sobota, 30 maja 2020

Romantyczność

Słońce sypie się na moją twarz
przez drobne sito
przeciskam kolejną myśl o nas
przez gardło
niełatwo przełknąć nieobecność chmur
w tak deszczową pogodę
czekam na okręt cienia
który wpłynie miękko w mój krajobraz
czekam na zaćmienie
co napełni mnie Twoją obecnością
tragiczna romantyczność
romantyczny tragizm
cała jestem stworzona dla niego
z kart listów zapisanych w pośpiechu
posłanych w niepamięć

Kocham po to, by się rozpadać
kroplami tysiąca ulew
rozpadam się po to, by kochać
bo tylko tkwiąc w rozsypce
tylko będąc w kawałkach, strzępach, ziarnach
tylko wtedy naprawdę kwitnę

Vuohi, 30.05.20

Dzień, w którym stanął czas

Ten dzień wniesie poranek na rękach
wyważając drzwi wtargnie południe
skrzypiącym parkietem nadejdzie wieczór
ten dzień tak jaskrawy w każdej godzinie

Niesie się echem po osiedlu
trzask złamanego rysika
trzęsą się chodniki pod krokami
zielonego polnego konika

Ten dzień każdy posiłek czyni wielkim rytuałem
powolnym ruchem nakłada wyrazy na twarze
w obliczu niepewności wszelkich planów
- ten dzień jest tym, w którym czas nam stanął


Vuohi, 30.05.20

piątek, 29 maja 2020

Ozdoba

Zdobię swe biodra pajęczyną koronki
i zawstydzenie obrasta w czarne kwiaty
usta nie wiedzą jak się zachować -
trzepoczą jak rzęsy, a rzęsy szepczą
nie na miejscu moja powściągliwość
okryta gęsią skórką pod lekkością pościeli
nie na miejscu także nasze dłonie
niecierpliwe i jeszcze nie splecione

Otwórz mnie, a przeleję
w Twoje ramiona bezmiar miłości
której nie spotka zrozumienie
w Twoim głodnym pożądaniu
ale weź ją, na pewno jest większa
na pewno wystarczy...na dziś
uczyń mnie swoją ozdobą
zgodzę się

Już nie szorstkością materiału
lecz gładkością Twojej skóry
owleczona moja pierś
brak przestrzeni na oddech
na choćby cienką nić wytchnienia
i brak odstępu między nami
jak ptak wpadający w szybę z impetem
prawie na oślep, nie wiem dokąd lecę
zderzam się z taflą Twego ciała
krusząc kości, wykręcając twarz

Otwórz mnie, a przeleję
krew za nas dwoje, i za tę noc
odkupię grzechy choćby nie swoje
byleby przez chwilę poczuć jedność
nie na miejscu moje łzy
kiedy tulisz mnie mocniej, niż kiedykolwiek
nie na miejscu moja trwoga
gdy ucieleśniasz sny

Zdobię swe biodra szarpaniną blizn
za karę za moje wszystkie nie-na-miejscu
za karę za słodyczy przerwanie
za karę za czynienie Cię winnym
pożarcia serca  świadomego ryzyka
podanego na tacy


Vuohi, 29.05.20

Dwuznaczność

Dotykam się wyobrażeniem Twojej łzy
bo przecież nic tak dobrze nie robi
jak podzielność rozpaczy
palcem sunę śmiało po duszy
rozprowadzając drżenia jak kręgi na wodzie

Zrzucono kamień żalu - odłamek góry -
daleko mu do lekkości piasku
choć podobnie jak czas - uciekał przez palce
zagłębiam się w noc po omacku

Naraz sięgam dna i sięgam szczytu
gdzie kończy się droga - kolejne ścieżki wiodą w dal
otulam się świadomością Twojej łzy
bo przecież nic tak nie pokrzepia
jak intymność zrozumienia


Vuohi, 26/27.05.2020

Na noc

Zleciały się i przycupnęły
koszmary na cienkich nóżkach
przylgnęły do moskitiery i patrzą
czekają, aż zgaśnie światło

Parapet gości szklankę wody
złoto zsuwam z palca
- niczym niebo zmierzchem słońce
wciskam się w obłok pierzyny

