1. Niepogoda
Od kiedy to wszystko…
Za czasów przyjaźni nie było nigdy
czasu...ale ku dobrym stronom obecnych wad - nie wypaliło, nie strapiło, nie
zmęczyło się zbyt szybko. Kształtowanie terenu pomiędzy latami trwało,
pęczniejąc od smutku i śmiechu, na przemian pagórki i szerokie doliny. Krajobraz
Dystansu odbiegał od rozciągniętego nad głowami straceńców nieba, poplamionego
zakurzonymi obłokami. Słońce od zawsze było zbyt zmęczone, by dawać z siebie
wszystko...
Poprzez te trudne...
Dobiegały głosy pojedyncze i
przemyślenia…rzadko, ale zawsze. Gdzieś na boku, z tyłu głowy, na dnie serca,
parki zieleniły się z radością. Było tak za każdym razem; ściśnięte pękały,
wrzeszczące cichły prędko. Ilekroć daleko - upadek, rozpad, rozłam; byleby
wgnieść wszytko do środka, wbijać sobie do głowy i wmawiać, że czarne jest
białe.
Mijało zielenią, niebieskością,
jakby skropione czerwienią. Oceany trwoniły miejsca w swej pamięci na
przechowywanie ładunków ze statków rozbitych wspomnień. Gorzkie, gorzkie wieki,
i słodyczy przebłyski, ach, to te lęki stojące na straży u wrót nieokiełznanego
piękna...
Oślepienie padło na wierzch,
uchylając spód dopiero niedawno, lecz wystarczająco wcześnie, by odetchnąć nim,
zachłysnąć się namiastką ideału.
'Chciałbym być sobą wreszcie', jak
cichutkie pochlipywanie, a zarazem krzyk, wydarty wprost z głębi ogromnej,
beznadziejnej, bezmiernej krzywdy...
Broń się, broń i uciekaj. Śmiej się
i odpychaj wszystko, traćmy się, gdy wokół rosną dęby, i pachną latem
przepięknie, roniąc łzy jesiennie...od razu trzynaście, od razu pięć i sześć, i
dwa. Od razu osiem i dziewięć, natychmiast!
Ale bez znaczenia, bez odzewu ze
strony okrętu, niesionego falami odrazy. Cały w obaw kotwicach, obtoczony
żelazem postanowień. Ziemia z Tobą staje się miększa, lżejsza, przepiękne
drzewa o szorstkiej korze, przyjemnie drapiącej palców opuszki…I kark; na karku
motyl przycupnął i rozwiał wątpliwości, co do snu ukrytego wewnątrz, w głębi,
na szczycie wieży, w ciemności lasu, w centrum zimna lodowej skały.
Boże, Boże, dokąd się wybierasz?
Małe punkciki na dole zlewają się w całość, w całość ogromną na tle koloru
ostrego...co chcesz przez to powiedzieć, och, Boże? Światełko to urocze,
pomięta ulotka i drobny deszczyk, dreszczyk, deszczyk...
Śmiesznie Ci w tych wyśnieniach,
lśnieniach niepojętych, a mi - głupio wręcz - w kaplicy tak stać samotnie, ze
świadomością nagości własnych słów i tego wszystkiego, bo zbyt się niebo
odsłoniło, za jasne słońce paliło dziś nasze głowy. Może więc to TO właśnie
stoi za skupieniem się nocy w jednej czarnej kropce postawionej na końcu,
kiedyś, kiedy wreszcie...?
Obojętne, obojętne, czy naprawdę
obojętne? Niechciane, truskawkowo-zielony utwór w radiu, niechciane, na
podłodze ciągle, niechciane i rozsypane, poślinione koperty papieru złożonego z
czegoś więcej niż strzępków niechcianych, a jednak tak samo - niechciane!
Ani chwili, ani krzty, ani odrobiny.
Czas oto rozkłada skrzydła swoje na kawałek dnia, na cząstkę życia,
łaskawy...Nie docenisz?
Czy dalej kształtowanie terenu
pomiędzy latami trwać będzie, pęczniejąc od smutku i śmiechu, na przemian
pagórki i szerokie doliny...?
A w domu mym się szerzą szczeliny.
Okrwawione nieznanym może do końca uczuciem, swobodnie kiełkują w ciszy,
nieświadomości...i obojętności. Obojętne, obojętne...niechciane! Zaniechane!
Rozpadało się, rozpadło się niebo
deszczem, ale tkwi wewnątrz lato jeszcze, choć płaczą trawy rankami odwiecznie,
choć kwiaty zabiły swe tęcze...
