień, rzucone od niechcenia, od tak, bo chciałeś już z tym skończyć...!
Dla ciebie to nic, powiedzieć jak bardzo mnie nienawidzisz.
Jak chcesz zapomnieć o moim istnieniu, ze już jestem nikim...!
Nigdy nie powiedziałabym tego komukolwiek, nie usłyszałam tego od najgorszych osób, niespodzianka - powiedziała mi to osoba, która kochało całe moje serce, która prawie stała się mną, bez której nie mogłam żyć.....nadal nie umiem i nie potrafię , nie wiem i nie chcę wiedzieć....
Co się z nami stało? Popatrz! Wczoraj byliśmy dla siebie najważniejsi, dziś nie wiesz kim jestem, nie znasz mnie, nie chcesz znać...
Jestem niewidzialna dla Ciebie, jestem przeszłością i zamazanym pismem na kartce, którą spalasz każdym kolejnym słowem....
Nie mogę wierzyć, że to prawda! Proszę obudź mnie, powiedz, że to tylko sen!
Wróć, proszę tylko o jedną rozmowę, bez tych ostrych słów, proszę, co jeszcze mam zrobić?!
Jakże okropna musiałam być, jak bardzo Cię raniłam przez ten cały czas, ze tak mi się odpłacasz?! Płacz nic nie pomaga, sen ucieka, coś spędza go z mych powiek, nie mogę spać, nie mogę oddychać....
Ręce, moje ręce nadal się trzęsą, w sercu rana się powiększa, jak wiele cierpienia przez jedno twoje słowo, jak boli mnie to co się stało!
Przepraszam, z całego serca przepraszam! Spójrz jeszcze raz, zobacz nawet moje łzy błagają, żebyś wrócił! Nie zapominaj! Nie uciekaj!
Umarłam dla Ciebie, wiem, zabiłeś mnie, ale nie masz wyrzutów sumienia, jak możesz?!
Upadam na kolana, biorę już ostatni wdech, nawet w nim tkwi cząstka ciebie!
Bez Ciebie jestem nikim, jestem nikim, jestem nikim!
Każesz mi to wykrzyczeć jeszcze raz?
Proszę, JESTEM NIKIM! To twoje słowa, tylko Twoje! Nikt mnie tak nie poniżył, nikt mnie tak nie zranił....jak bardzo więc ja musiałam zawinić,że doprowadziło to do tego.....tak łatwo ci o mnie zapomnieć..
Tak łatwo...

