środa, 30 grudnia 2015

Zanikanie

Boleśnie powoli tracę kształt, tak wiernie podtrzymywany przez ostatnie lata, tak długo formowany i doskonalony; na początku zdawało mi się, iż tracę rozum, ale teraz widzę, że to on jedynie przy mnie pozostaje - suchy, zdystansowany, choć także zmętniały i zanieczyszczony obrazami, które staram się usunąć z pamięci. Mam głowę pełną śmieci wyciągniętych z ukochanych ust...
Natomiast serce...to właśnie mnie opuszcza. Pewnie nawet ono nie mogło dłużej ze mną wytrzymać; wpychałam je wszędzie na siłę, roztapiałam, rozgrzewałam, rozpalałam, chłodziłam, wyciszałam, usiłowałam zamienić je w kamień...za dużo, wszystkiego za dużo.
"Dotyk to nie wszystko...on nie wystarczy." - rzuca mi na pożegnanie i...odchodzi w cień.

Rozpadało się, więc i ja się rozpadłam;
Brak mi ust
Brak mi rzęs
I paznokci

Chwiejąc się z dnia na dzień wciąż czas odliczałam...
Brak mi sił
Brak mi snu
I bliskości

Zawiał wiatr niosąc z sobą zapach wrześniowy
Brak mi łez...
Brak mi trosk...
Brak mej twarzy...!

Z miną obojętną wpadam w stan zimowy...
Brak mi Cię
Brak mi Cię...
Brak mi Ciebie!

I milcząc usilnie, i dusząc w sobie gniew...
Zanikam
Zanikam...
Oddalam się.

[01.12.15]

"Zanikanie", 13.10.2015
Vuohi

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Ćma

Około czwartej nad ranem obudził mnie atak suchego kaszlu.
Spocona, uklękłam na łóżku, nadal trzęsąc się i krztusząc; żar wypełniał moje płuca. Sięgnęłam przed siebie po szklankę wody, choć nie widziałam zupełnie nic - po zaciągnięciu żaluzji w mym pokoju jest absolutnie ciemno, jedynie przez oszklone drzwi wpada czasami światło księżyca widocznego przez dachowe okno w przedpokoju. Zawsze stawiam napój na szafce nocnej, na wyciągnięcie ręki, ale tym razem wysuwając dłoń do przodu, nie napotkałam szklanki. Po omacku włączyłam lampkę i jednocześnie opuściłam nogi na podłogę, a wówczas poczułam rozlaną tam wodę. Skręciłam kaloryfer i wstałam, pokasłując jeszcze, po czym wdepnęłam w potłuczone szkło - na szczęście nie zdążyłam stanąć na nim całym ciężarem ciała i pokaleczyć stopy, ale małe, błyszczące drobinki przyczepiły mi się do skóry, niczym biało-złoty brokat. Strzepnęłam je, obróciłam się przodem do łóżka i zamarłam. Pościel, spod której się wyczołgałam, leżała teraz gładko na materacu, którego środek uginał się pod wpływem wielkiego ciężaru:
Ogromne, czarne skrzydła połyskiwały w świetle żółtej żarówki. Zacisnęłam powieki na chwilę, przejęta lodowatym dreszczem, jaki wywołał ów obraz, jednak gdy znów otworzyłam oczy, olbrzymia ćma nadal spoczywała na mym posłaniu. Jej tułów pokrywały krótkie włoski, niby mech. Odnóża trzymała rozłożone, a głowę opierała na poduszce. Długie czułki stykały się ze ścianą, rzucając nań podłużne cienie, a mi coraz głośniej piszczało w uszach i nie byłam w stanie drgnąć. Po chwili zorientowałam się, że wstrzymuję oddech i prędko wypuściłam powietrze.
Powinnam była wybiec z pokoju? Krzyczeć?
Byłabym skłonna uznać to za sen, ale wyraźnie odczuwałam tę rzeczywistość - robiło mi się coraz zimniej, począwszy od lodowatych, mokrych stóp po spocone czoło. Wpatrywałam się w gigantycznych rozmiarów stworzenie zajmujące moje miejsce, nie mogąc oderwać wzroku, gdy wtem - poruszyło się.
Dźwigając się na krótkich, patykowatych kończynach, ćma powoli obracała się w moją stronę. Cofnęłam się o krok i przywarłam tyłem do krawędzi komody, szukając jakiegoś oparcia. Wiedziałam, że za mną wisi lustro, ale miałam wrażenie, że tkwi w jego miejscu otwarte okno, a wpadający przez nie wiatr porusza mi włosami. Dotkliwie odczuwałam pragnienie i suchość w ustach zupełnie, jakby ktoś przesypywał piach przez moje gardło.
Ziejący czernią motyl usadowił się naprzeciwko i wbił we mnie wielkie, wypukłe, mieniące się oczy. Jego twarz odrobinę przypominała ludzką; choć nie widziałam na niej nosa, udało mi się dostrzec kontury wąskich, bladych ust. Patrzyłam, jak powoli wargi rozchylają się, a spomiędzy nich wysuwa się długi, cienki języczek.
Nim się zorientowałam, rozciągnął się do przodu, i stojąc nadal jak sparaliżowana, obserwowałam, jak wpełza mi pod koszulkę, unosząc ją do góry. Materiał podwijał się coraz wyżej, a mnie ogarnęło drżenie. Ćma zatrzymała język na lewej piersi, tuż nad sercem, a wtedy nagle z jego końca wysunął się kolec, który gwałtownie wbiła w moje ciało. Krzyk ugrzęzł mi w zaschniętym gardle i opadłam na kolana.
Wpełzała we mnie coraz głębiej, ryjąc dziurę między żebrami. Przecisnęła się językiem do pompującego krew mięśnia i owijała go coraz ciaśniej; czułam, że niebawem pęknie. Traciłam oddech, a drżenie wzmagało się. Całe ciało zlane miałam lodowatym potem, w uszach piszczało nie do wytrzymania. Uniosłam rękę do piersi dopiero teraz, chcąc wyciągnąć uwierający mnie długi cierń, a wówczas spostrzegłam, że moja skóra staje się czarna.
Dziwne, połyskujące łuski pokryły moje dłonie, obraz rozmywał się przed oczyma. W jednej sekundzie ćma wyrwała język z mego tułowia, pozwalając mi upaść do przodu. Nastała ciemność, bez choćby odrobiny światła, a wokół rozległo się łopotanie skrzydeł. Słyszałam, jak wzbijając się w powietrze, stworzenie strąca ze ścian obrazki, drobinki szkła suną po podłodze, a materac skrzypi powracając do swego kształtu.
Rankiem, ocknęłam się zdrętwiała . Leżąc na podłodze, otworzyłam oczy, a światło dzienne wpadało przez drzwi przede mną. Ściany pokoju wciąż trwały w ciemności. Rzęsy kleiły się, a skóra na policzkach była napięta. W ustach czułam słony smak, a wokół mnie leżały zmięte chusteczki.
Uniosłam się na łokciach i zakręciło mi się w głowie.
Na łóżku leżała zwinięta kołdra i wymięty sweter. Wstałam i podeszłam do szafki nocnej; wypiłam całą wodę ze szklanki i wysunęłam jedną z szuflad. Wyjęłam naraz niemal całą zawartość; kilkanaście kopert i kartek, notatek i ulotek. Rzuciłam je na podłogę i spojrzałam nań z wyrzutem.
Pośliniłam palec i starłam zaschniętą krew ze skóry, po czym z powrotem schowałam wszystko do szuflady.
Podwinęłam żaluzje i uchyliłam okno.
Powietrze na zewnątrz nie było jednak o wiele lepsze, niż wewnątrz - ciężkie i osmolone; zupełnie jakbym wpuściła do środka kawałek zszarzałego nieba i usiłowała odetchnąć jego rozpaczą.
Jego wołaniem o pomoc...





Vuohi

niedziela, 27 grudnia 2015

Serce

Głupi, wytarty kawałek plastiku,
Przekłuty, zawisły i milczący
Zmięta, powykręcana ulotka,
Niby kwiatek, a jednak...

Śmieć.

I te listy i liściki;
Poplątane litery i malutkie ilustracje...
Pocałunek, pierścionek, pożegnanie
Odległość niewymierna i...

Słowa Niewypowiedziane.

Bilet, pieniążek, obrazek i obraz,
Drucik i książka, dwie książki, trzy...
Odcisk na skórze, zapach w pościeli uwięziony i...

Łzy.

I jak tu pożegnać Cię, Serce,
Jeśli wszędzie, wszędzie Ty jesteś?!




Vuohi, 29.11.15

Trucizna

Rozpływasz mi się po kościach...
Odchodzisz, Kształcie Nieznany,
W różnych bladościach odległości,
By powrócić kiedyś i...rozbić coś. Znowu.

Pozostaje niesmak i wstyd,
Żal topnieje i zalewa zgrzytem myśl,
Ale ja pozwalam, wciąż pozwalam
Na burzenie mi zamków z piasku...

Zawsze żyć będzie, niestety,
Dźwięk zrastających się ruin
I choćbym się tchnienia wyparła,
On, echem niesiony, pozostanie.

Rozpływasz mi się po kościach...
Ale uwielbiam ten ból goździkowy,
Co namiętnie pusty zostawia posmak
I brnąć w jego głębię tak kocham...

Wpasuj się we mnie ponownie;
Trucizną rozpalaj łagodnie,
Zabandażuj w czułe ramiona,
Bym znów została, głupia, stęskniona...

Stęskniona...?

Stracona.



Vuohi, 19.11.15

piątek, 25 grudnia 2015

Szklana

porowate naczynka osiadłe wiankiem na czole
w skupieniu trzymają dniami i nocami
więc zastanawiam się mimowolnie
czym w ogóle jestem gdy niczym jestem
dla tego dla którego wszystkim być chciałam
i czy to NIC zupełnie nic nie oznacza

zamglone pocałunki okradzione z przyszłości
w beznadziei trzymają dniami i nocami
więc płaczę nad stogiem słów
w którym igiełki prawdy znaleźć nie umiem
może więc nie ma i nie było NICZEGO nigdy
nawet gdy zapewniał, że to NIC pokochał

zardzewiałe płuca zapadłe do wnętrza trumny
nagiego zziębniętego ciała
w pajęczynę rozpaczy obrosły gęstą
a wrony obsiadły koronę drzewa mych snów
i dziobać zaczęły każde słówko zaplątane
w parafinowe pukle pragnień zbyt kruchych by przetrwać

bez miłości jego szklanej




Vuohi, 19/20.11.15

Sen Nocy Letniej

Ostatnie lato przyniosło mi
Zapach słodki i rześki smak
W lekkości dojrzewało cicho,
By jesienią wybuchnąć na cały głos:

"Chodź...chodź do mnie;
Pocałuję cię pogodnie
Nie bój się i zamknij oczy
Pozwól ciepłu serce roztopić..."

Na usta więc wpuściłam
Strumień babiego lata
Ramiona w pióra mi obrosły,
Gdy bosą myślą dotknęłam rosy

I chociaż jesień kwitła wokół,
Już nie mogłam się zatrzymać
Rozkochała mnie w sobie do szaleństwa
Słodka, letnia piosenka;

"Chodź...chodź do mnie;
Pocałuję cię pogodnie
Nie bój się i zamknij oczy
Pozwól ciepłu serce roztopić..."

Och, nigdy nie czułam się piękniej,
Niż gdy w poranną ubrana sukienkę,
Obudziłam się przy Jego sercu
I uwierzyłam w sen o Szczęściu...

Niestety chłód szorstki, zimowy
Przyszedł tak nagle, gwałtowny,
By boleśnie otworzyć oczy mi
I szepnąć, że...

...mnie nie kochał nikt.


"Chodź...chodź do mnie;
Pocałuję cię pogodnie
Nie bój się i spuść powieki,
I zaśnij na zawsze w sen swój letni..."