Koci śpiew dobiega zza okna
marzy mi się szum deszczu
co zlałby wszystkie dźwięki w jedność
lecz pogoda nie słucha próśb

Gaśnie żarówka na długiej szyi
iskierki tańczą przed oczyma jeszcze
metalowy kark przybiera wrogi kształt
- chowam się, nim mnie zagryzie

Nim bezsennością mnie zaszczuje


Vuohi, 23.05.20

Spacer po lesie

Myślę, że drzewa mają oczy
i uszy, Ty nie widzisz, lecz ja wiem
myślę, że mogą nam zazdrościć
że usta mamy miękkie, a ślinę - nie jak klej
choć i tak się zlepiamy żywicą naszych ciał

Myślę, że chciałyby mieć nogi
inne niż sztywne korzenie, choćby bardziej nieporadne
wtedy odeszłyby stąd i pozostawiłyby nam
głuche pustkowia - niewdzięczne, jak my

Ty mi wyławiasz z błota żabę
by podziwiać żółć jej brzucha
świerk się przygląda, buk nasłuchuje
zastanawia się sosna - czy człowiek też słucha
czy ten człowiek w ogóle coś czuje?


Vuohi, 24.05.20
01:06

Bez uprzedzenia

Bez uprzedzenia - pęka szklanka
tysiąc drobnych kawałeczków
rani wargi, język, twarz
uniemożliwiając mowę

Wciągam w siebie potok słów
płynących lekko i ospale
zimną wodę koszula chłonie
do ciała lepi się Twój wzrok

Bez uprzedzenia - ręka krwawi
oczy chlapią na policzki
kąpiąc się we łzach
rzęsa zbiera pianę

Nadchodzi błogi paraliż
uderzasz musującym winem
bąbelkami przełyk tniesz
napełniając mnie od nowa

Trzymam się krawędzi, trzymam się
- jakoś -
splotem wiklinowych koszy
warkoczem z resztki włosów
- chronię się -
nieudolnie


Vuohi, 23.05.20

Czas słoneczny

Mój Najmilszy, promień Twoich pocałunków
rozświetla mi skórę
odgarnia z czoła burzową chmurę
jakby to był tylko cienki włos - nie przeszłość
osusza słony deszcz Twoja złota dłoń
krople wnikają w zmęczoną skroń
a ja bezwstydnie się silę na grad

Tak bardzo mi Cię żal, że mnie kochasz
- nawet znając na pamięć
Twe dobroczynne działanie
wciąż Ci nie umiem spojrzeć w oblicze
tylko mrużąc oczy wyczekuję Księżyca
za każdym rogiem, aż odbije Twój blask
i owlecze mnie chłodem na swój czas

Jaki to wszystko ma sens -
oscylowanie między Nocą a Dniem
przecież się nie rozdwoję
choćby mnie rwały na tysiąc, na sto
strzępów uczuć i pragnień
wybierać - nie potrafię...


Vuohi, 20.05.20

czwartek, 21 maja 2020

Susze

Susza - w ustach niesmak
po rozlanej soli ziemia pęka
rozpala płuca - tracimy dech
w tym pośpiechu na ścięcie
własnych głów, kolejnych drzew

Susza - brak odzewu
stawy skrzypią groźnie
mięśnie oderwane od kości
pada kolejny z naszych braci
krwawi kolejna z sióstr

Milczymy zgodnie o suszy
krzyczymy nie na temat -
deszcz już nie zmyje z nas win
nie będą mieli gdzie nas pogrzebać
gdy każdy skrawek ziemi

wygryziemy idąc w piach


Vuohi, 21.05.20

wtorek, 19 maja 2020

Miauk

Smutek przemyka mi przed oczami
puszystą kotką ociera się o łydkę
gdy tylko uchylę drzwi, choćby na centymetr
na milimetr przeszłości - od razu przeciąg

Ciepłe mleko nie pomaga na trzęsienie ziemi
niepotrzebnie tylko zwabia mi do domu koty
coraz więcej sierści w powietrzu
sprawia, że nieustannie łzawią mi oczy