Vuohi

sobota, 11 sierpnia 2012

Dead and gone

Spojrzałam za siebie, przyszedł się pożegnać.
Pocałować mnie i przytulić, mimo, że mamy się zobaczyć następnego dnia. Powiedzieć, że mnie kocha, że ma nadzieję, że jak tylko się obudzę będziemy znowu mogli być razem.
Wtulił twarz w moje włosy, czułam jego zapach, nadal go czuję. Nigdy go nie zapomnę.
I nigdy więcej nie poczuję.
To tylko taki wyjazd nad wodę z rodzicami, mówił.
Nim się obejrzę, będziemy razem, tak będziemy znowu razem, na pewno.
Nie pojechałam z nim, inni mówią, że to lepiej. Ja nie sądzę...teraz to i tak nie ma znaczenia.
Miało go nie być dzień, miałam go ujrzeć jutro, już jutro!
Dzień minął.
Wiatr szarpał znów moje włosy, uderzał chłodem w moją twarz, jak tego dnia kiedy jechali.
Warunki były trudne, pogoda nagle się zmieniła...tak się zdarza...Mówił ktoś z pogotowia.
Co Ty tam możesz wiedzieć, szepnęłam.
Nic nie wiesz. Nie wiesz co się stało. Nie wiesz co się stanie.
On obiecał, nie może nie wrócić. Nie może tak po prostu pojechać i nigdy nie wrócić!!!
Spojrzałam w roztrzaskane resztki samochodu na ulicy... zabrali go. Zabrali mi go.
Nie mogłabym go nawet należycie pożegnać, ani jego, ani jego rodziców. Auto było jednym maleńkim kawałkiem sprasowanego metalu, już jakieś 20 sekund po tym jak uderzył w nie tir.
Moje serce też stało się jednym, maleńkim zmiażdżonym kawałkiem, zużytym i wypranym ze wszystkiego...
Oczy zaczęły mnie piec. Łzy napłynęły teraz do nich naprawdę, nie jak wtedy gdy zadzwonili, że coś się stało. Nie uwierzyłam im wtedy.
On nie mógł odejść! Obiecał, że wróci, pożegnał się ze mną, tak jak tysiące razy gdy wyjeżdżał za miasto, gdy żegnaliśmy się pod domem, gdy miał coś do zrobienia....
Wszystko było tak samo gdyby nie ten jeden element całego mojego świata, w którym ten właśnie świat przestał istnieć. Wszystko co miałam, co mi pozostało i co kochałam, w kilka sekund stało się zgniecionym wrakiem i resztką człowieka, nawet go nie przypominając.
Boże, och gdybym wiedziała to wtedy, kiedy trzymały mnie jego ramiona, kiedy patrzyłam mu w oczy, kiedy był przy mnie!
Dlaczego to mnie spotkało?!!! Co ja mam zrobić? Co zrobić???
Nigdy go nie zapomnę, nie zapomnę nigdy jego zapachu, jego głosu! Nigdy go nie zapomnę!!!
On , on, tylko on, jest w tym skrawku i resztce mojego zakrwawionego serca, pośród cierni oplatających je, i z każdą myślą wpijających się coraz bardziej i raniących mnie. Tak boli, tak pali mnie to wewnątrz!
Tak pragnę cofnąć czas!
Boże, daj mi wrócić! Daj jedną szansę, błagam! Oddałabym za niego życie, za jeden jego oddech!
Żyłam wszystkim, czym był on, więc czym żyć gdy on przestał istnieć?!
Nie mam jak oddychać, nie potrafię czuć, nie mogę nie mogę , nie potrafię!!!!
Błagam i proszę, wysłuchaj mnie, wysłuchaj ! Nie odchodź, nie zostawiaj mnie!!!\
Słyszysz????
Jak śmiesz?! Jak śmiesz pożegnać się tak jak zawsze, jak możesz tak po prostu umrzeć, odejść, zostawić mnie i nie zostawić nic po sobie?!
Upadam, upadam na kolana i na twarz, nie ma nic, nie ma nic, nic nie ma, nie ma , nie ma.....
O, zabij mnie błagam, jeśli to uczyniłeś odbierając sobie życie! Czym jestem, jestem już tylko powłoką, tylko ciałem, moja dusza odeszła, umarła, serce zamarło - nie bije. Umysł ostatnią siłą wzywa Twoje imię, na pamięć przywołuje każde wspomnienie w którym się znajdujesz!
Pragnie cię ujrzeć, moje oczy toną we łzach, świat jest za mgłą, po prostu już nic nie istnieje!!!
Odszedł i zginął cały mój świat, całe moje życie, moja umiejętność oddychania, myślenia i czucia...
Odeszły razem z Tobą.
Obudź mnie proszę, obudź z tego koszmaru...
Nie potrafię się otrząsnąć.
Nie potrafię istnieć i nie mogę, bo bez ciebie jestem niczym...!
Zostawiasz mnie samą, tutaj , dobrze, rozumiem, to nie twoja wina.
Teraz tylko błagam, zabierz mnie ze sobą, wróć tylko po mnie. Zabierz mnie i zakończ to.
Zabij  i mnie.
Zabij mnie.
Błagam, Zabij.