Vuohi, 20.12.15

środa, 23 grudnia 2015

Ogień i Lód

Myślałam, że pokonać potrafię
Drżenie rąk i szybki oddech...
Myślałam, że opanuję i zamknę
W sobie każdą jasną barwę

Ale dziś, tkwię pośrodku;
Pomiędzy Ogniem a Lodem
Lawina słów spada na żar uczuć,
A ja myślałam, że pokonać potrafię...

Nie umiem inaczej
Kochać nie potrafię
Rozpadam się całkiem
Ogień i Lód pękają na pół

Czuję, że umrę przed pierwszą zmarszczką
Przed siwym włosem, nim usta zamarzną
Poblednę, zsinieję, zbieleję przedwcześnie,
Jak zerwany kwiat...krwistoczerwony mak

Nie umiem inaczej
Kochać nie potrafię
Rozpadam się całkiem
Ogień i Lód pękają na pół

Nie umiem inaczej kochać...
Nie potrafię!
Rozpadam się całkiem;
Ogień i Lód...pękają na pół.

...

Tracę czucie w palcach
Smak umarł mi na wargach
Oczy zastygają mi
Wołać Cię...już nie mam sił.



Vuohi, 22.12.15

poniedziałek, 16 listopada 2015

Ulewa

Z każdym dniem
jest mnie coraz mniej

Ubywa łez, ubywa miejsc

Zegar tyka i tyka,
a ja...po prostu znikam.

Rozpadało się na dobre za oknem, 
Włóczą się oczy moje samotne
Po gorzkiej, asfaltowej pustyni,
Gdzie fale wiatr mokry czyni

Toczę się, w mech zawinięta,
Prawie na wszystko, prawie obojętna,
Przez aleje utkwione we wspomnieniach,
Między parki tonące w rozrzewnieniach.

Z każdym dniem
jest mnie coraz mniej...

I niech tak będzie, niech tak będzie.

Ja wiem, że jeśli zechcę,
Mogę rzucić się znów w swe szaleństwo,
Ale zbyt się boję jeszcze,
Że zniszczy mnie własne przekleństwo...

...modlitwa, którą na ramiona sobie zarzuciłam,
prośba, co zaciążyła na szyi, gdy ją zawiesiłam...

Ubywa znaczeń, zanika sens

Nie pamiętam już wszystkich nazw,
gubię się wśród gasnących gwiazd....

Wołałam Cię, wołałam długo, ale ciszą była odpowiedź.
Ciszą była odpowiedź
I cisza była odpowiedzią

Z każdym dniem,
jest mnie coraz mniej

Ubywa tej prawdziwej mnie;
staję się czymś, co łatwiej jest znieść
Tobie...i innym też.

Rozpadało się na dobre za oknem,
Więc wybiegam na zewnątrz i moknę;
Bardzo chętnie wejdę w serce Twej ulewy,
By przemoknąć wyraźniej, niż kiedyś

Najgłębiej, jak mogłam, wcisnęłam
Wszystkie te swoje pragnienia,
Które do Ciebie się rwały i pchały,
I uciszyłam ich głos zuchwały.

Teraz z każdym dniem,
będzie mnie coraz mniej

Ubywa łez, ubywa miejsc...
Do których przez burzę zamierzałam przejść

Bo teraz wiem, że tego sztormu nie przekrzyczę,
Pozwolić muszę, by mnie zaniósł w ciszę
I wodą docierając do podstaw mej pamięci,
Twój obraz wypłukał, i oczyścił z niechęci...

Ja naprawdę już...jestem spokojna...
Widzisz? Wcale nie proszę o Twoją uwagę.

I ani trochę nie jest mi smutno, 
Gdy toczę się w mech zawinięta,
Prawie na wszystko, prawie obojętna,
Gdyby nie to, że w sercu gdzieś utknął

Cierń
Z obojętności, odległości i tęsknoty...
Ale ja wcale nie myślę o tym.

A z każdym dniem
jest mnie coraz mniej

Ubywa łez, ubywa miejsc

Zegar tyka i tyka,
a ja...po prostu znikam.





Vuohi, 16.11.15

środa, 11 listopada 2015

Ściana

Trzydzieści jeden dni po raz kolejny minęło zbyt szybko, gdy patrzę wstecz, lecz jakże powoli i ospale włóczyło te trzydzieści jeden nocy, z dala od smaku kurkumy i zapachu cynamonu; zimowego ciepła, które od dłuższego czasu kojarzę tylko z jednymi, jedynymi ustami.
Lampki migoczą nade mną; ich słabe i chłodne światło skacze po bladoróżowych ścianach, zarumienionych, gasnących i zapalających się raz po raz, zupełnie jak ja, kiedy...
Kąt pomiędzy leżącym, białym ze strachu i zarazem drżącym z radości, zmiętym skrawkiem papieru, na którym zapisana została najpiękniejsza, choć nigdy nie skończona historia, a ścianą, silną i stanowczą, a jednocześnie tak delikatną i czułą na najcichsze pohukiwania ze strony ziemi, na zmianę zwiększał się i zmniejszał, zależnie od punktu widzenia. Oczy tamtych ślicznych nocy i poranków pozwalały patrzeć nań z najlepszego miejsca, w którym ciepło rozlewało się lekką, deszczową pianką wokół dwóch zlepionych ze sobą liści, świata poza sobą nie widzących. Dzięki skurczom serca, jakie były reakcją na ten obraz, powstały na wpół w pamięci, na wpół przed samym nosem, namacalnie i na wyciągnięcie ręki, można było zupełnie oddać się urokowi każdego, najgłupszego, najprostszego, byleby wyszeptanego słowa, i rzucić się w paszczę ciemności, ocierając o jej kły, ale nic nie czuć, nic nie poczuć, poza szczęściem i wewnętrznym uniesieniem.
Mimo chłodu szczypiącego w język, smakującego miejscami miętą, pozwalałam marzeniom własnym odkrywać się, rozbierać, rozkładać na coraz więcej drobnych, nietrwałych i kruchych części, dopóki tylko odczuwalna była stabilność tej ściany obok, bo gdy trwałam przy niej, zdawała się być pokryta miękkim, słodko pachnącym pluszem, którego drobne kłaczki wyraźnie łaskotały mnie w czoło, dając to osobliwe poczucie bezpieczeństwa. Nie zdawałam sobie sprawy z cieni wyrastających spod materaca i wiszących soplami czerni nad moją głową, ani z zamiarów dwóch oplatających mnie gałęzi drzewa, w którego korze zapisałam wszystkie swoje smutki i radości, niewidzialnego używając scyzoryka i niemych słów zgłębiając sens. Gdybym zauważyła i rozpoznała to wszystko...ach, czar, cały czar by prysnął!
Czy żałuję więc, czy nie, to nie ma znaczenia, bo końca jeszcze nie widzę, nie pozwalam mu nadejść, tak jak i wtedy nie chciałam słuchać dobijającego się do drzwi moich żeber serca, chcącego włamać się w tę chwilę, wyważyć kości i wydostać się na zewnątrz, by wrzasnąć, prosto w odbicie swoje lustrzane tak bardzo zbliżone wówczas do mnie, że dosyć już, tak być nie może, to wszystko oszustwo, oszustwo, oszustwo...!
Uciszałam czerwone światełka szumiące przy skroni, rozpuszczając mięśnie swoje, by wlać się mogły w pełni w tamte noce i po brzeg je wypełnić, najlepiej i najmocniej, jak się da...ale brakowało mi wciąż odwagi, by rzucić się przez szkło rozbite do sedna, do centrum, do pieca, gdzie paliły się najsilniejsze, najszczersze i...jedyne prawdziwe, i istotne, jak teraz mogę się domyślać, pragnienia ściany owej, skrzydlatej, będącej schronem i schronieniem, a dziś murem i...ogrodzeniem.

Ramię.
Nadgarstek, dłoń i palce.

Uda.
Kolana, łydki i kostki.

Skóra...zimna i cicha. Jaśniejąca w ciemności jak wyspa; ostoja pośród czarnych fal wszechogarniającego oceanu lęków moich najskrytszych. Chciałam wyciągnąć dłoń w jej stronę...dotknąć, musnąć, pogładzić, dopasować, wyczuć...ale z wrażenia, z podziwu, ze szczęścia czystego i tak pięknego, że aż bolesnego...nie mogłam zrobić nic więcej, jak tylko patrzeć...i chłonąć obraz miłości stygnącej, gasnącej poza moją świadomością, leżącej blisko, bliziutko...przez tę parę chwil...i nigdy więcej.

W obłoku sennym zakopałam się po uszy, odcinając się w połowie tylko od żelaznych drzwi gorących, nie domkniętych. I oddechy biec przestały, i serca w trzepocie skrzydeł ustały, rozcierając, wmasowując w te godziny spójność, jedność jakąś, którą tylko...tylko ja...tylko ja zachowałam w sobie do teraz. I w ręce ją trzymając, cisnąć o tę ścianę usiłuję, rzucam się i klnę, duszę od gniewu i łez...ale nic zrobić nie potrafię, nic więcej nie mogę...
Mur zamarznął, zamarznął, zamarznął.
Wraz z zapisanym w nim wszystkim, wszystkim, moim wszystkim...
Gdy tylko raz tamten jedyny, pozwoliłam sobie uwierzyć w to oszustwo, oszustwo, oszustwo.

Ale tak właściwie...przecież nic mi nie obiecywałeś.
To tylko smaki, zapachy i dźwięki, zrodziły urojenia przeokropnie kolorowe, tak ciepłe i bliskie sercu mojemu, podczas gdy ściana ścianą zawsze była i ścianą pozostanie.
A kąt pomiędzy leżącym, białym ze strachu i zarazem drżącym z radości, zmiętym skrawkiem papieru, na którym zapisana została najpiękniejsza, choć nigdy nie skończona historia, a tą ścianą, silną i stanowczą, a jednocześnie tak delikatną i czułą na najcichsze pohukiwania ze strony ziemi, na zmianę zwiększał się i zmniejszał, zależnie od punktu widzenia.

I tym razem spojrzeć nań muszę z miejsca, w którym pozostawiono mnie samą sobie.
Z miejsca, w którym zamarzałam  i...
Wciąż zamarzam z tęsknoty.

W lodową bryłę powoli się obracam, jak sobie tego życzysz, i tak, jak zapowiedziałam, bo tak właściwie...

To ja Ci coś obiecałam.




Vuohi

czwartek, 5 listopada 2015

Pożegnam...

Żegnaj.

Uderzam się z całych sił pięściami po kościach; echo tępych ciosów osiada na parkiecie i milknie natychmiast. Ostatnie noce są tak rozmyte...czarne niebo rozpada się na kawałki codziennie, dokładnie o dwudziestej trzeciej dwadzieścia trzy, a ja patrzę, otwieram oczy najszerzej, jak potrafię, ale nie widzę nic w tej ciemności, która zdaje się falować wokół od wody sięgającej brzegów powiek.
Wiem, że lustro tkwi martwe, zawieszone przede mną, ale nawet w nim nie odnajduję już swojej twarzy. Nie ma mnie...nie ma Mnie.
Szaleństwo ogarnia mnie coraz wyraźniej. Mam co chwilę wrażenie, że moje dłonie marszczą się od zimna narastającego wewnątrz, czuję, że niedługo zupełnie wyschną, zeschną się, zasuszą, skruszą i odpadną...te moje dłonie...
Te dłonie, co nieśmiało wyciągały się w Twą stronę, a napotykając ciepło, topiły się, jakby wnet miały Ci zalać całe ciało...otwierając je i zamykając na zmianę, mierzyłam odległość między nami. Teraz nie mogłabym nawet dosięgnąć cienia tamtych nocy...wszystko opuszcza mnie powoli, boleśnie powoli...

I mijają dni kolejne.