Zabrania mi, nie pozwala...Kątem
oka, widzę, że się oddala, ale ścisk, taki ścisk nie pozwala się wyrwać i pędem
rzucić do przodu, za piękną tą Niepogodą...
2. Cyrk
Ilekroć…odwagą napełni się serce…och,
głupota!
Błahe i byle jakie są te bałagany,
krzywe i poorane pustymi wyobrażeniami szklanych wystawek uczuć, widzianych
szklanymi oczami…Dzikość. To ona tak pociąga, pcha, porywa w te strony niebezpieczne,
i nieważne kiedy, i nieważne w kim…ona JEST.
Bledną okiennice na widok toczącej
się szarości ulicy, nadchodzącej coraz to większymi krokami; masywna,
wybrukowana apokalipsa wyciąga stopy przed siebie i przechodzi nad naszymi
głowami – zamyka nas, nie niszczy, choć zgniata na odległość…
Chcesz zabić, zabić?
Więc zamilcz, zabij, nie słyszę bo
nie chcę, to Twoje idee, to Twoja karuzela, Twoje wesołe miasteczko, Twój cyrk
z wypchanymi słoniami o guzikach wetkniętych po obu stronach trąb, pełen klaunów
na jednokołowcach z plasteliny, rozlatującej się i topiącej od słońca…na co, na
co to wszystko? Zabij więc.
Zamieszanie podskakujące i krzyczące
wokół daje pewnego pokroju poczucie bezpieczeństwa, nieprawdaż? Oddechy
wplatają się bezwiednie, monotonnie, w co popadnie, gdzie popadnie, czy to
włosy czy myśli, nieważne, nieważne! Istotne jest tylko to, co nosimy wspólnie
między palcami, na czym i pod czym leżymy jednocześnie, i na czyje oko
chuchamy, chcąc osadzić choćby cząstkę jednego na drugim.
Kopyta się przetarły, koła się
załamały, a droga nie kończy się wcale na szczycie pierwszej lepszej góry, na
którym można się obejrzeć za siebie i dostrzec miasto swoje, a w nim mrówki
małe biegające w tę i we w tę, sprawami swoimi tak bardzo przejęte, zdruzgotane,
że nie dostrzegające nawet ogromu roztaczającego się nad ich głowami, wodospadu
nie do ogarnięcia, którego namiastkę da się ujrzeć właśnie tu, zatrzymując się
na chwilę, by odsapnąć…
A gdyby oczy w przeciwną
zwrócić stronę – ciemność i spadek, długość każda się wydłuża, senność każda do
snu kołysze, ledwie się dzień zacznie, ledwie świt słońce wywoła, by wzeszło
wyżej, niż dotychczas, bo może to dziś, właśnie dziś jest ten jeden, lepszy od
pozostałych, dzień poznania najszczerszej prawdy…? Niewiadoma.
Kwieciste intensywnie się żarzą
powłoki bezkresów nad łukiem brwiowym, nad czoła horyzontem. Za stawem leży
moja chatka, porzucona, wykrzywiona i obdarta, zapleśniała i taka nijaka,
zupełnie jak ja, gdy tylko na mnie patrzysz…
Potwornie niedoskonała się czuję,
ale to chyba lepiej, niż gdybym idealna…bo wtedy to starać się…po co? Stąd zadowolenie
ogólne wynika z dwóch nieszczęść nie mogących się porozumieć, a dopóki się
stara choć jedna strona tej karty, dopóty lśnić będzie coś na osi życia całej układanki.
Smaki, ach, chciałabym poczuć
bezwstydnie, bez pamięci, ale…to nie dla mnie, mówisz?
A cóż z tego, co masz, własnymi
łzami i potem stworzyłeś, co krwią swoją ochrzciłeś, by zwać swoim, co Twoje,
co w objęciu masz spojrzenia?
Nie dotykaj, jeśli nie potrafisz
tego pokochać, nie dotykaj, jeśli nie jesteś gotów, by to do siebie na zawsze
przywiązać, bo lgnie do Ciebie, potrzeba jakaś wewnętrzna, nieposkromiona i
uzależniająca z każdej strony, od spodu i z góry…zewsząd!
Drwiny tylko Ci w smak, a mi w smak
Twój smak, o ile przyzwolenie otrzyma, nieważne, jak potem mi żal i jaki wstyd,
i wstręt, och, paskudztwo to moje zabrudziło ideał Twój przecież, i w pamięci
mojej już zapaprany jesteś jakimś…jakimś…
Moje.