Vuohi

piątek, 10 sierpnia 2012

Anioł

Nie ma mnie dla nikogo.
Minął tak najpierw jeden dzień, potem tydzień, aż mijają dwa miesiące.
Nie wyjdę z domu - po co? Nie mam nikogo, dla nikogo nie jestem.
Nikt już nie wierzy w anioły.
Mogłam mieć wszystko, tak, potrafiłam wzlecieć i sprawiać by ludzie stawali się szczęśliwi. Każdy mój ruch był zapisany dawno temu, gdzieś tam w gwiazdach...Co zostało po mnie? Na razie siedzę w koncie i rysuję żyletką najpierw po ścianie...a potem po własnym nadgarstku. Z nudów czuję jak zanika mi zdolność myślenia, zdolność rozmawiania z kimkolwiek. Nie chcę wychodzić i nigdy stąd nie wyjdę.
Nie potrzebuję jedzenia, nie odczuwam bólu...tylko nie mogę wrócić tam skąd przyszłam.
Pozbyłam się skrzydeł dla niego, obserwowałam go z ukrycia, jego lęki były moimi lękami, dzieliliśmy te same uczucia, te same pragnienia. Ta radość w jego sercu, gdy coś mu się udawało...tak czułam się jego częścią.. Smutek jednak wkradał się do niego, oplatając jego duszę cierniem, okrywając mnie cieniem. Musiałam pogodzić się z prawdą. Ja dla niego nie istniałam, nigdy mnie nie ujrzy....dawałam mu znaki, był taki samotny, żył sam dla siebie, jak sądził.....O, gdyby wiedział o mnie, gdyby  zrozumiał!
Musiałam cokolwiek zrobić....każdego dnia ocierałam jego łzy, przykrywałam w nocy jego ramiona, gdy czuł zimno, usuwałam niewłaściwych ludzi z jego drogi....
Nie był szczęśliwy, płakał tak bardzo aż pękało serce, tak aż stałabym się człowiekiem niemalże, dla niego tylko i by choć raz poczuł moją obecność....nie jako anioła stróża, jako przyjaciela, jedynego jakiego by miał.
Pokochałam kogoś nielegalnie, nie mogłam kochać, anioły nie są od tego, nie , nie, nie! Krzyczeć i płakać, prosić i błagać...nic nie mogło uratować mnie ani wyrwać z tego stanu, odebrałam sobie skrzydła, wyrzekłam się wszystkiego dla niego, tylko dla niego, by poczuł życie, pokochał mnie tak bardzo jak ja jego...
Tak trudno było się nauczyć życia na ziemi, tak bardzo było mi ciężko go odnaleźć, już nie mogłam czuć jego obecności, nie wiedziałam jak go szukać....
Zapamiętałam jedynie jego wyraz twarzy, tak potrzebował kogoś blisko, kogoś kto go ochroni...marzyłam o tym by dać mu szczęście, by pokazać mu wszystko od tej pięknej strony, wyrwałam się dla niego ze swojego świata, uciekłam od mojej rzeczywistości, dla niego, dla niego!
Odnalazłam go, ale był taki jakby umarł.
Spojrzał na mnie tymi obojętnymi już oczami, nie potrafił mnie rozpoznać...
Tak głupia, on przecież nigdy cię nie poznał!
Stał z nią, z nią był szczęśliwy, ona dała mu to, o czym śniłam by mu pokazać, czuła do niego to co on do niej, to co ja ukrywałam, tak czekałam by być z nim, by być obok niego, by patrzeć na jego szczęście.....
O ile lepiej byłoby gdybym nigdy się nie ukazała! Gdybym wiedziała.....!
Było tak jakby przestał istnieć, a ja dopiero porzuciłam wszystko by być dla niego, cała dla niego, dla niego, dla niego!
Podeszłam bliżej, spojrzałam mu prosto w oczy, ignorując jej pytające spojrzenie...
- Czekałam....czekałam tak długo by móc cię poznać....spójrz czym się stałam, będąc cały czas przy tobie, a jednocześnie nigdy nie będąc z tobą...brak mi wiary....już nigdy nic się nie zmieni, już nic nie cofnę....ale wiedz, że jeśli będziesz szczęśliwy....tak to moja misja, to był mój cel. Dziękuję....
Nie zrozumiał, nikt nie zrozumiałby mnie.
Zniknęłam mu z oczu, oby tylko zapomniał o mnie, nawet jeśli ja nie mogę o nim....
By był szczęśliwy z nią, będąc na wyciągnięcie mojej ręki, a tak bym nie mogła nigdy go dotknąć.