Jest coraz zimniej na zewnątrz, jest coraz chłodniej wewnątrz...jest lodowato u boku Twej Obojętności. Śmieję się na głos do bólu brzucha, skaczę i opowiadam rzeczy niestworzone, a wszystko to poza domem, poza domem...A tylko cztery ściany moje, odsłaniają zacieki na szybach, i tylko tutaj, gdzie powinnam czuć się...sobą...u siebie...tylko tutaj wyraźnie widzę rysy na szklanej powierzchni myśli.
Wszystko w porządku, dobrze jest ze mną, dobrze...tylko jestem czasami...troszeczkę zmęczona i...rozkojarzona. Tak wspominam, na wszelki wypadek, gdybyś chciał zapytać, choć wiem, że nie zapytasz. Nie z chęci poznania prawdy. Co najwyżej z przykrego obowiązku.
Przykrego obowiązku, wynikającego z przykrej sytuacji, jaką jest każda relacja ze mną, z tą mną zmęczoną, męczoną, męczącą.
Bardzo chciałabym mieć przy sobie choć odrobinę Ciebie, choć odrobinę...! Odrobinę do ściskania, przytulania, wąchania, zapłakiwania, głaskania, trzymania...wyobrażania sobie...że mam całość, całość Ciebie obok...ale wszystko, co mam, jest jakieś ostre, twarde i raniące, gdy tylko zechcę pochwycić to w ramiona, wiedząc, że powinnam podziwiać z daleka.
Bo Twoje wszystko powinno być z daleka.
A najbardziej z daleka, należy Cię kochać.

I mijają tygodnie kolejne.

Uskrzydlone serce moje zestrzeliłeś bez uprzedzenia, choć i tak krążyło już coraz niżej, ze świadomością niepowodzenia swego lotu, ze świadomością nieuniknionego końca.
Drżą mi usta niespokojnie, chwieję się na nogach i zawroty głowy...zawroty głowy pozbawiają mnie zmysłów i kształtów świata. Ogół zlewa się w kolorową maź po czym szarzeje, szarzeje i szarzeje...
Powinnam znaleźć czas dla siebie i jakieś zajęcie, powinnam zacząć zasypiać i spać, zanim niebo zacznie się znów rozpadać na tysiące niezrozumiałych kawałków, zanim noc zacznie bełkotać i burczeć coś pod nosem, zanim ciemność zawoła mnie spod łóżka...
Łóżka, które zdaje się być coraz niżej i niżej; niebawem sięgnę ziemi, ale to nie koniec, bo i ona będzie się zagłębiać, wraz ze mną, ułożoną na jej piersi, z twarzą zwróconą w górę, w tę wolną, niebieską stronę świata. Łóżko, które trzeszczy pod każdym ciężarem, przy każdym ruchu, przypominając mi, gdzie jestem, budząc mnie swym piskiem ze snu niemożliwego, bo z Tobą...choć namacalnego, bo...z Tobą.
Bo z Tobą tylko to się liczy.
To, czego można dotknąć, posiąść, wziąć sobie za własne, choć na chwilę, nie patrząc na to, co się dalej stanie, nie myśląc o tym, co będzie. To, co można dotknąć, uszczypnąć, poślinić i skarcić. To, co można rozdrapać, ogrzać i pogłaskać, w co można uderzyć, wbić się, wykręcić, pobawić się tym i zepsuć, zniszczyć, zgnieść, wyrzucić...!
Tylko to! To własnie się liczy.
Bo pod skórą, ach, pod żebrami, po drugiej stronie powiek i pod językiem...schowane są rzeczy nudne, niezrozumiałe, niewidoczne gołym okiem. Po cóż więc doszukiwać się setnego pojęcia piękna, gdy pozostałe dziewięćdziesiąt dziewięć ma się w objęciach, w silnych rąk własnych objęciach...?!
...a pomimo tego odrzucania i cichej rezygnacji wobec owej najciemniejszej, najważniejszej dla mnie warstwy...najważniejszej, bo prawdziwej, prawdziwie mojej, mojej prawdziwej mnie...pomimo odpychania, pomiatania nią...dotarłeś do środka. Wdarłeś się na drugą stronę, wniknąłeś w każdy z obrazów porozsypywanych wewnątrz, rozłożyłeś się pomiędzy rozpaczą a nieskończonym szczęściem...i nie ruszasz się, choć ciało Twoje zanika, choć ciało moje zanika.
Choć czucie nasze zanika i nie ma już nic, nie ma już nic, na czym mogłabym się oprzeć, o co mogłabym się zaczepić...

I mijają miesiące kolejne.

Cóż, najwyżej umierać będę z powodu choroby, o którą się modląc, straciłam głos niemal zupełnie...więc krzyczeć nie będę mogła, by Cię zawołać. Zresztą...przecież i tak nie chciałbyś mnie usłyszeć.
Boże, gdybym wiedziała, że to ostatni raz, kiedy jestem dość blisko, by odnaleźć utraconą, utęsknioną cząstkę siebie w Twoich oczach...może odważyłabym się rzucić w głębiny tego spojrzenia i utonąć od razu, by nigdy nie musieć dotknąć dna Twojej m i ł o ś c i.
Czułeś przecież...bo czuć potrafisz, choćby na chwilę.
Ale tylko na chwilę.
A ja tylko na zawsze.

Ale ja siebie pokonam, wiesz?
Będę tak silna...tak silna, jak nigdy.

Kiedyś...

Pożegnam kiedyś czucie to moje przesadne, zbyt wielkie, zbyt szerokie na świat ten...
Pożegnam.

Pożegnam siebie...

Żegnam.




Vuohi

środa, 4 listopada 2015

Przyjdź, Zimo...

Przyjdź Zimo, przyjdź i nie odchodź!

Niech lód skuje jezioro moje bezdenne i pęknie, w miejscach, gdzie tafla wody była dla mnie lustrem.
Od dziś, ogłaszam, że oczy moje będą puste.
Nie zniosę siebie dłużej...
Zamierzam się wykrwawiać słowami bez końca, ale wyżej nad szept ich nie podniosę. Krzyk niech zmrożony zespoi się z sercem, co skamienieje wkrótce pod chłodem, którego ciężar i ciemność przytłacza, jak kotwica rzucona na ląd; osiadam tu, ryjąc dziurę w piasku - coraz głębszy dół.
Niech się skruszą przerdzewiałe konstrukcje, na których myśli zwykłam opierać. Śniegu, Ty przykryj me troski - o nic się więcej nie będę martwić, co wiąże się z latem - uczuciem roztopionym...

Przyjdź Zimo, przyjdź i nie odchodź!

Nie odwrócę się, nie ma mowy, nie odwrócę się nigdy więcej! Zbrzydły mi Wiosny na łąkach snów przespane, paskudna Jesień jeszcze trzyma mnie w tęsknocie - koniec, koniec mych pór roku!
Przyjdź Zimo i zabij mnie; jestem zmęczona bieganiem tam i z powrotem.

Nie wiem czego chcę i nigdy nie wiedziałam, ale gdybym mogła, wdrapałabym się teraz na najwyższą górę, wczołgałabym się na szczyt schodów i rzuciłabym spojrzenie na Przeszłość, czołgającą się w dole w boleściach. Pod mymi stopami rozrastają się marzenia nigdy nie zakwitłe, zalegają pnie drzew bez koron. Chryzantem pąki rzucam z okna wieży, z której nie zejdę o własnych siłach; mogę tylko wzlecieć w górę, albo sfrunąć w dół. Obojętne...jest mi to obojętne!

Znieczulam się, oddalam...
Odwracam się...zasypiam.

Nie wrócę, nie ma mowy, nie wrócę nigdy więcej! Na dole wszystko cuchnie zgnilizną, na dole nie mam czego szukać. Doskonałe czucie bez ciała, bez obrazu i dźwięku; cisza i ciemność namacalna - to wszystko tu, na górze czeka na tych, którzy odważą się zamarznąć...raz na zawsze.
Chcę się więc odważyć. 
Chcę.

I jednocześnie wcale nie chcę...i jakoś tak...nie mogę.

Zimo, bądź proszę delikatna; bezboleśnie chcę zasnąć w Twych ramionach...
Lato tkwi nadal w mym sercu.
Lato - rumiane, zawstydzone, gorące.
I jesień, jesień wciąż leży na miejscu.
Jesień - cicha, zapłakana, tęskniąca...

Znieczulam się, oddalam...
Odwracam się...zasypiam.

Więc przyciśnij mnie Zimo do siebie i całując, zabierz mi tchnienie...

Poddaję się.

Poddaję się!




Vuohi

piątek, 23 października 2015

Odrzucam, odpycham...zasługuję. I kocham.