Zapach rozwinęłabym do granic
możliwości, gdyby się dało stąpać po linie jedną nogą tkwiąc we śnie, a drugą
zaś na jawie kręcić i mieszać wodę w studzience, a może w oczku wodnym…gdyby
się dało! Ja nie wątpię, ale chcę zbyt mocno po prostu.
Ucisz trajkotanie, ucisz to moje
gadanie, może gdyby zachód nie wisiał w tej chwili nad miastem, nie pchałabym
myśli swych w usta Twoje chcąc je usłyszeć nie z siebie, lecz z Ciebie, ale
czerwień, tak się składa, zatoczyła już krąg wokół, i nie ma, nie ma odwrotu!
Utopiłam się, słyszysz? Słyszysz jak
szumi pisane zdanie…?
Wyrwę się kiedyś, przysięgam, w Twą
stronę, jeśli pozwolisz mi raz jeszcze się odwrócić, tak jak dziś…utonę!
Leżę w strumieniu szerokiej Twej
obojętności lodowatej, obojętności czy samozaparcia, nieważne, żelazne
postanowienia zaciśnięte wokół kostek, nieważne, nieważne dopóki nie chcesz
tego zmienić. Wypadłam z wagonu pociągu Twojego rozrywek pełnego i tłukącego
się niemiłosiernie na moście, och, ucisz, ucisz to moje gadanie…!
Cyrk,
wesołe miasteczko otwierasz swoje, może po to właśnie, by mnie zagłuszyć…
3. Niedoskonałości dosyć
Mam
serdecznie dosyć i jestem zmęczona, wyczerpana, wykończona, ciągłym
rozdrapywaniem słów i słówek, wyskrobywaniem z dna kubka resztek Twojego
oddechu, wyciskaniem sensu z pomiętych, zgniecionych i spłaszczonych myśli,
które porzuciłeś odwiedzając mnie i kładąc nas na poduszce, które wetknąłeś w
sam środek łóżka tak, że przeniknęły do wnętrza, wielkiego wnętrza Wszystkiego…
Dość
skakania wokół Ciebie, za cieniem Twoim, jako cień Twój niezdarny, odbicie
niedoskonałe, drepczące niezdarnie i następujące Ci na pięty, dość wierzenia w
Twe zwierzenia, obmyte bajkami szepczącymi, które…
Ach, które…!
Nie dość
mam, wcale nie dość, ani trochę, nie wystarczająco mam Ciebie!
Jeszcze tak
mi boleśnie mało odcisków i sińców, wojen i starań o pokój, wyrywania skrzydeł
i dziergania nowych pajęczyn na mostach naszych wiszących, jeszcze mi mało tego
Pomiędzy!
Dosyć mam
tylko znużenia swego, bierności tej i strachu, co zgniata, co latarnie gasi, co
oblepia mchem cegiełki śliskie na ścianach studni, z której to wyczołgać się
nie potrafię, o, ja nieudolna, niezdarna, niedoskonała…niedoskonała jestem tak
bardzo przy Tobie, że zwala mnie z nóg choćby uśmiech prosty, byle jaki, w
pośpiechu posłany, załamanie to ukochane na twarzy Twej ukochanej, a blizny pod
Twymi palcami…tak paskudnie niedoskonałe!
Próg
przekroczyłeś niby za wcześnie, niby niepotrzebnie, a jednak tak słusznie, w
odpowiedniej chwili, wymierzone Twoje kroki, drżenie beztroski w kieszeniach,
niespokojne i czułe, niespokojne i miłe, gładkie i ciepłe…nietrwałe!
Przemijające
na zewnątrz tak szybko, chmury rozsuwają się prędko, uciekają, gonią
nieustannie, pędzone wiatrem, a wobec tego człowiek, nieudolny, z tchnienia i
westchnienia naraz zrodzony, nie jest w stanie…nie jest w stanie ogarnąć,
zatrzymać, pochwycić…
Ale ja
odtwarzam, tam i z powrotem przesuwając wskazówki, w górę i w dół pchając ręce
ospałe i ciężkie, tu i tam wciskam pięty, łydki przestawiam to w przód, to w
tył.
Gryzę i
ślinię niknące linie, a śnieg mój się topi, skały się kruszą z tęsknoty tej
niezmierzonej, urojonej, wybujałej, przekwitłej…Płatku lodowatej lilii na mym
policzku, kiedy wykruszysz się zupełnie, do końca, tak bym Cię mogła strzepnąć,
porzucić, nie musieć się o Ciebie troszczyć, poić Cię swymi łzami i karmić
spojrzeniami…? Kiedy wreszcie zmarniejesz cichutko, jak ja, leżąc i szarzejąc
od kurzu, co nas przykrywa coraz bardziej dzień po dniu?