Vuohi

czwartek, 9 sierpnia 2012

Zabawa losu

Cokolwiek by zrobiła, i tak nie zmienia to niczego. Z biegiem czasu dostrzegła, że najlepiej stać w miejscu i nie wykonywać żadnych ruchów. Co ma się stać i tak się stanie.
Najbardziej w całym swoim życiu pragnęła dawać szczęście. Nie uszczęśliwiała wszystkich na siłę - po prostu gdy ktokolwiek jej potrzebował, poświęcała się sprawie i dążyła do tego by poprawić komuś humor. Czuła, że to jej przeznaczenie ot tak.
Jednak ludzie nie zawsze dobrze rozumieli jej intencje....tak było, że przez dawanie pomocy czuli, ze to ona ich potrzebuje. Wszystko poprzewracało się do góry nogami.
Chciała uszczęśliwić swoich przyjaciół.
Ale przyjaciel mógł pozostać tylko jeden.
Nie patrzyła na swoje szczęście, ale po prostu nie mogła żyć bez nich.
Wszystko w jej życiu zaczęło działać przeciwko sobie, i każdy krok prowadził do samozniszczenia.
Stoczyła się na samo dno, zostając zupełnie sama, bo nikt, komu pomogła w całym swoim życiu, nie potrafił jej się odpłacić.....pomagając naraz wszystkim, raniła najbardziej kolejne osoby. Los bawił się nią, układając domino w jej życiu - raz chce dać coś pozytywnego jednej osobie,ale to ciągnie za sobą konsekwencje, i kolejna na tym ucierpi.
Nic już nie miało sensu, zatraciła się w swoim smutku, płacząc i nie wiedząc co robić, jak to wszystko odkręcić i uratować chociaż siebie i swoich bliskich...
Patrzyli z nienawiścią jak upada, jedyna osoba, która niosła ukojenie ich cierpieniom. Zniszczyła sama siebie, tylko kierując się nadzieją, że może jakoś zmieni świat, zmieni ludzi...
Ból wypełnił wszystko co ją otaczało, została sama jak palec.
Odeszła także zupełnie sama, nie wiedząc dlaczego...musiała po prostu, i wszystko to ją wykończyło.
Najlepiej było zostać w miejscu i obojętnie patrzeć na to jak inni gniją w swoich beznadziejnych sytuacjach, jak toną w morzu łez...Jednak poświęciła siebie, pomagając i prowadząc do zagłady wszystkiego.
A ponoć chwilę po tym gdy zniknęła, zauważyli co tracą.
Wtedy zjednoczyli się w tym co po niej pozostało.
Tylko trochę za późno i trochę bez sensu bo i tak nic nie zmienią.
Może była jak anioł, może skrzydła jej potrafiły dać schronienie wszystkim potrzebującym.
Może.