Smutek gęsto napływa mi do ust
ciemną czekoladą roztopioną w garnku
na kolejne pocieszenie po złym śnie
który nie przestaje trwać, gdy się budzę

Nim się obejrzę - już siedzą na ramionach
już ciążą na piersi pazurami skórę tnąc
i muszę je wszystkie wykarmić, i spać
z jednym okiem otwartym na zaś


Vuohi, 19.05.20

Wyśnienie

A ja nadal leżę tam
pogrzebana w niebieskościach
niczym w najpiękniejszym grobowcu
obłożona płatkami pocałunków

Wszystko przeminęło
łzy wsiąknęły w biały puch
w tej ciszy czas poskręcał
wszystkie Twoje kwiaty w suche słomki

Spójrz - przyjrzyj się tej strużce światła
nastał ranek - słońce zmywa z twarzy noc...
Ale pozwól mi tu jeszcze zostać, poczekaj
aż będę gotowa - na razie zbyt ciężko mi wstać

I Ty nadal leżysz tam
pochowałeś swe uśmiechy na pocieszenie
żadnego już nie rozdasz

Zamykam oczy z powrotem
proszę sen, by znów przyniósł ukojenie
poduszka - wiecznie mokra


Vuohi, 19.05.20

Wpatrzenie

Korytarz spojrzenia wiedzie przez me oko
przez źrenice i w dół, do serca, głęboko
raz czarnym, zielonym, raz piwnym kolorem
ściany Twego wzroku są przyozdobione

Wślizgujesz się we mnie to światłem, to cieniem
drzwi cicho otwierasz powiek swoich drżeniem
rzęsami się skradasz po śliskiej podłodze
wpadasz i wchodzisz na mnie na każdej drodze

To przecież mój dom - nie Twoje cztery ściany
a jednak włamujesz się ciągle oknami
wąskim korytarzem przeciskasz codziennie
i psujesz od nowa, wpatrując się we mnie


Vuohi, 19.05.20

poniedziałek, 18 maja 2020

Ambiwalencja

Zdobię swoją twarz zmarszczką pamięci
zagnieceniem gniewu i cieniem lęku
krzywizną uśmiechu i blaskiem łzy

Serdeczny palec lśni
już od pięciuset siedemdziesięciu pięciu dni -
najpierw bielą, później złotem, aż po dziś
na znak szczęścia i stabilizacji

Wraz z upływem czasu coraz bardziej się zanosi
na czerwiec bez truskawek, wrzesień bez wyrazu
grudzień pozbawiony śniegu i szary, zimny marzec
- i wcale nie chcę tutaj żyć

Bo nigdy nie będzie dość dobrze
nigdy nie będę pewna, że to w tę ziemię mogę wrosnąć
że to tej wiosny mogę zakwitnąć
że to teraz jest mój czas...

Ten świat i ci wszyscy ludzie
nie zrozumieją się nawzajem, ani mnie
mój głos nie przebije się przez głowy
nie przeniknie im do serc

Będę cicho - pielęgnując swoje skarby
na uboczu, uciszając wątpliwości, strach
i poczekam - może kiedyś znajdą na to lek
ci wszyscy ludzie i ten świat


Vuohi, 18.05.20

Nie-list, nie-w-porę (raz jeszcze)

Nie wierzę, że już kończy się kwiecień.
Nie wierzę, że minęły już cztery miesiące tego dziwnego roku.
Nie mogę uwierzyć, że minęły ponad cztery lata...
Nie chcę w to uwierzyć, że w ogóle płynie czas.
Czemu pozornie poruszając się naprzód, ciągle się cofam? 
Moje ciało zastygło w Twych ramionach, jak papierowa masa, uformowało się, przylgnęło i pozostało w swej formie po dziś...

Wiszę gdzieś pomiędzy snem a jawą, między przeszłością a teraźniejszością. Piszę coś na kształt listu, którego nie mam prawa wysłać, ani nawet go tutaj opublikować, bo wiem, jak to boli - granie na emocjach, a jednak wciąż chyba sama się do tego uciekam. Nie jest to mój cel, po prostu mam przeczucie, że...sposób, w jaki chcę to wszystko wyrazić i sam fakt, że jeszcze chcę to wyrazić...to już zbyt wiele. To byłoby zbyt wiele dla każdego.