Pstryknij
palcami, uszczypnij mnie.
Jeśli nie
docenisz…jeśli nie chcesz…spluń swym odrzuceniem w moje usta, szarpnij dumą za
włosy, niechęcią mi wymierz policzek…i przysięgnij, że nie wrócisz nigdy więcej…
Nawet gdy
błagać będę, a będę…
…I złam wtedy
swą przysięgę.
Dosyć, dosyć
mam siebie, niedoskonałość mi ciąży na szyi, niedoskonałość – kamień ten
solidny, połyskujący, jaki to on nie jest wyjątkowy, wyszukany, tylko mój
własny, na zawsze, najbliższy…ach, jaki okropny w dotyku, szorstki!
Zachowania
moje mogłyby tłumaczyć…a może nie, i nie powinny. Agrafki chcę wpinać w obręcze
snów swoich, przymocować je do ścian umysłu na stałe, tak jak Ty mnie przybiłeś
do drzewa swojego, pośród sosen strzelistych, do jedynego tak starego i próchniejącego…
Wybór
należy do Ciebie, jak zawsze, byle nie do mnie, och, nie do mnie, bo
niedoskonałość ta…majaki chorego, błędy, wykrzykniki i trzykropki bezpodstawne,
bezcelowe, mącące ogół tylko…
I nie dość
mam, nie mam dosyć uwagi Twojej i choćby tylko poprzez wykorzystanie, choćby
światło tylko po Twojej stronie padać by miało, nieważne, póki obok, póki
blisko, póki ciepło…Odwiń i zawiń mnie, połóż czy postaw, cokolwiek, ale nie
patrz, proszę, zbyt długo i poważnie, odważnie, bo niedoskonała jestem
niezwykle, i zgniata, i miażdży mnie oko szczere, choć drwiące w sposób jakiś
nieopisany, śmiejące się czy kochające, nie wiem, ach, nie wiem…!
Usiądźmy
na brzegu fontanny, przeliczmy wszystko, sprawdźmy zyski i straty, doszukajmy
się dziury, pęknięcia, szczeliny w kamiennym murze, na którym leżymy przez
życie całe, powróćmy na chwilkę, na chwileczkę, och, proszę, zabierz mnie tam
raz jeszcze, i zagraj dla mnie, zanuć mi piosenkę, na plecach wypisz głupie
wyrazy, choćby przekleństwa, cokolwiek od Ciebie pochodzi inne jest przecież
niż…moje, to Moje, które zbrzydło mi tak bardzo...
Nie masz
czasu!
Nie masz
czasu!
I Ty
właśnie nie masz czasu!
Boże
Drogi, gdybym na czas patrzyła, gdybym to tylko czas musiała, chciała poświęcić…wykręcaj
mnie na wszystkie strony, obracaj, przerzucaj, pouczaj, co zechcesz, ale nie
mów mi tylko…nie mów mi tylko że nie masz czasu!
Jutro
zniknie to w Tobie, czy może pojutrze? Kiedy mam się spodziewać upadku
marzenia, które skoczyło już z dachu najwyższego jakiś czas temu, pchnięte
beznadzieją tej chorej sytuacji, nieuleczalnej, wymiętej…
Przejętą
mnie czynisz aż nadto, zmartwioną i zatroskaną o Ciebie, a czasu nie masz nawet
dość, by przejąć się równie i zmartwić, by potrzymać…potrzymać za rękę i
zachwycić się po raz pierwszy lub może kolejny, bo nie wiem, czy widziałeś już
to, co ja, czy jeszcze nie…Rzeko, czy chcesz mi jeszcze potowarzyszyć?
Pozostanę
Brzegiem Twoim, jeśli tylko się zgodzisz.
A zgódź
się, proszę, mimo niedoskonałości i suszy mojej nieustającej, nawodnij mnie,
zechciej chociaż, zechciej tak mocno, jak rwać się chcesz do przodu, jak pędzić
potrzebujesz nieustannie…
Chciałbyś
Się
jeszcze
Powłóczyć
Ze mną?
Na rogu
ulicy ostatniej stoję, jak kamienica, co wrosła w krajobraz tej beznadziejnej
szarości. Wpisałam Ciebie w siebie, niedoskonała i nierozważna, mam za swoje i
swoje targam, psuję i niszczę, ale czekam wciąż…czekam.
I milczę.
Nie dość
mam jeszcze oddechu Twego, mgieł na ustach wciąż za mało…
Rzęsy mi kruszy
Twoja pewność siebie.
Ale
milczę.
Milczę.
Vuohi