Vuohi

All I can do

Upadek z dziesiątego piętra.
Taki skok prosto w przepaść i nic poza tym.
Ciekawe o czym myślała spadając.
Jej nostalgia w chwili, gdy jest już kilka metrów nad ziemią i nagle uświadamia sobie, że jednak tego nie chce.
O, ile by dała za to, by cofnąć czas, by nie  wychylić się celowo przez okno, by nie pożegnać się z nim. By zostać tam i trwać nadal. Już za późno. Przygotowuje się na cios, sekunda bólu, potem cisza, zamazany obraz, bez świateł....cisza.....pochylający się nad nią ludzie...a gdyby tak mogła wrócić!
Te parę sekund przed końcem, te centymetry nad ziemią...Tak pragnęła wówczas zatrzymać czas, jednak się wycofać...Dopiero w chwili gdy głowa jej zetknęła się z twardym betonem, gdy szorstkie podłoże i nierówny chodnik stały się częścią jej samej, dopiero wtedy zrozumiała ile odebrała sobie i jemu. Dostrzegła cenę życia i jego wartość, ale już za późno. Za późno na łzy i na rozpacz, bo ona już nie istnieje.
O tak, zbierają jej resztki spod bloku.
Spojrzał jeden z nich na okno, otwarte na oścież na samej górze. Stał tam mnąc chusteczkę w ręce.
Jedna zapewne łza spadła na zakrwawione miejsce na dole. A potem miliony łez, bo samo niebo nawet płakało nad nią, tak żałując kolejnej osoby.
Nie było szczęścia za życia, nie ma szczęścia i potem, ale już za późno, to już się stało.
Mogła to zrobić na miliony sposobów, mogła też odejść powoli, zaczekać. Albo umrzeć w cierpieniu, albo ze starości. Ale mogła też starzeć się z nim, a nie zostawiać go samego w  tym oknie.
Zobaczył ją ostatni raz, otwierając drzwi do pokoju. Ujrzał wtedy już tylko zsuwający się cień na parapecie, i zdławiony krzyk gdzieś poniżej. Podbiegł krzycząc na próżno...WRÓĆ.
Zostań.
Na choć jedną chwilę.
Nie, nie zdążyła mu nic więcej powiedzieć, mógł się tylko domyślać.
To właśnie jego ból ciążył na niej najbardziej, w ostatnich sekundach.
Proszę , szepnął.
Do zobaczenia ,  powiedziała sama do siebie wchodząc na parapet.
Nikt więcej nie zobaczy ich razem.
Upuścił chustkę na ziemię. W chwili gdy wirując w powietrzu opadała na sam dół, tam gdzie zostawiła ślady jego jedyna miłość, jego jedyna nadzieja i wiara, skąd ją zabrali....zapukał do drzwi ktoś. Zapewne porozmawiać. Zadać pytania na które nie było odpowiedzi.
A przynajmniej on jej nie znał...
Milczał, nie poruszał się, dobijali się do drzwi. Mogli go posądzić o jej śmierć, o jej myśli. Jemu to już było obojętne. Wszystko co mógł zrobić zostało dokonane w jakiś sposób wcześniej.
Ona i tak już nie wróci, więc nie ma nic do stracenia.
Jeszcze raz wystawił ręce przez okno, a deszcz zmył z jego dłoni łzy i ból. Tylko ten deszcz był w stanie zrozumieć jego cierpienie, tylko on mógł powiedzieć mu szepcząc, coś o tym, o czym myślała w ostatniej sekundzie...
Tak, myślała o Tobie. Tylko Tobie ofiarowała ostatnią chwilę i swój ostatni centymetr bycia nad ziemią.
Opowiedziały krople spływające po jego rękach i moczące rękawy jego koszuli.
Zrobiłeś wszystko, co mogłeś.
To nie deszcz, a łzy anioła, którego miał na własność tu, na ziemi.
Drzwi otwarte siłą.
Dziękuję - szeptały łzy - za wolność.
Zza chmur wyłaniające się słońce, musiało być jej uśmiechem.
Jedyną pewną rzeczą w jego życiu, które zakończyła wraz ze swoim skokiem.