Dobrych kilka miesięcy, jeśli nie lat, nie byłam w takim stanie jak teraz. Wszystko w moim ciele chce mnie przed tym uchronić, zatrzymać, odwrócić moją uwagę...zrzucić to złe samopoczucie na ból brzucha, głowy, na jakąkolwiek infekcję czy dolegliwość, byleby cielesną, nie tą samą, już zbyt wiele razy przerabianą...

Nie wiem.
Nie wiem, czy jestem aż tak głęboko zaburzona, czy to się jakoś nazywa, czy można to leczyć. Jeśli kiedykolwiek okaże się, że tak, to być może rozwiąże to moje wszystkie problemy, choć szczerze wątpię...
Boże, nawet pisanie tego przyprawia mnie o mdłości z nerwów, z bólu, z niewypowiedzianej i irracjonalnej rozpaczy. Chciałabym zwrócić to wszystko, wypluć i wypłukać z siebie.

Wspomnienia uległy tak okrutnej, przedziwnej deformacji...nie wiem już, czy teraz widzę je takimi, jakimi są naprawdę, czy też teraz są tak zniekształcone przez mój stan. Nie wiem też, czy cały ten stan pomaga mi właśnie widzieć prawdę, czy też żywić się jakimś wymysłem, zakłamaniem rzeczywistości...

Wiem tylko tyle, na teraz:
Widzę, jaka byłam i przeraża mnie to. Co gorsza nadal chyba taka jestem - atencyjna, potrzebująca, impulsywna, przewrażliwiona. Któż mógłby tyle znieść? Nikt normalny. Nikt wrażliwy. Nie wtedy, nie w takim natężeniu...a jednak wymagałam tego od Ciebie. Doceniałam, jak wiele dostaję, a jednak oczekiwałam więcej, i że tak będzie zawsze, a w zamian dawałam tylko swój przeładowany emocjonalny bagaż. Pakowałam tony uczuć w Twoje ręce, wciskałam je na siłę i nie przyjmowałam odmowy...

Czuję wobec siebie ogromną niechęć i nie chcę widzieć tego, jaka jestem, czym jestem.
Mogłabym się usprawiedliwić, powiedzieć, że jestem chora. Jednak to wszystko zabrnęło za daleko, tak bardzo pospieszyłam się z osądzeniem, ze zmianą swego całego życia, z ucieczką przed tym, jaka jest prawda...

Mam teraz ten upragniony Dom. Dom pełen akceptacji, miłości do takiej Mnie, jakiej nie mogę znieść, jakiej - znowu - nienawidzę. A jednocześnie Dom, który pozwala mi na bycie taką. Na kochanie siebie i nienawidzenie, na zrozumienie. Wszystko, czego potrzebowałam...

Zawsze wszystko muszę zepsuć.
Zatruwam ten Dom swoją przegniłą, przestarzałą myślą, którą co chwila wyciągam na wierzch, urabiam i urabiam bez końca tak, by mi pasowała do chwili obecnej. Myśl o tym jaki byłeś, jakie to wszystko było...teraz przybiera to kształt idealny, piękny, nieosiągalny. Nie mogę tego mieć, więc oczywiście - pragnę tego najbardziej.

I dlatego myślę, że to jakaś choroba. Bo przecież z natury człowiek dąży do przetrwania, posiada jakiś instynkt samozachowawczy...ja jednak ciągle pakuję się w najgorsze stany. Nie pozwalam sobie na to, było dobrze. Wyniszczam się na własne życzenie, wmawiam sobie, że nie potrafię się cieszyć szczęściem. Nigdy nic mi nie wystarcza, nigdy nie mogę czuć satysfakcji dłużej, niż kilka tygodni...
Czuję się potwornie nieszczęśliwa, wszystko co się wydarzyło przez te cztery lata staje się rozmytą, ogromną i przerażającą masą zdarzeń, mam wrażenie, że to nierealne, niemożliwe, nie mogłam tak bardzo się zmienić, tak bardzo zmienić swojego życia...