Boże, naprawdę zdaję się wszystko rozumieć...a ilekroć mi się tak wydaje, podnosisz mnie, ściskasz mocno w swej dłoni sprawiedliwej, i stawiasz w zupełnie innym miejscu, okręcasz w koło...i już nie wiem, nie mam pojęcia, gdzie jestem...
Ale wiem, że zasłużyłam.
Zasłużyłam na to wszystko.
Jak liść, co zielenią radosną błyszczy na drzewie, marnieję i żółknę, opadam na jesień, a potem gniję, leżę i gniję, pod pokrywą lodu, pod białą warstwą złudzenia i ciszy. Jak kwiat, co wiosną i latem targany przez wiatry, chwieję się i rzucam rozpaczliwie we wszystkie strony, chwytam i wypuszczam powietrze, łamię się i powstaję, uginam się pod deszczem i cierpnę na słońcu, aż kostnieję, niknę i zamarzam w końcu...
Jakim prawem oczekuję, że poruszające zorze wzejdą dla mnie tu i teraz, gdy czuję, skoro czuję tak mocno, tak bardzo...ale w nieodpowiedniej chwili? Karzesz mnie spojrzeniami, karzesz mnie słowami, ale nie równają się te boleści z moimi czynami, bo ciernie...ciernie wbijam, notorycznie, potwornie, w każdą miękkość, co przedwcześnie się objawi, w każdą szczelinę wady swoje wtykam, upycham i upycham, chcąc zniechęcić...ale ranię tylko, i psuję wszystko.
Głoduję na głos latami, by przy najcichszej uczcie pożerać, jak szarańcza, cokolwiek napotkam, sycę się i sycę zgniłymi owocami, napełniam usta drzazgami i serce zabijam deskami, a potem...na tacy złotej danie tak piękne, gotowe, świeże i czyste...odrzucam, odpycham!
Wyrwać bym mogła wszystkie włosy z głowy, zedrzeć skórę z kolan i łokci, dokopać się pięściami do samego dna, do jakiegoś sensu, pojąć ten ogrom, rozumieć go łakomie, poić się nim łapczywie, ale cóż z tego...cóż z tego, gdy siebie nie zmienię i nie cofnę niczego?
Zasłużyłam, zasłużyłam...
Zużyłam źródło łaski i szczerych uśmiechów, do dna wyskrobałam szczęście najprostsze, najcieplejsze...wciąż poszukując uparcie czegoś ponad to, czegoś wyższego, lepszego...Och, na co i po co?!
Zaklinałam się, wmawiałam sobie...chciałam ze wszystkich sił kochać tak samo, jak inni, kochać tak mocno i pięknie, starać się i dawać z siebie wszystko...ale burze moje wewnętrzne nie pozwalały mi się uspokoić, i smugi pamięci sunące po czole wstyd rysowały na twarzy, nieudolność moja i bierność, nienasycenie wieczne, pogarda...!
Brzydkie się staje to wszystko, ohydne, paskudne, a ja płaczę wciąż i rozpaczam, dlaczego nie ma kogoś blisko, dlaczego nie ma kogokolwiek...A był Ktokolwiek, był Ktoś i nadal jest Ktoś Jeszcze, ale nie, to nie to - ja odrzucam, odpycham!
Nie pozwalam się tulić, zabraniam się kochać Miłości jasnej co drogą mnie pewną mogłaby przez życie prowadzić, bo sercem wiatr targa i popycha raz w tę, raz w tamtą stronę, i koniec końców...tonę, we własnym szaleństwie i niezdecydowaniu - tonę.
Na życzenie swoje niemal, pogrzeb sobie szykuję, sama marzeniami dół ciągle wykopuję i nie chcę, o, nie chcę słyszeć ani słowa, że przecież mam szczęście, mam oczy i usta piękne na wyciągnięcie ręki, mam ramiona silne i skrzydła przypięte do pleców - jeśli zechcę tylko, to wzlecę...ale nie chcę, nie chcę i nie zechcę!
Burzy się jakaś budowla we mnie, a może i ja tą budowlą jestem...Jak wrony co resztki wydziobują, i jak sępy, co padlinę skubią...paskudna jest ta uczta, a Samotność...towarzyszy mi na moje życzenie przecież!
Gryzę paznokcie, szczypię do krwi, kopię, uderzam, uderzam i kopię, tracę obraz przed oczami i rozmywa się wszystko, jednak szczęśliwa na moment jestem w tym całym swoim szaleństwie. Smutek i ból, i hałas, i cisza...wszystko jedno, nieważne; melancholia gra najpiękniej, więc upajam się jej dźwiękiem i czuję, czuję nareszcie wszystko najmocniej, jak potrafię...bo czuję to swym żalem.
Dopóki cierpieniem nie odczuwam, to nijak odczuwam. Nie potrafię...
Dlatego obce mi, obce uniesienia proste, na chwilę tylko, a potem...rany znów zadaję, ramy ustawiam, a obrazki porzucam, odchodzę zawsze w inną, niż powinnam, stronę...a potem zdziwienie wielkie nastaje, że jak to, dlaczego i czemu właśnie ja...?
Ach - westchniesz, Boże - chciałaś odczuwać najmocniej...
Najdotkliwszy, największy, najsroższy ból - oto jest miłość prawdziwie szczęśliwa. Taką się czuje od stóp do głów, taka duszy nie opuszcza...
I opuszką możesz dotknąć jej początku, ale pięścią końca nie sięgniesz. I wzrokiem możesz objąć jej straty, ale zysków nie dostrzeżesz.
I tak się dzieje, że nagle bledniesz powoli, nie śpisz i nie jesz, jak kiedyś. Wszystkiego wciąż za mało i za dużo naraz, wszystko cieszy i drażni za mocno. Miłość taka, co świata kontury wyostrza po prostu.
Nie wiadomo wówczas, czy chce się żyć bardziej, by nie tracić tego odczucia, czy umrzeć wreszcie i ból ukrócić. Bo nic się nie chce, nic się nie chce...
I taką Ją znam najlepiej. A bajki, co się mienią realnymi, co się o świadomość raz na jakiś czas ocierają...odrzucam, odpycham!
Zasłużyłam więc i zasługuję.
Modliłam się o wielką, wielką czerwień nieskończoną, co zrodzi się w sercu i wybuchnie, rozbije mnie na kawałki, rozniesie podmuchem po świecie...i wszędzie, wszędzie będę mogła jej dotknąć, ale nigdy zasmakować.
Być może...prawdziwa Miłość jest tylko nieszczęśliwa.
Ta odwzajemniona...niebezpiecznie prędko przeradza się w namiętność, której płomień gaśnie przedwcześnie...nim się ktokolwiek zorientuje, że to nie z nim, nie z nią, nie dla niego i nie dla niej...i że NIC.
Jak chmura, co pęka od wody nadmiaru, rozpruwam się co dnia i katuję, ale to przecież takie piękne, takie dobre i...ja na to zasługuję.
Latami uparcie wierciłam dziurę między żebrami, oczyszczałam skórę słonymi łzami, wmawiając wciąż, wmawiając sobie...że to kochania najbardziej potrzebuje człowiek. Nie, kochania, a bliskości, bo bliskość sama nie przyniesie przykrości.
A kochania nikt nie pragnie, naprawdę.
Kochanie niszczy, kochaniem niszczą, kochaniem niszczę;
Pod skórę wchodzi choroba śmiertelna, nieuleczalna i niezwykle piękna...
I nagle jedno, cholerne spojrzenie Cię uzależnia. Nie możesz oddychać bez jednego zapachu w powietrzu, nie możesz spać bez ciepła przy boku, nie możesz śmiać się, bez echa radości...nie możesz żyć bez obecności...urojonego ideału wprost wyssanego z palca, zrodzonego ze snu obłąkańca!
A jednak...
Jednak mylę się ciągle.
I chcę, i nie chcę.
I każdy trochę chce i trochę nie chce.
Psuje się, psuje się wszystko po kolei, gryzą się myśli, jak zwierzęta, rzucają się sobie do gardeł, a uczucia zalewają każdą ulicę, każdy dom, każdy pokój. Siedzą te zmory w każdym z czterech kątów, wyłaniają się zza rogu budynku, skaczą po niebie i suną po chodnikach, drzemią w głębinach niezmierzonych...
Myślę sobie...że wystarczy mi szaleństw, dosyć gonitw, bitew i boleści...ale czymże innym zasłużę na swoje kochanie? Wystarczy mi tęsknot, żali i niespełnionych pragnień...ale czymże bez tego jest miłowanie?
Myślę sobie...ale czy to ważne, że cokolwiek myślę sobie...?
Nie zdziwiłabym się, bo zasłużyłam, na to by się nie liczyło żadne słowo moje i zdanie.
Tyle już obiecałam, nieświadoma własnej niemocy, wobec dotrzymywania obietnic. I mi także obiecywano, a więc wszystko wraca, biel i czerń krążą nieustannie po świecie i raz ciemno jest, raz jasno...
Żal mi, za to, że nie potrafiłam i nie potrafię...nacieszyć się prostym, i po prostu dać się nacieszyć...ale wszystko to zdaje się puste, potwornie puste...
Tak jakby...

Serce mi do dna zmartwiało, od nadmiaru kochania nieszczęśliwego.

I tak, jakbym...

Serca do dna mrozić musiała, od niedostatku kochania odpowiednio...prostego.

O, rany...
Muszę...muszę zebrać myśli...

Kocham!
Kocham okropnie, okropnie kocham się w Tobie, kocham się w Tobie zakochiwać, choćby tysiące razy to samo cierpienie znosić, ja nie oddam żadnego z tych swoich zakochań, bo kocham, kocham i uparcie chcę kochać! Nieważne, że psuję się od środka, że zamykam drzwi na poprawne i piękne, nieważne, bo ja nie chcę ślicznie, ani ładnie, ani uroczo i dziecinnie kochać, bo nie potrafię, ja rozumiem, pojmuję już chyba...że zasłużyłam, że odrzucaniem i odpychaniem...zasługuję na to, by stale się rzucać raz w ogień, raz na głęboką wodę, byś mnie nie mógł zrozumieć i abym ja mogła rozumieć Cię do samych kości, rozpaczliwie, o czym nigdy byś się nie mógł dowiedzieć. Widzę, że czekać muszę, by zapłacić za swoje, by wytrwałością odbudować kamienice zniszczone i kościoły spalone, na marne, na marne pozwalałam rozrastać się ogrodom wokół, kiedy to krzew ciernisty miałam u boku...Najpiękniejszy, najtrudniejszy...Ja, jak wodospad, jak wulkan, skaczę z impetem i pędzę, rwę się do Ciebie w wariactwie tym całym, i ranię, po drodze ranię...ale i przestać nie potrafię, zatrzymać się nie mogę, nie umiem...rozbijam coś, strącam, tratuję, lecz gnam wciąż, bo kocham, czuję, że kocham szalenie, nie widzę nikogo, niczego, ja kocham się, kocham się zakochiwać i choćby na chwilę porwać coś, porwać się dać, wygrywać i przegrywać, nienawidzić się z sił wszystkich za miłość tę nieokiełznaną, w nieodpowiednią rzuconą stronę, w niewłaściwym wzniesioną czasie, niedoskonałą, w całości poobdzieraną...
Tak podle i źle się czuję, ale i przestać, przestać nie umiem!

Chora, chora, nieuleczalnie...!
Nikt nie chce kochać, chcąc kochać najbardziej...!

.

I może czasami mam ochotę umrzeć, gdy widzę, jak bardzo jestem Ci obojętna.
Ale to nic takiego - ja...

Zasłużyłam.




Vuohi

wtorek, 20 października 2015

Jesień

Och, przecież gdyby nie to, że pada dzisiaj deszcz,
To jakże pięknie i jak słonecznie tutaj jest...!
Wygrzewam się w cieple jesiennych pomarańczy,
A wiatr targa drzewami, i w czerwieni tańczy...

Porwij mnie ze sobą, złoty liściu radosny,
Ze snu lodowatego me myśli otrząśnij;
Tak długo już leżę w tym błocie niepamięci,
Że serce posiwiało mi od warstw pajęczyn...

Och, przecież gdyby nie to, że mój świat umiera,
To jakże pięknie i jak wiosennie jest teraz...!
Wyschniętymi ustami, zdrętwiałym językiem
Poruszam wciąż Twe imię i dławię się krzykiem.

Czy pamiętasz jeszcze te czasy, kiedy dotyk
Był cichy i zbyt nieśmiały, by gonić oczy,
Które jako jedyne spojrzeniem odważnym
Rzucały nas ku sobie, krzycząc w wyobraźni...?

Broniłam się przed Tobą, jak przed zimnym deszczem;
Bałam się, że jesienne wnet rzucisz zaklęcie
I cały ból powróci za jednym dotknięciem,
A Samotność mnie rzuci w szaleństwo przeklęte...

Lecz zaufały Ci dłonie me i policzki,
Które wtedy gładziłeś, jakby były wszystkim...
I gdy niebo zgasło, Ty zabrałeś mi sen...
A dziś po Tobie pozostał jedynie cień.

Och, przecież gdyby nie to, że Cię pokochałam,
To może bym jakoś tę Jesień pokonała...
Ale czuję, że muszę się poddać jej pięknu
I potrafić, jak ona, ból skrywać w uśmiechu...



Vuohi

sobota, 17 października 2015

To chyba jest tak...

To chyba jest tak, że ja tonę tam,
Gdzie wynurzasz głowę i chwytasz powietrze...
Lecz nie potrafię się opamiętać
I nie umiem zatrzymać serca.

To chyba jest tak, że choć znając dobrze swój stan,
Żadne z nas sobie nie pomoże, bo...nie ma jak.
Więc usiłuję się opamiętać,
Ale nie umiem zatrzymać serca...

To chyba jest tak, że nie da się niczego naprawić,
Cały czas psując nigdy nie skończone dzieła,
Ale...nie możemy się opamiętać,
Bo toczymy wojny w naszych sercach.

To chyba jest tak, że Ty ciągle grasz
W Czarny i Biały, w ciemny i jasny...
Podczas gdy mnie przebija Czerwień,
Bo ja zawsze chcę, ja zbyt mocno chcę...

To chyba jest tak, że choćbyś się starał
Uczynić swój dotyk lodowatym i gorzkim,
To wciąż byś topniał, a Twój smak deszczowy...
Budziłby we mnie tęsknotę za Domem...

To chyba jest tak, że nigdy nie znajdziemy
Swych dłoni pośród myśli zaplątanych
I nigdy się nie opamiętamy,
Póki się nawzajem w sercach skrywamy...

To chyba jest tak, że ta Biel i Czerń,
To idealni my i...już nie będziemy lepsi.
A wczoraj i dziś, to ta Czerwień, co lśni
W naszych oczach zabieganych codziennie...

I to chyba jest tak...i to chyba tak pozostanie,
Że będziemy razem osobno, cokolwiek się stanie...
Bo przecież nie zdołamy się opamiętać;
Oboje, nawzajem zgniatamy sobie serca...




Vuohi

poniedziałek, 12 października 2015

O niczym, od nikogo.

Klawisze moje wytarte, spękane
Uginają się wciąż pod Twym ciężarem
I choć się zaraz zupełnie rozpadnę,
Póki tu jesteś - nic nie jest ważne.