Vuohi

Zagubiona

Potykam się o kamienie, kaleczę stopy w ciemności. Ból wewnętrzny toczy walkę z tym, który doskwiera na zewnątrz. Tak czuje, tak słyszę, tym jestem.
Czuję pod dłonią szorstką korę drzewa, jest zimne, czuję zapach tej trawy i mokrych liści pomiędzy kamieniami, chcę się stąd wyrwać, chcę uciec, aż skończy się mój ból, moje cierpienie.
Błagam w duszy o spokój, o ciszę, tutaj nie słychać nic prócz głosu w mej głowie każącego mi trwać w tym miejscu. Druga dłoń szarpie włosy, ostatnie, które wytrwały całe moje nerwy i moje załamania...
Uciekłam od świata, nie zabrałam nic ze sobą. Nic już nie mam, mam tylko jedną poszarpaną część mojego życia, ubraną we mnie, w moje ciało upadające coraz niżej. Pali mnie myśl o wczoraj, w głowie słyszę jak dobija się jutro, chce wyjść ze mnie i uciec i dać dalszy ciąg wszystkiego...
Trwające moje istnienie, mój nędzny żywot pośród ludzi samotność, komu to wszystko i na co, dlaczego??
Chłód rozdziera moje stopy,  ciemność i nic poza tym. Widzę tylko blady ślad, mój cień przede mną, oświetlony blaskiem księżyca nade mną, dającego światło pomiędzy koronami drzew.
Pusto, nikogo nie ma, tylko ja, zdana na siebie....Ja już zginęłam, zagubiłam się sama w sobie, nie ma dla mnie ratunku, dla mnie nie ma przyszłości. Uciekłam i nie wrócę, zasnęłam i nie obudzę się już nigdy.
Czym byłam? Jak doszło do tego, że teraz już niczym nie jestem i jestem niczym? Spadłam na samo dno, wyleczyłam rany z wczoraj, ale one powracają, zostawiają blizny na sercu...
Krwawię, i to już ostatnie moje krople.
Osuwam się na samo dno, samo dno, pod korzenie tych drzew nade mną.
Wiem, że one, tak jak ja, zasnęły już bardzo dawno temu. Tylko jeszcze nie są pewne o czym chcą śnić, i czy zechcą się obudzić.
Ja wybrałam i nie ma odwrotu, zapadam się i już mnie nie ma.
Głos ucichł, jest tylko moje, coraz słabsze, ale moje i jedyne bicie serca, tu pod ziemią.
Nikt mnie nie będzie szukał, nikt mnie nie znajdzie. Moja dusza jest już wolna, już czuję ulgę i to już koniec. Nie ma już niczego, nic nigdy nie będzie mnie dotyczyło, jeśli sama tego nie zechce.
Zasypiam, i życzę sobie sama dobrej nocy, nikt już mi nic nie powie. Nigdy nie będę płakać, i nikt płakać przeze mnie nie będzie. Tak jest.
Odeszłam.
Zostały tylko liście, tańczące z wiatrem and głową moją, i las przesiąknięty ostatnim zapachem jaki poczułam przed zaśnięciem.
Cisza nadeszła, o którą błagałam całe swoje życie.
I nie ma tego światła na końcu tunelu.
Nie ma tez świadomości.
Wszystko co zrobiłam, było jedynie moim dążeniem do nicości.
                                           
Vuohi

środa, 8 sierpnia 2012

If you die I wanna die with you ...