Tak chciałeś bym dorosła, pamiętasz? Chyba sama zaczęłam tego pragnąć. Udowodnić sobie i Tobie, że potrafię. Zobacz, jestem przecież tak do przodu, jakby to były wyścigi, jakbym chciała, byś to Ty przegrał...jestem taka ślepa na własną porażkę...

Nie mam na myśli, że porażką jest to wszystko co mam, co otrzymałam (bo trudno powiedzieć, bym to osiągnęła...). Nie. Jestem za to wdzięczna i jestem pewna, że gdy znów wzejdzie słońce, gdy tylko minie mi ten cholerny stan...ja znów będę szczęśliwa. Po prostu wiem, że porażką jest to, jak wiele z tych rzeczy wokół oparłam na jakimś zakłamaniu, wyparciu, na chęci pokazania czegoś innym, na pragnieniu uszczęśliwienia bliskich...

W ucieczce przed manipulacją, ciągle dawałam sobie wmówić, że to Ty mną sterowałeś, że grałeś ze mną, że za nic miałeś moje uczucia...i jeszcze oczekiwałam przeprosin, zupełnie zapominając, jak wiele razy już mi je dałeś. Gdzieś w tym całym zamęcie zupełnie wyrzuciłam z głowy tak ważną, ważną rzecz, jak to wspomnienie...

Najpierw skupiałam się na rozpamiętywaniu tylko tych złych - cóż, nic dziwnego, że śniły mi się te najpiękniejsze momenty, sny, w których żyliśmy jak dawniej, które sprawiały, że po przebudzeniu pragnęłam umrzeć, nie mogąc pogodzić się z tym, że rzeczywistość jest inna, że zrobiłam coś nie tak...Moja psychika chciała mi ciągle przypomnieć, że przecież to nieprawda, nigdy nie jest tak, że istnieje tylko to, co złe...

Teraz jestem po przeciwnej stronie. Po tak wielu zarzekaniach się, że to już koniec, koniec pisania do Ciebie i o Tobie, po tak wielu oskarżeniach i wylewaniu żali (och, jakże mi wstyd, że mogłam tymi wszystkimi słowami tak bardzo Cię zranić i być tak bezwzględna, podczas gdy sama przecież...uciekłam, umknęłam Ci tak szybko, nieprzemyślanie, nie umiejąc być sama...). Teraz moja głowa nie pamięta nic prócz tego, co idealne. Widok Twojego uśmiechu rozkrawa mnie na tysiące drobnych kawałeczków - powoli, boleśnie...

Za moment zacznę żałować, że piszę coś tak okrutnego. Zarówno wobec Ciebie, siebie, jak i Jego. Mojego Domu (tak Go nazwę, bo uważam, że to idealne określenie). Jakie to potworne, być tak bardzo niezadowoloną, dostając tak wiele. I to uczucie potworności moich działań spycha mnie w najczarniejszą otchłań. Znów wracam do punktu wyjścia, powoli, boleśnie, pragnę znów ukarać siebie. Godzinami rozmyślam o tym, jak to wszystko się skończy. Jak to będzie poczuć jeszcze przez chwilę przygniatającą, miażdżącą moc tego całego uczucia, wszechczucia...a potem przestać oddychać. Wyrwać się z własnego ciała i wzlecieć, zrzucając ten ciężar z piersi.

Ból zacznie stawać się przyjemny, lekki, delikatny. 
Łzy popłyną raz jeszcze, szybciutko, i wyschną.
Będę wolna, przerwę w końcu ten błędny krąg wydarzeń i myśli...i być może uwolnię też tym samym wszystkich, których kocham.

Chciałabym.
Na razie jednak zbyt mocno pragnę przeciwstawnych rzeczy. Z moich żył pulsuje pragnienie przetrwania, przetrzymania tego, przeżycia. Wszystko w mym ciele tak okropnie mnie uwiera, a jednocześnie krzyczy - zostań, zostań, zostań!