Graj dalej, graj i nie przestawaj,
A ja zaśpiewam, o cokolwiek poprosisz
To nieistotne, że się zapadam,
Tak długo, jak mogę Twój ciężar nosić.

Podtrzymuję powieki, ciągnę je w górę
I rzęsy wyrywam tak samo czule,
Jak dotykasz mych zardzewiałych dłoni,
Krusząc każdy z palców po kolei...

Graj dalej, graj i nie przestawaj,
Śmiej się, póki mogę Ci radość dawać
I porzuć mnie niezwłocznie, gdy tylko
Znudzę Ci się choćby na chwilkę.

Możesz mnie zgnieść i rozdeptać;
Wartość kamienia trąconego po drodze
Noszę tylko w sobie, więc możesz
Najokropniejsze słowa mi szeptać

I potem najczulej, jakby nigdy nic,
Głaskać każdy mój włos niewzruszony
I całować policzek solą wysuszony,
Co wypłynęła spod powiek mi...

Klawisze moje wytarte, spękane
Uginają się wciąż pod Twym ciężarem
I choć się zaraz zupełnie rozpadnę,
Póki tu jesteś - nic nie jest ważne.

Gryzę się w język po raz kolejny;
Słucham kiedy wyliczasz me błędy
I łzy dalej połykam, bo tak przepięknie
Każde ostre słowo w Twych ustach mięknie...

I choćbyś wydarł dziś serce z mej piersi,
Posłałabym Ci uśmiech najszczerszy,
Bo choć się zaraz zupełnie rozpadnę...
Póki tu jesteś - nic nie jest ważne.



Vuohi

niedziela, 11 października 2015

Ostatniej nocy...

Ostatniej nocy nauczyłam się czegoś o sobie.

Łagodność cała zlała się w bierność, a to co lśniło we mnie, pielęgnowane i cenne...zmatowiało porzucone, obnażone i zniszczone. Rozebrana przez jakiś nieznany mi dotąd ostry wyraz miłości, zwany ponoć nienawiścią, stałam samotna pośród tłumu.
I spojrzeniem usiłowałam walczyć; spojrzeniem podnosiłam się tysiące razy, gdy ciało przyciśnięte ogromem obcego uczucia leżało na samym dnie, ale wciąż wciskane było jeszcze niżej, głębiej, byleby wetknąć, upchnąć mnie tam, gdzie nikt nie zobaczy, gdzie nikomu więcej wstydu nie przyniosę...Och, z całego serca za siebie przepraszam. Nigdy nie chciałam być uciążliwa i żenująca...

Chłód mój stał się tak wyraźny i lodowaty, że gdy dotknęłam Twego policzka, odrzuciłeś mnie, cisnąłeś o ścianę...rozbiłeś...a gdy zebrać chciałeś kawałki rozsypane, byłam tak obojętna, och, tak obojętna...że chyba znudziło Ci się układanie. I to całkiem zrozumiałe, to zrozumiałe, nie gniewam się wcale.
Ja tylko...umieram z rozpaczy.
Dlaczego wciąż się trzęsę, drżę i telepię, dlaczego ściskam z sił wszystkich słowa wypalone na mojej skórze, dlaczego odtwarzam wciąż Ciebie przed sobą, dlaczego...?
Ściągam ból na siebie; niech przyjdą burze i rozniosą w pył cały mój świat złudzeń, niech lawina przysypie, przygniecie swym zimnem wszystkie pragnienia z Tobą związane, i niech wiatr...niech huragan roztarga mnie na strzępy tak, jak to czyni Twoje spojrzenie.

O, Boże...czy moje prośby zawsze odbierasz przez odbicie lustrzane?

Ostatniej nocy nauczyłam się czegoś o sobie...
I tak mi okropnie za siebie wstyd. Łudziłam się, że dam sobie radę, wierzyłam w te wszystkie zetknięcia się dłoni, nuciłam melodię splątanych palców, przywoływałam słoneczne wizje Twej twarzy...a teraz...strumienie i wodospady, rzeki i oceany...wzbiera się we mnie żal, jakiego jeszcze nigdy nie było, a pomimo tego...siedzę z twarzą kamienną...
Jakbym nic nie czuła...więc może nic nie czuję?
Ja tylko...umieram z rozpaczy.

Tak mi przykro, że nie jestem wystarczająco taka, jak byś chciał...Nie mam dość siły, by krzyczeć i ciskać słowami w Twe ściany; mur obojętności miażdży mnie ilekroć przed nim stanę.

Wbij we mnie raz jeszcze nienawiść swoją, wykręć, ściśnij, złam i zadrwij ze mnie. W życiu nie doświadczyłam piękniejszego uczucia, niż miłość Twoja, widziana przez łzy, wyraźna i pewna siebie, niszcząca wszystko we mnie...
Ostatniej nocy odkryłam, że moje sny są realne.
Potrafię wykrwawiać się tysiące razy i nie umierać, dla Ciebie. Jesteś cierniem tkwiącym w mym sercu; ukochanym, pielęgnowanym, doskonałym, tak słodko pachnącym agrestowym krzewem. Rozrastasz się i wyciągasz gałązki, oplatasz się ciasno wokół szyi i kwitniesz, dusząc mnie powoli, ale...jestem szczęśliwa, czując jak odbierasz mi życie.

Ostatniej nocy, dowiedziałam się czegoś o sobie.

Jestem do niczego i nic nie warta. Pusta i wysuszona, tkwię, gdzieś pomiędzy innymi śmieciami, jakie nosisz ze sobą za dnia, a nocą wyrzucasz wszystko, ale ja...nie chcę się poddać, wciąż trwam, uczepiona Twego boku, i ściskam Cię mocno, choć próbujesz mnie odciągnąć.
I spojrzeniem usiłuję walczyć; spojrzeniem wymierzam ciosy setki razy, a pięści moje załzawione, suną po spękanej twarzy, gniewnie i prędko. Wstyd rozpala mi powieki, ale ja siedzę...siedzę z twarzą kamienną i patrzę zaślepiona, jakbyś był najpiękniejszym obrazem...
A Ty widzisz tylko tyle, ile chcesz zobaczyć.
Dla Ciebie więc nie czuję nic, ani trochę...bo tak jest łatwiej.

Uduś mnie, jeśli znów zechcę Ci powiedzieć, że kocham.
Odrzucaj, odpychaj, odsuwaj, jeśli spróbuję Cię objąć.
Przecież chcę...chcę czuć jak dotkliwie rani mnie i rozkrawa...miłość Twoja.
I swoimi, i moimi dłońmi, krzywdę potrafisz mi wyrządzić. Ale chcę przecież, byś mnie kochał, w swój najpiękniejszy sposób. Nie przeszkadza mi wcale, że nie ma w Twym dotyku ciepła.
To nic takiego, że całujesz do krwi, to nic takiego, że przytulasz do połamania kości, to nic takiego...

I przepraszam, że boję się tak bardzo, że zdaję się stać niewzruszona przy Tobie, i że czuję tak mocno, jakbym nie czuła nic. Że potrzebuję Cię tak bardzo, jakbym nie potrafiła sama żyć, i że tak mało mam sił...

Ostatniej nocy zostałam zupełnie sama...

Ale to nic takiego, że pozwoliłeś mi zamarznąć...zabij mnie raz jeszcze, w jaki tylko sposób zechcesz.
I chwyć mnie za rękę, proszę...

Chwyć mnie za rękę i zemnij ją, łam, zgniataj i niszcz...ale nie puszczaj, bo...umrę z rozpaczy.



Vuohi

wtorek, 6 października 2015

Nie śpię.

Ależ nie śpię, ja wcale nie śpię!
Po prostu...leżę najciszej, jak potrafię
I niemal nie oddycham, by Cię nie zbudzić...
By Cię do siebie nie zrazić...jeszcze bardziej.

Drętwieję, tłumiąc drgania w bezruchu,
Marznę tak bardzo u Twego boku;
Oddalasz się ode mnie - bryły lodu,
Którą stałam się...dzięki Twej miłości.

Może to przez tę nienawiść nieskończoną,
Jaką noszę w sobie, do siebie,
Ty także widzisz mnie zniekształconą
I odtrącasz, oddalasz, wpychasz byle gdzie...

Obracam się tam i z powrotem
Wyciągam ramiona i cofam, niezdecydowana,
Przerażona...otępiała. Jestem.
I Ty też jesteś. Czasami. Gdzieś.

Och. Jak cudownie mieć tę świadomość...
Ja chyba jestem...ulepiona z jakiejś dziwnej masy,
Co nie pozwala mi czuć w pełni, jak wszyscy,
I co czuć choć w części tego, co ja, nie pozwala wszystkim...

Ależ nie śpię, ja wcale nie śpię!
Jak najciszej wciągam do płuc powietrze
I nic już nie mówię, nie mówię nic prawie,
Prócz tego, co wręcz usta mi rozkrawa...

Nie umiem...nie potrafię i nie mogę
Zatrzymać płomieni w mej piersi,
Rwących się szaleńczo ku Tobie,
Ale uwierz, że walczę bez przerwy.

I już prawię się udało - i mnie, i Tobie
Przydusić ten krwistoczerwony ogień;
Codziennie zimniejszym staję się lodem,
Nawet para z Twych ust nie stopi mych powiek...

Ale nie śpię, ja wcale nie śpię!
Czuwam, skamieniała, wmurowana w Twój cień,
I marzę...byś się obudził i zabrał mnie do Domu...:
Przytulił do serca, nie oddał n i k o m u.


Vuohi

poniedziałek, 5 października 2015

Dwudziesty dziewiąty

Chciałabym tak, jak Ty
Zupełnie nic sobie nie robić
Z tego, że czuję...
Że czuję cokolwiek.

Barwy matowieją
Światła cichną coraz bardziej
Słońce zachodzi z kaprysem na twarzy
A ja...ja wychodzę coraz rzadziej...

Zostawiłam swe królestwo
Gdzieś niewyobrażalnie daleko
Choć gdyby spojrzeć inaczej...
Tak niedorzecznie blisko jesteś...

A mimo tego - tęsknię.
Jakby godzina drogi piętrzyła się dumnie
Roztaczając się betonowym lasem
Przede mną, za Tobą, ponad czasem.

Znów zapominam nabrać powietrza;
Nie wiem już, jak się oddycha
Bez tęsknoty ściskającej krtań ,
Więc nie mogę pozwolić jej odejść...

Chciałabym tak, jak Ty
Zupełnie nic sobie nie robić
Z tego, że czuję...
Że czuję cokolwiek.

Snuję się z kąta w kąt...
Snuję się z kąta w kąt,
Nie widząc nic rzeczywistego
Naprawdę. Naprawdę.

Ściany nigdy dotąd nie były
Aż tak interesujące,
Bym mogła gapić się w nie godzinami,
Ani sufit nie był przedtem tak ciekawy,

Jak teraz, po raz dwudziesty dziewiąty.
I czekam, aż minie trzydziesty trzeci,
A wówczas zasnę, obudzę się i wybiegnę...
A trzydziestego szóstego, znów będzie jak wcześniej.

Jesienią wszystko lubi umierać
Jesienią wszystko lubi powracać
Korzenie moje próchnieją,
Wyłaniając się nagie na zewnątrz...

Chciałabym tak, jak Ty
Zupełnie nic sobie nie robić
Z tego, że czuję...
Że czuję cokolwiek.



Vuohi

sobota, 3 października 2015

Nie mogę siebie znieść

Za każdym razem, gdy twarz odwracasz, gdy oczy zamykasz...
Ja zaciskam pięści podświadomości i coś się we mnie wyrywa,
By wyskoczyć, skoczyć i wskoczyć Ci na ramię
I wrzasnąć prosto do ucha - spójrz na mnie!

Za każdym razem, kiedy budowle Twoje samotnie muszę odtwarzać,
Gdy kolory Twych oczu na płótno snów muszę nanosić,
Bo nie ma Cię, nie ma Cię dostatecznie blisko,
Nie mogę siebie znieść za to wszystko...