- Nie jest tak, że chce z Tobą odejść. Raczej to Ty nie odchodź, jeśli chcesz, żebym żyła.
Spojrzała trzymając go za ręce. Wiedziała też, że łzy nie pomogą.
- Dlatego muszę odejść. Nie będę cie już ranić nigdy więcej.
- To nic nie zmieni, wręcz tylko pogorszy sprawę. Proszę tylko nie odchodź! Nie zostawiaj mnie samej! - podniosła głos, jakby liczyła, że wtedy jej zaufa. - Nie zostawiaj mnie samej, nie dam sobie rady ze samą sobą, jak będę mogła żyć normalnie wiedząc, że odszedłeś a ja nie mogłam i nic nie zrobiłam! Nie przeżyje, odejdę razem z Tobą tylko powiedz dlaczego tego chcesz? Nie mogę Ci pomóc? Nie mogę nic zrobić, nie ufasz mi mimo, że nigdy nie złamałam danej ci obietnicy, nigdy nie zawiodłam ciebie, a tak mi się odpłacasz? Kocham cię, najwięcej dla mnie znaczysz i tylko ty się liczysz.... - napłynęły jej jednak łzy do oczu. Całe życie przemknęło jej przed oczami, wszystkie wspólne chwile. Coraz mniej, coraz mniej go jest, on już znika. Rozmawia ze swoim wspomnieniem. Ze swoim niespełnionym marzeniem, nadzieja w jej sercu powoli umierała zostawiając ślad pełen bólu w jej wnętrzu. - Co mogę zrobić. Tylko mówię. Nie odchodź. I tak mnie nie wysłuchasz... - szepnęła.
- Nie....to nie tak.... Ja jestem i zawsze będę z Tobą. Po prostu to co się dzieje poza nami...jest zbyt okrutne. Jest zbyt wiele rzeczy i ludzi przeciwko mnie. Ja znikam, już stoję na krawędzi, nie możesz mnie zatrzymać. Nic już nie ma, jestem niczym...Całę moje życie było tylko jednym twoim uśmiechem, jednym słowem twoim i mimo tej twojej wartości, ja sam nic nie znaczę. Ja muszę odejść, postanowiłem już!
- "postanowiłeś" ??? Egoisto! Moja miłość nic nie znaczy? Jak ma wyglądać moje życie bez Ciebie? Mam spojrzeć w lustrzane odbicie swoich oczu? One będą krzyczeć bez końca Twoje imię, będą trwać w wierze, że znów cie zobaczą, wołać będą "jak mogłaś go zostawić, mu nie pomóc, nie dać mu na tyle szczęścia by wytrwał na tym świecie przy tobie....przy życiu!" Całe moje serce i cały umysł pytają mnie "jak??" a Ty jedyne co powiesz, to, że postanowiłeś??? - ręce jej się trzęsły. Nogi się uginały. Nie trzymała już go. Znikał.
- Spójrz jeszcze. Już po wszystkim. Po prostu mi wybacz. Nie rozumiesz, że już po wszystkim, że już nie ma mnie? Nie ma nas, jesteś Ty. Tylko ty się liczysz od teraz, masz być silna. Musisz wytrwać!
- Odszedłeś, zostawiłeś mnie. Przysięgłam sobie, że jeśli Ty to zrobisz, to i ja.
- Popatrz. Mnie nie ma, ty jesteś. Niech tak zostanie, kiedyś się spotkamy.
Podniosła głowę. Nie było go i już.
Rozmowa ze swoim wspomnieniem.
Rozmowa z nikim i łzy spływające po policzku. Ale dlaczego...dlaczego ... czuła, że tutaj jest?
Czy słowa, które zapisał na kartce dla niej....ostatnie słowa....były prawdą? Że będzie przy niej nawet gdy tego nie będzie dostrzegać?
Musi mieć siłę. Siłę spojrzeć losu w oczy, pokonać swój lęk przed tym co się stanie. Nie odejść za nim. Przysięgła samej sobie, ale jego ostatnią wolą było by została...
Walczyła sama ze sobą.
Sen przyniesie odpowiedź, pomyślała.
W śnie widziała jego twarz. Jego uśmiech nadal istniał, zapisany głęboko w jej sercu. To on dawał jej tę siłę. On zapewniał przyszłość. I gdziekolwiek są, gdzieś tam mają być razem. I czuje to w sercu. Nie umrze, zaczeka cierpliwie na swój czas, a ten dla każdego przychodzi kiedy indziej, tak już jest....

Vuohi