Miałam tak proste, małe marzenia, które spełniałeś, wyprzedzając nawet moje myśli.
To wszystko odeszło nagle, dotkliwie, bezpowrotnie...i z mojej winy.
Nie zginęłam, jeszcze raz pozwoliłam sobie zakwitnąć, zapuścić korzenie gdzie indziej, puścić pierwsze pąki...i wyrosły nowe marzenia, zakotwiczone w przyszłości, proste i piękne, spokojne, dające nadzieję i chęci do życia.
Na drodze ku ich spełnieniu, otrzymałam od życia więcej, niż śmiałabym oczekiwać. I wciąż otrzymuję. Wciąż tak bardzo się dziwię, skąd w Nim tyle miłości, tyle zrozumienia dla mnie i każdego z moich stanów. Tyle cierpliwości...

W połowie drogi, mam ochotę zrezygnować z tych marzeń. Zniszczyć to wszystko. To nawet nie ochota, to jakaś dziwna, przemożna siła ciągnie mnie w tę stronę. Nie chcę ich, a nawet się ich boję. Przerażają mnie te marzenia, przeraża mnie przyszłość. 
Tak, wiem, nie tylko mnie, w końcu mamy pandemię...
Tylko, że to nie o nią chodzi. Jak zwykle w mojej głowie wszystko kręci się wokół mnie. Wokół mnie - hipokrytki. 

Jest mi trochę lżej, gdy odważam się o tym powiedzieć. Tym bardziej lżej, kiedy jest szansa, że to zobaczysz, że to zrozumiesz...choć nie wiem, dlaczego miałbyś. Przecież chyba nawet nie pozwoliłam Ci się tak poznać, byś mógł to teraz odczytać z mych wierszy. 

Proszę, niech to wszystko wróci do normy.
Niech ktoś mi powie, że można to wyleczyć, albo niech ktoś wynajdzie sposób, na stworzenie sobie alternatywnego życia, które będzie toczyło się równolegle, w którym wszystkie decyzje będzie można uprzednio sprawdzić, wypróbować, prześwietlić. 

Niech.
Tak oto rzucam rozkazy na prawo i lewo, oczekiwania, jak zawsze. Nie wiem co sobie wyobrażam z tym użalaniem się nad sobą. Tak oto stale zrzucam robotę na cudze ręce, zrzucam z siebie winę, stale potęgując to, jak bardzo czuję się winna, tak bardzo, że aż wszyscy zaprzeczają i pozwalają mi myśleć, że nie jestem, nie ja, nie ja, na pewno nie ja...

A jestem.
Nie da się nikogo nie zranić, najwidoczniej. 
Szkoda tylko, że mam świadomość tego ciągłego ranienia, nie mogę przestać o tym myśleć, nie mogę znieść tego, że ktoś oczekuje ode mnie czegoś, czego nie mogę mu dać, że krzywdzę kogoś, pod pozorem słuszności swego działania. 

To takie "pyszne", dumne, nie wiem jak to nazwać...to przeświadczenie, że jeszcze w jakikolwiek sposób o mnie myślisz. Możesz się ze mnie śmiać, bo wiem, że jestem niepoważna, wiem, jak to brzmi. Jednak jeśli choć cień...cień prawdy w tym, co przeczuwam...to błagam, bądź ze mną szczery.
Chyba tylko tego potrzebuję.
Nie, nie wiem czego potrzebuję.
Boże, znów skupiam się na tym, czego ja potrzebuję, ciągle ja i ja!

Zbyt wiele chciałabym mieć, zbyt wiele mam. Nie zasługuję na to, dobrze o tym wiem.
Przeliczyłam się co do swoich sił i możliwości uszczęśliwiania ludzi. Zawiodłam samą siebie, bo nie da się uszczęśliwić wszystkich. I nie da się ułożyć sobie życia uszczęśliwianiem innych. Można więc uczyć się na moich błędach - nie tędy droga...

Muszę kończyć. 
Muszę to skończyć.
Chciałabym to skończyć, wierzyć, że to ma jakiś koniec, jakąś datę ważności, że to uczucie może się kiedyś przeterminować. 

"Na zawsze" ma moc zaklęcia, jestem już pewna.
Niestety.