Żałośnie potrzebuję, jak zeschnięta ziemia, spękana i cicha,
Wody Twej i czasu, byś mnie pielęgnował
I drżę, i trzęsę się, i drzewa wysuszone powalam,
Ale Ty...nic a nic, nie czujesz chyba...

Za każdym razem, gdy wzrok odwracasz, gdy odpływasz...
Kiedy uścisk Twej dłoni słabnie powoli tak, jak gaśnie światło za oknem,
Ja wspiąć się na szczyt myśli Twych pragnę, i do snu się wcisnąć,
Wtulić, wedrzeć, wpoić...byś rankiem jeszcze o mnie pamiętał.

Odcisnąć bym się chciała na Twoim ciele, zostawić choćby zarys,
Kształtu swego, formy, tak, jak Ty na mnie pozostawiasz
Ślady obojętnego niemal dotyku, bezwiednie ułożonych dłoni...
I nie mogę siebie znieść za to wszystko...

Rwąc sobie włosy z głowy, spaceruję tam i z powrotem
Pomiędzy jednym a drugim Twoim słowem.
Wsłuchuję się, wpatruję, w milczeniu się zaczytuję
W prozie każdego Twego gestu, spojrzenia...

I po co, dlaczego to robię? Dlaczego ciągle...dlaczego nie dam sobie spokoju?
Przecież za każdym razem, gdy odchodzisz, gdy zostawiasz mnie zupełnie samą
W moim małym wielkim świecie, wracasz zawsze, nieważne kiedy...
Wracasz prędzej czy później, choćby tylko po to, by nie dać mi zapomnieć

A ja...pozwalam Ci kochać mnie w ten wyjątkowy sposób,
Który polega na trzymaniu mnie poza zasięgiem Twego wzroku
I oddaję się w Twoje ramiona, zanosząc się od płaczu...
I nienawidzę, nie mogę znieść siebie za to.


Vuohi

piątek, 2 października 2015

Myśli, które gasną...

1.    Niepogoda

Od kiedy to wszystko…
Za czasów przyjaźni nie było nigdy czasu...ale ku dobrym stronom obecnych wad - nie wypaliło, nie strapiło, nie zmęczyło się zbyt szybko. Kształtowanie terenu pomiędzy latami trwało, pęczniejąc od smutku i śmiechu, na przemian pagórki i szerokie doliny. Krajobraz Dystansu odbiegał od rozciągniętego nad głowami straceńców nieba, poplamionego zakurzonymi obłokami. Słońce od zawsze było zbyt zmęczone, by dawać z siebie wszystko...
Poprzez te trudne...
Dobiegały głosy pojedyncze i przemyślenia…rzadko, ale zawsze. Gdzieś na boku, z tyłu głowy, na dnie serca, parki zieleniły się z radością. Było tak za każdym razem; ściśnięte pękały, wrzeszczące cichły prędko. Ilekroć daleko - upadek, rozpad, rozłam; byleby wgnieść wszytko do środka, wbijać sobie do głowy i wmawiać, że czarne jest białe.
Mijało zielenią, niebieskością, jakby skropione czerwienią. Oceany trwoniły miejsca w swej pamięci na przechowywanie ładunków ze statków rozbitych wspomnień. Gorzkie, gorzkie wieki, i słodyczy przebłyski, ach, to te lęki stojące na straży u wrót nieokiełznanego piękna...
Oślepienie padło na wierzch, uchylając spód dopiero niedawno, lecz wystarczająco wcześnie, by odetchnąć nim, zachłysnąć się namiastką ideału. 
'Chciałbym być sobą wreszcie', jak cichutkie pochlipywanie, a zarazem krzyk, wydarty wprost z głębi ogromnej, beznadziejnej, bezmiernej krzywdy...
Broń się, broń i uciekaj. Śmiej się i odpychaj wszystko, traćmy się, gdy wokół rosną dęby, i pachną latem przepięknie, roniąc łzy jesiennie...od razu trzynaście, od razu pięć i sześć, i dwa. Od razu osiem i dziewięć, natychmiast!
Ale bez znaczenia, bez odzewu ze strony okrętu, niesionego falami odrazy. Cały w obaw kotwicach, obtoczony żelazem postanowień. Ziemia z Tobą staje się miększa, lżejsza, przepiękne drzewa o szorstkiej korze, przyjemnie drapiącej palców opuszki…I kark; na karku motyl przycupnął i rozwiał wątpliwości, co do snu ukrytego wewnątrz, w głębi, na szczycie wieży, w ciemności lasu, w centrum zimna lodowej skały.
Boże, Boże, dokąd się wybierasz? Małe punkciki na dole zlewają się w całość, w całość ogromną na tle koloru ostrego...co chcesz przez to powiedzieć, och, Boże? Światełko to urocze, pomięta ulotka i drobny deszczyk, dreszczyk, deszczyk...
Śmiesznie Ci w tych wyśnieniach, lśnieniach niepojętych, a mi - głupio wręcz - w kaplicy tak stać samotnie, ze świadomością nagości własnych słów i tego wszystkiego, bo zbyt się niebo odsłoniło, za jasne słońce paliło dziś nasze głowy. Może więc to TO właśnie stoi za skupieniem się nocy w jednej czarnej kropce postawionej na końcu, kiedyś, kiedy wreszcie...? 
Obojętne, obojętne, czy naprawdę obojętne? Niechciane, truskawkowo-zielony utwór w radiu, niechciane, na podłodze ciągle, niechciane i rozsypane, poślinione koperty papieru złożonego z czegoś więcej niż strzępków niechcianych, a jednak tak samo - niechciane!
Ani chwili, ani krzty, ani odrobiny. Czas oto rozkłada skrzydła swoje na kawałek dnia, na cząstkę życia, łaskawy...Nie docenisz? 
Czy dalej kształtowanie terenu pomiędzy latami trwać będzie, pęczniejąc od smutku i śmiechu, na przemian pagórki i szerokie doliny...?
A w domu mym się szerzą szczeliny. Okrwawione nieznanym może do końca uczuciem, swobodnie kiełkują w ciszy, nieświadomości...i obojętności. Obojętne, obojętne...niechciane! Zaniechane!
Rozpadało się, rozpadło się niebo deszczem, ale tkwi wewnątrz lato jeszcze, choć płaczą trawy rankami odwiecznie, choć kwiaty zabiły swe tęcze...
Zabrania mi, nie pozwala...Kątem oka, widzę, że się oddala, ale ścisk, taki ścisk nie pozwala się wyrwać i pędem rzucić do przodu, za piękną tą Niepogodą...




2.    Cyrk

Ilekroć…odwagą napełni się serce…och, głupota!
Błahe i byle jakie są te bałagany, krzywe i poorane pustymi wyobrażeniami szklanych wystawek uczuć, widzianych szklanymi oczami…Dzikość. To ona tak pociąga, pcha, porywa w te strony niebezpieczne, i nieważne kiedy, i nieważne w kim…ona JEST.
Bledną okiennice na widok toczącej się szarości ulicy, nadchodzącej coraz to większymi krokami; masywna, wybrukowana apokalipsa wyciąga stopy przed siebie i przechodzi nad naszymi głowami – zamyka nas, nie niszczy, choć zgniata na odległość…
Chcesz zabić, zabić?
Więc zamilcz, zabij, nie słyszę bo nie chcę, to Twoje idee, to Twoja karuzela, Twoje wesołe miasteczko, Twój cyrk z wypchanymi słoniami o guzikach wetkniętych po obu stronach trąb, pełen klaunów na jednokołowcach z plasteliny, rozlatującej się i topiącej od słońca…na co, na co to wszystko? Zabij więc.
Zamieszanie podskakujące i krzyczące wokół daje pewnego pokroju poczucie bezpieczeństwa, nieprawdaż? Oddechy wplatają się bezwiednie, monotonnie, w co popadnie, gdzie popadnie, czy to włosy czy myśli, nieważne, nieważne! Istotne jest tylko to, co nosimy wspólnie między palcami, na czym i pod czym leżymy jednocześnie, i na czyje oko chuchamy, chcąc osadzić choćby cząstkę jednego na drugim.
Kopyta się przetarły, koła się załamały, a droga nie kończy się wcale na szczycie pierwszej lepszej góry, na którym można się obejrzeć za siebie i dostrzec miasto swoje, a w nim mrówki małe biegające w tę i we w tę, sprawami swoimi tak bardzo przejęte, zdruzgotane, że nie dostrzegające nawet ogromu roztaczającego się nad ich głowami, wodospadu nie do ogarnięcia, którego namiastkę da się ujrzeć właśnie tu, zatrzymując się na chwilę, by odsapnąć…
 A gdyby oczy w przeciwną zwrócić stronę – ciemność i spadek, długość każda się wydłuża, senność każda do snu kołysze, ledwie się dzień zacznie, ledwie świt słońce wywoła, by wzeszło wyżej, niż dotychczas, bo może to dziś, właśnie dziś jest ten jeden, lepszy od pozostałych, dzień poznania najszczerszej prawdy…? Niewiadoma.
Kwieciste intensywnie się żarzą powłoki bezkresów nad łukiem brwiowym, nad czoła horyzontem. Za stawem leży moja chatka, porzucona, wykrzywiona i obdarta, zapleśniała i taka nijaka, zupełnie jak ja, gdy tylko na mnie patrzysz…
Potwornie niedoskonała się czuję, ale to chyba lepiej, niż gdybym idealna…bo wtedy to starać się…po co? Stąd zadowolenie ogólne wynika z dwóch nieszczęść nie mogących się porozumieć, a dopóki się stara choć jedna strona tej karty, dopóty lśnić będzie coś na osi życia całej układanki.
Smaki, ach, chciałabym poczuć bezwstydnie, bez pamięci, ale…to nie dla mnie, mówisz?
A cóż z tego, co masz, własnymi łzami i potem stworzyłeś, co krwią swoją ochrzciłeś, by zwać swoim, co Twoje, co w objęciu masz spojrzenia?
Nie dotykaj, jeśli nie potrafisz tego pokochać, nie dotykaj, jeśli nie jesteś gotów, by to do siebie na zawsze przywiązać, bo lgnie do Ciebie, potrzeba jakaś wewnętrzna, nieposkromiona i uzależniająca z każdej strony, od spodu i z góry…zewsząd!
Drwiny tylko Ci w smak, a mi w smak Twój smak, o ile przyzwolenie otrzyma, nieważne, jak potem mi żal i jaki wstyd, i wstręt, och, paskudztwo to moje zabrudziło ideał Twój przecież, i w pamięci mojej już zapaprany jesteś jakimś…jakimś…
Moje.
Zapach rozwinęłabym do granic możliwości, gdyby się dało stąpać po linie jedną nogą tkwiąc we śnie, a drugą zaś na jawie kręcić i mieszać wodę w studzience, a może w oczku wodnym…gdyby się dało! Ja nie wątpię, ale chcę zbyt mocno po prostu.
Ucisz trajkotanie, ucisz to moje gadanie, może gdyby zachód nie wisiał w tej chwili nad miastem, nie pchałabym myśli swych w usta Twoje chcąc je usłyszeć nie z siebie, lecz z Ciebie, ale czerwień, tak się składa, zatoczyła już krąg wokół, i nie ma, nie ma odwrotu!
Utopiłam się, słyszysz? Słyszysz jak szumi pisane zdanie…?
Wyrwę się kiedyś, przysięgam, w Twą stronę, jeśli pozwolisz mi raz jeszcze się odwrócić, tak jak dziś…utonę!
Leżę w strumieniu szerokiej Twej obojętności lodowatej, obojętności czy samozaparcia, nieważne, żelazne postanowienia zaciśnięte wokół kostek, nieważne, nieważne dopóki nie chcesz tego zmienić. Wypadłam z wagonu pociągu Twojego rozrywek pełnego i tłukącego się niemiłosiernie na moście, och, ucisz, ucisz to moje gadanie…!
Cyrk, wesołe miasteczko otwierasz swoje, może po to właśnie, by mnie zagłuszyć…