Vuohi, 21/22.04.20


W królestwie much

W królestwie much nie wypada
obnosić się z kolorowym kołnierzem -
mozaikowe oczy skreślą cię w mig
nazwą obcym, wybrzęczą na śmierć

Lepiej już dziś zafarbuj skrzydła
i już nie unoś się ponad ochłapy
pożywiaj się tym, co reszta

Kiedyś jeszcze przyjdzie deszcz
ciała nam z czerni obmyje
wokół wyrosną kwiaty...


Vuohi, 05.05.20

piątek, 15 maja 2020

***(Gdybyś tylko była z gliny)

Gdybyś tylko była z gliny
oblepiłabym się dookoła Twymi ramionami
wypiekłabym nas razem, nie zważając na palący ból
- bylebyśmy były nierozłączne

Tak się staram uczyć deszcz, że ma padać z chmur
tak się staram uczyć wiatr, żeby wiedział, kiedy wiać
- dlaczego to nie Ty uczyłaś mnie
wszystkich zachowań pogody?
Dlaczego umiałaś tylko uciekać i grzmieć...?

Och, gdybyś była z piasku...
To by wyjaśniało, dlaczego się sypiesz
zamiast być mi domem, co zniesie każdą burzę
i wiedziałabym jak z Tobą postąpić
gdy budując raz po raz
Ty mi ciągle w oczy...


Vuohi, 15.05.20

wtorek, 12 maja 2020

Rzeka

Tak, wiem, wybrałam.
Wybrałam to wszystko, co mam, świadomie (choć w takich chwilach jak ta, miewam wątpliwości co do realności i słuszności wszelkich swoich działań).
Już dawno nie czułam tak gorących łez - być może im dłużej je powstrzymywałam, tym bardziej się nagrzewały, a teraz płyną nieprzerwanym strumieniem wypalając mi policzki.
Miotam się w miejscu, jak muszka w lepkim kokonie z pajęczyny, czekająca na swój koniec, wypierając, że kiedyś nadejdzie.
Ciebie też sobie wyparłam, i wypieram regularnie, co każde załamanie, co każdy wodospad wspomnień, pojawiający się zawsze zbyt nagle, zalewający mnie po czubek głowy.
Postanawiam sobie, że poukładam w środku wszystko - zupełnie jakbyś mógł zostać wciśnięty na regał między inne historie, zakurzyć się i wyblaknąć, aż kiedyś wezmę Cię z powrotem w ręce i nie będę sobie umiała przypomnieć, skąd tu się wziąłeś i uznam, że wcale Cię nie chcę, i oddam komuś, albo wyrzucę...
Szkoda, że tak być nie może, bo przecież dla Ciebie to żadna różnica. A może wolę tak myśleć.
Na zmianę oskarżam i przepraszam, na zmianę kocham i odrzucam. Każda z tych skrajności jest równie realna, równie silna w moim sercu.
Mój obecny smutek stał się wielkim, ciężkim, niebieskim stworzeniem, które usiadło mi na piersi - naciska na żebra i utrudnia oddychanie. Jakby to bezmierne morze melancholii wyrzuciło na mój ląd jakąś oślizgłą meduzę, która przylgnęła mocno do mych płuc.
Nie wiem, czy to przeczytasz. Jak to zwykle ze mną jest - raz tego oczekuję, raz bardzo tego nie chcę. Niech to będzie list, zawieszony w połowie drogi pomiędzy nami, o ile jeszcze istnieje jakakolwiek choćby najcieńsza ścieżka, cienka jak ta strużka wody pod okiem...
W końcu wierzę w to, że połączyła nas ulewa - coś więc musi być w tej wodzie, jakieś zachowane szkiełko, które tępi i matowi czas, jednak nadal jeszcze lśni, mieni się gdzieś w oddali, z tyłu głowy.
Może to ten brak pożegnania ciąży mi nad głową burzową chmurą, która raz na kilka tygodni, miesięcy wybucha i uderza gromem prosto w serce, zmiatając mnie z nóg. Przebywam w tej śpiączce przez kolejne dni i nigdy nie mam pewności, czy się jeszcze obudzę. Czasem nawet nie chcę, nawet wolałabym śnić i wyśnić sobie drugie życie, tak na wszelki wypadek, żeby nie bać się o to, że to jedyne, prawdziwe, obecne jest oparte na złej decyzji, na jakimś błędzie, na mojej niedoskonałości...
Ach, ta niedoskonałość. Chciałabym się cofnąć, by ją naprawić, bo wciąż mam przeczucie, że wtedy przyszłość i teraźniejszość zreperowałyby się same, biorąc przykład z przeszłości. I cóż za hipokryzja, gdy tak codziennie zapieram się, powtarzam, że kocham tę niedoskonałość, że ją akceptuję...
Jedyne lekarstwo jakie przynosiło ulgę w podobnych przypadkach, to przebywanie i rozmawianie z kimś aż do przeczucia, że nie ma o czym rozmawiać, że zbyt się różnimy. Wtedy mogłam spokojnie odejść, zamykając za sobą drzwi. Takowe jest obecnie niemożliwe do przełknięcia, a nawet myślę, że nie przyniosłoby nic więcej, poza bolesnymi skutkami ubocznymi, w postaci na nowo rozjątrzonych ran. Widocznie nie umiem przegrywać, nie umiem pojąć, że to ja mogłam po prostu nie być odpowiednia, i że to się zdarza.
Czemu wciąż i wciąż wracają sny, czemu ciągną się pasmami te przypadki, które paskudzą mi codzienność, jak wyrastające zewsząd chwasty - wydają się być piękne, a jedyne co robią, to męczą mnie swoją jaskrawością i nie wiem, jak się ich pozbyć, jak je zatrzymać...
Wszechświecie, jeśli chcesz mi coś powiedzieć, to użyj słów, które zrozumiem, pokaż mi rozwiązanie, które mam wybrać! Ta bezradność staje się równie ciężka i lodowata, co ta smutna przyssana do mnie meduza paraliżująca ciało.
Czuję, jak ogarnia mnie odrętwienie, stan poddania się tej nawałnicy niechcianych uczuć. Pozostaje mi czekać, aż przeminie, patrzeć, jak sieje zniszczenie w mojej głowie. Z każdym dniem coraz bardziej czuję się obca, coraz trudniej mi siebie rozpoznać. Nie umiem przyjąć tego, jaka byłam kiedyś. Nieraz doprowadza mnie to do skrajności, do histerii, w której rozpaczliwie chcę znów być tamtą dawną sobą, byleby jakoś usilnie zatrzymać tamten czas...bezowocnie się staram.
Waham się tak między chęcią powrotu do stanu wyjściowego, a chęcią jak najwyraźniejszej zmiany obecnej siebie, aby tylko zatrzeć wszelkie ślady przeszłości. Wszystkie wersje wydają się lepsze, od tego, co jest aktualne. Aktualne jest nie do zniesienia.
Od kilku lat moje ciało zaczęło pracować inaczej. Buntuje się przeciwko tym skrajnościom. Ma już dość podtapiania w emocjach, dość walki przeciwstawnych uczuć - jest już zmęczone. Zupełnie, jakby przeżyło już całą swoją młodość, jakby lata świetności były już daleko za nami...
I chcąc nie chcąc muszę go słuchać.
Chyba nawet sama sobie tego zażyczyłam, mówiąc: niech mnie boli, kiedy zechcę znowu o Tobie myśleć. Niech to zadziała jak warunkowanie, niech kara wyplewi z mego umysłu niepożądane myśli.
Poddaję się więc.
Ból wszystkich stawów i kości zastąpił dawne mrowienie pod skórą, nakazujące mi ją rozdzierać. Teraz jedyne, co może ze mnie wypłynąć, to szkarłatna prawda, szczerość czysta jak łza.
A więc kocham Cię.
Tym razem znowu Cię kocham.
Może będzie bolało mnie mniej, kiedy przestanę zaprzeczać, uciszać, pouczać siebie samą.
Proszę, płyń rzeko. Przemknij przeze mnie, wypłucz mnie, oczyść.
Powiedz, że to możliwe i w zupełności normalne - tak kochać, więcej niż jedną osobę.
Tak kochać, więcej niż raz, jedną osobę.



Vuohi, 20.04.20,
00:39