3.     Niedoskonałości dosyć

Mam serdecznie dosyć i jestem zmęczona, wyczerpana, wykończona, ciągłym rozdrapywaniem słów i słówek, wyskrobywaniem z dna kubka resztek Twojego oddechu, wyciskaniem sensu z pomiętych, zgniecionych i spłaszczonych myśli, które porzuciłeś odwiedzając mnie i kładąc nas na poduszce, które wetknąłeś w sam środek łóżka tak, że przeniknęły do wnętrza, wielkiego wnętrza Wszystkiego…
Dość skakania wokół Ciebie, za cieniem Twoim, jako cień Twój niezdarny, odbicie niedoskonałe, drepczące niezdarnie i następujące Ci na pięty, dość wierzenia w Twe zwierzenia, obmyte bajkami szepczącymi, które…
Ach, które…!
Nie dość mam, wcale nie dość, ani trochę, nie wystarczająco mam Ciebie!
Jeszcze tak mi boleśnie mało odcisków i sińców, wojen i starań o pokój, wyrywania skrzydeł i dziergania nowych pajęczyn na mostach naszych wiszących, jeszcze mi mało tego Pomiędzy!
Dosyć mam tylko znużenia swego, bierności tej i strachu, co zgniata, co latarnie gasi, co oblepia mchem cegiełki śliskie na ścianach studni, z której to wyczołgać się nie potrafię, o, ja nieudolna, niezdarna, niedoskonała…niedoskonała jestem tak bardzo przy Tobie, że zwala mnie z nóg choćby uśmiech prosty, byle jaki, w pośpiechu posłany, załamanie to ukochane na twarzy Twej ukochanej, a blizny pod Twymi palcami…tak paskudnie niedoskonałe!
Próg przekroczyłeś niby za wcześnie, niby niepotrzebnie, a jednak tak słusznie, w odpowiedniej chwili, wymierzone Twoje kroki, drżenie beztroski w kieszeniach, niespokojne i czułe, niespokojne i miłe, gładkie i ciepłe…nietrwałe!
Przemijające na zewnątrz tak szybko, chmury rozsuwają się prędko, uciekają, gonią nieustannie, pędzone wiatrem, a wobec tego człowiek, nieudolny, z tchnienia i westchnienia naraz zrodzony, nie jest w stanie…nie jest w stanie ogarnąć, zatrzymać, pochwycić…
Ale ja odtwarzam, tam i z powrotem przesuwając wskazówki, w górę i w dół pchając ręce ospałe i ciężkie, tu i tam wciskam pięty, łydki przestawiam to w przód, to w tył.
Gryzę i ślinię niknące linie, a śnieg mój się topi, skały się kruszą z tęsknoty tej niezmierzonej, urojonej, wybujałej, przekwitłej…Płatku lodowatej lilii na mym policzku, kiedy wykruszysz się zupełnie, do końca, tak bym Cię mogła strzepnąć, porzucić, nie musieć się o Ciebie troszczyć, poić Cię swymi łzami i karmić spojrzeniami…? Kiedy wreszcie zmarniejesz cichutko, jak ja, leżąc i szarzejąc od kurzu, co nas przykrywa coraz bardziej dzień po dniu?
Pstryknij palcami, uszczypnij mnie.
Jeśli nie docenisz…jeśli nie chcesz…spluń swym odrzuceniem w moje usta, szarpnij dumą za włosy, niechęcią mi wymierz policzek…i przysięgnij, że nie wrócisz nigdy więcej…
Nawet gdy błagać będę, a będę…
…I złam wtedy swą przysięgę.
Dosyć, dosyć mam siebie, niedoskonałość mi ciąży na szyi, niedoskonałość – kamień ten solidny, połyskujący, jaki to on nie jest wyjątkowy, wyszukany, tylko mój własny, na zawsze, najbliższy…ach, jaki okropny w dotyku, szorstki!
Zachowania moje mogłyby tłumaczyć…a może nie, i nie powinny. Agrafki chcę wpinać w obręcze snów swoich, przymocować je do ścian umysłu na stałe, tak jak Ty mnie przybiłeś do drzewa swojego, pośród sosen strzelistych, do jedynego tak starego i próchniejącego…
Wybór należy do Ciebie, jak zawsze, byle nie do mnie, och, nie do mnie, bo niedoskonałość ta…majaki chorego, błędy, wykrzykniki i trzykropki bezpodstawne, bezcelowe, mącące ogół tylko…
I nie dość mam, nie mam dosyć uwagi Twojej i choćby tylko poprzez wykorzystanie, choćby światło tylko po Twojej stronie padać by miało, nieważne, póki obok, póki blisko, póki ciepło…Odwiń i zawiń mnie, połóż czy postaw, cokolwiek, ale nie patrz, proszę, zbyt długo i poważnie, odważnie, bo niedoskonała jestem niezwykle, i zgniata, i miażdży mnie oko szczere, choć drwiące w sposób jakiś nieopisany, śmiejące się czy kochające, nie wiem, ach, nie wiem…!
Usiądźmy na brzegu fontanny, przeliczmy wszystko, sprawdźmy zyski i straty, doszukajmy się dziury, pęknięcia, szczeliny w kamiennym murze, na którym leżymy przez życie całe, powróćmy na chwilkę, na chwileczkę, och, proszę, zabierz mnie tam raz jeszcze, i zagraj dla mnie, zanuć mi piosenkę, na plecach wypisz głupie wyrazy, choćby przekleństwa, cokolwiek od Ciebie pochodzi inne jest przecież niż…moje, to Moje, które zbrzydło mi tak bardzo...
Nie masz czasu!
Nie masz czasu!
I Ty właśnie nie masz czasu!
Boże Drogi, gdybym na czas patrzyła, gdybym to tylko czas musiała, chciała poświęcić…wykręcaj mnie na wszystkie strony, obracaj, przerzucaj, pouczaj, co zechcesz, ale nie mów mi tylko…nie mów mi tylko że nie masz czasu!
Jutro zniknie to w Tobie, czy może pojutrze? Kiedy mam się spodziewać upadku marzenia, które skoczyło już z dachu najwyższego jakiś czas temu, pchnięte beznadzieją tej chorej sytuacji, nieuleczalnej, wymiętej…
Przejętą mnie czynisz aż nadto, zmartwioną i zatroskaną o Ciebie, a czasu nie masz nawet dość, by przejąć się równie i zmartwić, by potrzymać…potrzymać za rękę i zachwycić się po raz pierwszy lub może kolejny, bo nie wiem, czy widziałeś już to, co ja, czy jeszcze nie…Rzeko, czy chcesz mi jeszcze potowarzyszyć?
Pozostanę Brzegiem Twoim, jeśli tylko się zgodzisz.
A zgódź się, proszę, mimo niedoskonałości i suszy mojej nieustającej, nawodnij mnie, zechciej chociaż, zechciej tak mocno, jak rwać się chcesz do przodu, jak pędzić potrzebujesz nieustannie…

Chciałbyś
Się jeszcze
Powłóczyć
Ze mną?

Na rogu ulicy ostatniej stoję, jak kamienica, co wrosła w krajobraz tej beznadziejnej szarości. Wpisałam Ciebie w siebie, niedoskonała i nierozważna, mam za swoje i swoje targam, psuję i niszczę, ale czekam wciąż…czekam.
I milczę.

Nie dość mam jeszcze oddechu Twego, mgieł na ustach wciąż za mało…
Rzęsy mi kruszy Twoja pewność siebie.
Ale milczę.

Milczę.




Vuohi

poniedziałek, 28 września 2015

And I miss you love...

Pamiętam pierwsze spojrzenia, jak przez mgłę...
Jak zagubione dzieci, wstydziliśmy się malejącej przestrzeni pomiędzy nami.
Poprzez wygłupy i tę całą zabawę słowami...chyba zgubiliśmy już wtedy sens tych najważniejszych pojęć...

Dziś nasze wyśnione niebo pęka nade mną...
I tracę Cię, kochanie.

Pamiętam wszystkie Twoje próby...które odpychał mój lęk. Od początku zabijałam w Tobie coś, co teraz rozpaczliwie próbuję odnaleźć...
Więc może jednak życie jest sprawiedliwe?

Nie mów mi, błagam, że jesteśmy straceńcami, tylko nie mów, że od początku byliśmy skreśleni, bo...przysięgam, widziałam światło w Twoich oczach tyle razy, że gdyby ono okazało się złudzeniem...to i ja nie mogłabym istnieć naprawdę.

...Zresztą...mów co chcesz, jeśli tak masz czuć się lepiej.
Jeśli przyniesie Ci szczęście widok mnie, krzyczącej w oblicze pustej ściany...to nie skracaj mego cierpienia.

I jeśli zasłużyłam...jeśli czułeś to kiedyś tak mocno, jak ja, lub bardziej, o ile się da, to tylko mi powiedz, a zrozumiem wszystko, bo nie ma wówczas dla mnie przebaczenia.
Zrozumiem wszystko...

Pamiętam każdą moją małą ucieczkę, które przyniosły nam najdłuższe rozstanie.
Pamiętam palące łzy, gorzkie i wściekłe, żałosne i spóźnione, ale najszczersze, na jakie było mnie wtedy stać.
Jednej nocy odebrałeś mi całą nadzieję - wszystko, na czym mogłam polegać...
Ale wierzyłam, że wrócisz, wierzyłam w Ciebie tak cholernie mocno, że nie opuściło mnie nigdy Twoje spojrzenie, i wybaczam Ci wszystko; od początku do końca.

Modliłam się...i przyszedłeś.
Jako kamień rzucony w okno, a zarazem jako głaz, zawieszony na moim sercu.
Czy była to zemsta, czy nieświadome działanie...? Nie wiem.
Tamtym razem usiłowałam Ci tyle pokazać, powiedzieć...lecz to Ty zacząłeś uciekać.

I pamiętam, jak jednym zdaniem znów rozdarłeś mnie na pół...jak można myśleć, że słowa nic nie znaczą?
Pękłam i rozsypałam się u Twych stóp, płaszcząc się żałośnie i kuląc, przyciskając do piersi swoje uczucia. Do dziś nie wiem, czy rozumiałeś, dlaczego tonę.
Nie wiem, czy rozumiałeś mnie zbyt dobrze, czy nie chciałeś wcale rozumieć...
I nie wiem nawet, czy w ogóle wiesz, że wtedy ja Cię...

I straciłeś mnie wtedy, kochanie.

Ja wszystko wybaczam, wszystko wybaczam każdemu, tylko nie sobie, a to zabija mnie nieskutecznie, powoli, boleśnie...
Tyle czasu minęło i tak rzadko mogłam Cię widzieć, słuchać, czuć...
Uciszyłam w sobie wszystko, stłumiłam łkanie oszalałego, głupiego serca i pozwoliłam Ci się odsunąć. Czy na pewno wszystko było z Tobą w porządku?

Chciałam wierzyć, że tak.

Pamiętam to zamieszanie, ten bunt wewnątrz i wrzask, uczepiony mojego języka, ale nie umiejący się przedostać przez usta na zewnątrz.
Mijały dni, tygodnie i miesiące.
Szliśmy do przodu osobnymi ścieżkami, stykając się nieśmiało, na wpół świadomie, ze strachem, tak, jakbyśmy mogli zabić się nawzajem choćby jednym silniejszym dotykiem...

I znów zaczęłam tęsknić, wbrew sobie.
Z każdą kolejną rozmową przynosiłeś mi coś wyjątkowego...i odchodząc, zostawiałeś dziwną pustkę, którą zakopywałam w sobie głęboko, by nikt nie mógł jej dojrzeć, bym sama nie musiała jej odczuwać.
Bezkształtne, rozmazane uczucia tłoczyły się na dnie moich płuc, szepcąc cicho, nie wiedząc same, w czyją stronę się rzucić...

Na moment wszystko się zatrzymało.
Musiałam coś zmienić, musiałam uciec z miejsca, w którym stałam od dłuższego czasu. To wszystko tak mnie dusiło, krępowało...
I zerwałam łańcuch, powstrzymujący dotąd wszystkie naturalne odruchy, emocje i głosy.

Nie byłam świadoma, jak wielki chaos mnie wypełniał...

Gdy pozwoliłam mu się wydostać, obudził we mnie wszystkie wspomnienia, pragnienia, niespełnione marzenia i sny. Ruszyła lawina, niosąca mi rozpacz większą niż wszystko dotychczas...

A Ty...tkwiłeś gdzieś u boku, w kącie mego umysłu wciąż miałeś swoje miejsce, i stopniowo zacząłeś się przysuwać, wyciągać ręce w moją stronę...i opętał mnie ten sam lęk, który kiedyś nas poróżnił. Bałam się zostać i uciec jednocześnie, więc leżałam sparaliżowana i...pozwalałam się rozkładać na części i budować od nowa...

Choć znów traciłam Cię, kochanie.

Wnet ruszyliśmy przed siebie oddzielnymi drogami, które zdawały się tak podobne, tak samo zagmatwane...i chyliły się ku sobie, jak niebo i ziemia, stykające się na horyzoncie.

Mówiłam sobie, że nie zniosę tego po raz kolejny.
Kazałam sobie przestać, odrzucałam wszystkie myśli...
Nie chciałam wierzyć, że którekolwiek z Twych słów jest prawdziwe...
...a czy było?

Wciąż tego nie wiem, a niestety...uwierzyłam w nie za bardzo.

I pamiętam, jak przepędziłeś mój strach, chwytając mnie za rękę.
Przerażenie i próby uciszenia wewnętrznego krzyku...stały się tak lekkie...
...że uniosłam się wraz z nimi, parę centymetrów nad ziemię, i pozwoliłam Tobie prowadzić, choć widziałam ciemność roztaczającą się przed nami bezwstydnie.

Znów chciałam powiedzieć coś więcej, znów chciałam porzucić wszystko, byleby tylko móc...
Dać Ci coś więcej.
Dać Ci cokolwiek, co mogłoby choć trochę zasługiwać na Twoje spojrzenie.
Cokolwiek...cokolwiek...

Miałam przez chwilę wrażenie, że...to jest zbyt piękne.
Strach narastał we mnie ponownie, a ja walczyłam z nim, nie podobna do siebie zupełnie.
Pozwalałam się niszczyć i naprawiać...

Pozwalam się niszczyć i naprawiać.
Ale od jakiegoś czasu...chyba nie masz czasu, by mnie poukładać.
A ja...

Potrzebuję Cię jak nigdy.
Strasznie, okropnie, ze wszystkich sił...potrzebuję Cię!

Boże, jeśli kiedykolwiek to uczucie zaczynało we mnie wzrastać, to jeszcze nigdy nie ujrzałam go w pełni swej mocy!
Nie wiedziałam, na co się godzę...nie sądziłam, że przetrwam coś silniejszego, a tymczasem brnę w to coraz dalej, wchodzę po kolana, po ramiona, po czubek głowy i tonę, tonę na nowo, och, gdzie leży dno tej przecudnej otchłani?!

Kolejnej nocy, zwróciłeś mi całą nadzieję, jaką kiedykolwiek utraciłam...
Czy tylko po to, by znów mi ją odebrać...?

Zniosę to, zniosę to wszystko, zarzekam się, zaklinam!
Tylko zwróć ku mnie swe oczy raz jeszcze, nie próbuj obdarzyć mnie lodowatym spojrzeniem, bo nie uwierzę w nie nigdy więcej!

Nie uwierzę po tym wszystkim, że chcesz się odwrócić, nie potrafię uwierzyć, że mógłbyś chcieć tego naprawdę...

I  r o z u m i e m, rozumiem, pamiętaj.
Pamiętaj.

I nie bój się, błagam, musimy dać jakoś radę, choćby miało to trwać latami...
Daj mi szansę trwania obok i nazywaj mnie jak zechcesz, dopóki będzie to szczere...

Chciałabym tylko...

Chciałabym tylko...

Nie stracić Ciebie, kochanie.

Dotarłeś do miejsca mej duszy, z którego nic Cię nie wyrwie, niestety...
I widzę Cię wszędzie, jakbyś był duchem...i nieistniejącym już obrazem, który opuścił wszystkie namacalne wartości na Ziemi...ale wciąż pozostawał niezwykle realny w mej pamięci.

Nigdy nie czułam wszystkiego naraz tak mocno...więc wybacz mi moje szaleństwo i prośby...

Postaram się zebrać w sobie dość siły, by milczeć.
Obiecuję, że spróbuję obudzić w sobie dumę...i milczeć.
Jeśli tylko tego chcesz...będę walczyć ze sobą, by milczeć.

Ale...czy to tego właśnie chcesz?
Jeśli tak, to choć raz bądź ze mną szczery i niech Twoje ręce nie kłamią także.

Jeśli znudziło Ci się układanie mnie za każdym razem...
To po prostu przestań mnie burzyć.



Vuohi

Miss You, Love

niedziela, 20 września 2015

Nagle

I nagle wszystko staje się potwornie jasne...
Jesteś murem, którego nie umiem przekroczyć.
Dziś, u Twego boku, wypalam się i gasnę;
Ramy Twoich ramion są w stanie mnie roztopić...

I nagle wszystko staje się potwornie jasne...
Jesteś murem, którego nie potrafię zburzyć,
Chociaż Ty burzysz mnie codziennie, jakbym właśnie
Tylko po to istniała, żeby móc Ci służyć...

Po jednej Twojej stronie kryje się mój azyl,
A po drugiej nic nie ma...już nic nie ma dla mnie.
I ciemność zalewa senne moje obrazy,
Gdy Cię szarość codzienności z mych rąk znów kradnie...

I nagle wszystko staje się potwornie jasne...
Oczy na zmianę zapalają się i bledną
Boję się stracić ciepło Twych dłoni odważne,
Bez którego marzenia wszystkie we mnie więdną...

I nagle wszystko staje się potwornie jasne...
Za dnia tkwię we śnie, nocą bez Ciebie nie zasnę...
Lecz Twoja dusza odeszła prędzej, niż ciało;
Po mej stronie muru już nic nie pozostało...

Czy już nie jesteś w stanie pozostać tak blisko,
Jak wtedy obiecywały mi to Twe usta...?
Czy to aż takie ciężkie - znosić ze mną wszystko,
Że wolałbyś, abym była zupełnie pusta...?

Wyciągam do Ciebie dłoń, ale nie masz czasu
Potrzymać jej, jak kiedyś, więc żyję wspomnieniem
Tysiąca Twoich namalowanych obrazów
Zamykam oczy, wyobrażam sobie Ciebie

I łudzę się, że będziesz tu, gdy je otworzę...
Lecz nagle wszystko staje się potwornie jasne;
Odrzucasz mnie, wpisujesz na ostatnią stronę
Tak Ci będzie najwygodniej...tak będzie zawsze...?

Jeśli tak...to dlaczego daliśmy zaistnieć
Chwilom, w których tylko MY mieliśmy znaczenie...?
Czemu to tak trudne - znaleźć czas na wytchnienie,
Przerwać ten bieg, uciec gdzieś razem i pomilczeć...?

...I nagle wszystko staje się cudownie jasne...
Choć trudno mi poukładać myśli i słowa,
Choć jesteś murem, u boku którego zasnę...
To czuję, że zniosę to wszystko...bo Cię kocham.


Vuohi

niedziela, 13 września 2015

Nie wiem...

Jesteś naprawdę...i to mnie podtrzymuje.
Pewność, że możesz być na wyciągnięcie ręki, pozwala mi pokonać momenty, w których dotkliwiej, niż zwykle, dzielą nas góry codzienności i lasy problemów, o których nie umiemy sobie opowiedzieć.

Nieustannie coś się dzieje.
Nigdy nie wiem, czy to Ty, czy to ja wciąż czekam na Ciebie...

Jesteś naprawdę...i co jakiś czas stajesz się mniej lub bardziej wyraźny...
Namacalny. Rzeczywisty. 
Do bólu mięśni i kości być potrafisz.

Nie umiem tego określić i nie wiem...
Czy robisz to wszystko świadomie, czy może jesteś równie zagubiony i przerażony...gdy to wszystko znów nabiera kolorów...?

Dziś przychodzę w nocy, bo...mam Ci coś do powiedzenia.
Światło dziennie spaliłoby doszczętnie znaczenie tych słów...

Wypłukuję z pamięci wspomnienia; spuszczają się pojedynczo po ścianie mego policzka, suną w dół po śliskiej linie, skrzącej się w ciemności.

Nie wiem czy jesteśmy od siebie tak różni, czy aż tak podobni, że...nie umiemy rozmawiać, czy nie musimy rozmawiać, by do siebie dotrzeć...

Dziś przychodzę w ciszy, bo...mam Ci coś do pokazania.
Nawet szept mógłby wybić szyby stojące w ramach mych powiek...

Chciałabym do Ciebie pasować.
Chciałabym Ci odpowiadać.
Być fotografią, na którą spoglądałbyś każdego wieczoru z tęsknotą w sercu, i ożywać nagle, wraz z Twoim zaśnięciem. Odlepiać się od papieru tylko po to, by wylądować obok Ciebie i patrzeć jak śpisz spokojnie...

Chciałabym, żebyś chciał równie mocno.

A co jeśli jestem tak zaślepiona przez własne pragnienia i sprawy, przez samą chęć dotarcia do Ciebie, przez narastające wizje w mym umyśle, że...przegapiam raz po raz Twoje wołanie, przeoczam Twoją dłoń wyciągniętą w moją stronę...?

Nie wiem, czy odważę się kiedykolwiek zapytać...
Nie wiem, czy odważę się kiedykolwiek powiedzieć coś naprawdę istotnego...
Nie wiem, czy gdybym wyznała to wszystko...zechciałbyś w ogóle jeszcze na mnie spojrzeć.

Łudzę się na siłę, że wszystko jest tak, jak być powinno, a nawet lepiej.
Wszystko wokół każe mi myśleć, że to takie proste, że nie mam się czego bać...a ja komplikuję całość i wciąż doszukuję się drugiego dna.

Przepraszam, ale naprawdę nie potrafię inaczej...
Gdy widzę, jak patrzysz...
Gdy czuję Twoje serce tuż przy swoim...
Gdy słyszę spokojny, miarowy oddech, wraz z którym wszystko unosi się i opada, unosi i opada cicho, delikatnie...a ja kołyszę się wraz z Tobą, niesiona przez fale własnych zaspanych uczuć i sennych, zmęczonych wyobrażeń...
...nie potrafię nie odczuwać tego tysiąc razy mocniej.

I może wydaje Ci się, że ja tylko udaję.
Może myślisz, że mówię wszystko, co przychodzi mi na myśl...
Może myślisz nawet, że umiem kontrolować to, co się dzieje...
Nie wiem.

W tym nagłym, ogromnym przypływie szczęścia, jakie czułam przez cały czas spędzony przy Tobie...zawieruszyły się w gdzieś moja świadomość i rzeczywistość...
Przestało dla mnie istnieć pragnienie bólu, tak istotne dotychczas...
Ucichły we mnie wstyd i zmartwienia, niewypowiedziane smutki i lęki...

To mnie od Ciebie uzależniło.
I nie wiem, czy dam sobie radę bez tego uczucia.
Nie wiem, jak długo wytrzymam tę niepewność...

Bo nie wiem, czy Ty w ogóle masz jeszcze siły...i czas....
By chcieć.

A nie chcę, żebyś padł wyczerpany, nieszczęśliwy...albo najgorzej - obojętny...
Tylko dlatego, że usiłowałam Cię zrozumieć.

Chciałabym, żebyś...

Został.
Na zawsze.

Tylko, że nie wiem...

Czy Ty też chcesz.






Vuohi