poniedziałek, 18 maja 2020

Nie-list, nie-w-porę (raz jeszcze)

Nie wierzę, że już kończy się kwiecień.
Nie wierzę, że minęły już cztery miesiące tego dziwnego roku.
Nie mogę uwierzyć, że minęły ponad cztery lata...
Nie chcę w to uwierzyć, że w ogóle płynie czas.
Czemu pozornie poruszając się naprzód, ciągle się cofam? 
Moje ciało zastygło w Twych ramionach, jak papierowa masa, uformowało się, przylgnęło i pozostało w swej formie po dziś...

Wiszę gdzieś pomiędzy snem a jawą, między przeszłością a teraźniejszością. Piszę coś na kształt listu, którego nie mam prawa wysłać, ani nawet go tutaj opublikować, bo wiem, jak to boli - granie na emocjach, a jednak wciąż chyba sama się do tego uciekam. Nie jest to mój cel, po prostu mam przeczucie, że...sposób, w jaki chcę to wszystko wyrazić i sam fakt, że jeszcze chcę to wyrazić...to już zbyt wiele. To byłoby zbyt wiele dla każdego.

Dobrych kilka miesięcy, jeśli nie lat, nie byłam w takim stanie jak teraz. Wszystko w moim ciele chce mnie przed tym uchronić, zatrzymać, odwrócić moją uwagę...zrzucić to złe samopoczucie na ból brzucha, głowy, na jakąkolwiek infekcję czy dolegliwość, byleby cielesną, nie tą samą, już zbyt wiele razy przerabianą...

Nie wiem.
Nie wiem, czy jestem aż tak głęboko zaburzona, czy to się jakoś nazywa, czy można to leczyć. Jeśli kiedykolwiek okaże się, że tak, to być może rozwiąże to moje wszystkie problemy, choć szczerze wątpię...
Boże, nawet pisanie tego przyprawia mnie o mdłości z nerwów, z bólu, z niewypowiedzianej i irracjonalnej rozpaczy. Chciałabym zwrócić to wszystko, wypluć i wypłukać z siebie.

Wspomnienia uległy tak okrutnej, przedziwnej deformacji...nie wiem już, czy teraz widzę je takimi, jakimi są naprawdę, czy też teraz są tak zniekształcone przez mój stan. Nie wiem też, czy cały ten stan pomaga mi właśnie widzieć prawdę, czy też żywić się jakimś wymysłem, zakłamaniem rzeczywistości...

Wiem tylko tyle, na teraz:
Widzę, jaka byłam i przeraża mnie to. Co gorsza nadal chyba taka jestem - atencyjna, potrzebująca, impulsywna, przewrażliwiona. Któż mógłby tyle znieść? Nikt normalny. Nikt wrażliwy. Nie wtedy, nie w takim natężeniu...a jednak wymagałam tego od Ciebie. Doceniałam, jak wiele dostaję, a jednak oczekiwałam więcej, i że tak będzie zawsze, a w zamian dawałam tylko swój przeładowany emocjonalny bagaż. Pakowałam tony uczuć w Twoje ręce, wciskałam je na siłę i nie przyjmowałam odmowy...

Czuję wobec siebie ogromną niechęć i nie chcę widzieć tego, jaka jestem, czym jestem.
Mogłabym się usprawiedliwić, powiedzieć, że jestem chora. Jednak to wszystko zabrnęło za daleko, tak bardzo pospieszyłam się z osądzeniem, ze zmianą swego całego życia, z ucieczką przed tym, jaka jest prawda...

Mam teraz ten upragniony Dom. Dom pełen akceptacji, miłości do takiej Mnie, jakiej nie mogę znieść, jakiej - znowu - nienawidzę. A jednocześnie Dom, który pozwala mi na bycie taką. Na kochanie siebie i nienawidzenie, na zrozumienie. Wszystko, czego potrzebowałam...

Zawsze wszystko muszę zepsuć.
Zatruwam ten Dom swoją przegniłą, przestarzałą myślą, którą co chwila wyciągam na wierzch, urabiam i urabiam bez końca tak, by mi pasowała do chwili obecnej. Myśl o tym jaki byłeś, jakie to wszystko było...teraz przybiera to kształt idealny, piękny, nieosiągalny. Nie mogę tego mieć, więc oczywiście - pragnę tego najbardziej.

I dlatego myślę, że to jakaś choroba. Bo przecież z natury człowiek dąży do przetrwania, posiada jakiś instynkt samozachowawczy...ja jednak ciągle pakuję się w najgorsze stany. Nie pozwalam sobie na to, było dobrze. Wyniszczam się na własne życzenie, wmawiam sobie, że nie potrafię się cieszyć szczęściem. Nigdy nic mi nie wystarcza, nigdy nie mogę czuć satysfakcji dłużej, niż kilka tygodni...
Czuję się potwornie nieszczęśliwa, wszystko co się wydarzyło przez te cztery lata staje się rozmytą, ogromną i przerażającą masą zdarzeń, mam wrażenie, że to nierealne, niemożliwe, nie mogłam tak bardzo się zmienić, tak bardzo zmienić swojego życia...

Tak chciałeś bym dorosła, pamiętasz? Chyba sama zaczęłam tego pragnąć. Udowodnić sobie i Tobie, że potrafię. Zobacz, jestem przecież tak do przodu, jakby to były wyścigi, jakbym chciała, byś to Ty przegrał...jestem taka ślepa na własną porażkę...

Nie mam na myśli, że porażką jest to wszystko co mam, co otrzymałam (bo trudno powiedzieć, bym to osiągnęła...). Nie. Jestem za to wdzięczna i jestem pewna, że gdy znów wzejdzie słońce, gdy tylko minie mi ten cholerny stan...ja znów będę szczęśliwa. Po prostu wiem, że porażką jest to, jak wiele z tych rzeczy wokół oparłam na jakimś zakłamaniu, wyparciu, na chęci pokazania czegoś innym, na pragnieniu uszczęśliwienia bliskich...

W ucieczce przed manipulacją, ciągle dawałam sobie wmówić, że to Ty mną sterowałeś, że grałeś ze mną, że za nic miałeś moje uczucia...i jeszcze oczekiwałam przeprosin, zupełnie zapominając, jak wiele razy już mi je dałeś. Gdzieś w tym całym zamęcie zupełnie wyrzuciłam z głowy tak ważną, ważną rzecz, jak to wspomnienie...

Najpierw skupiałam się na rozpamiętywaniu tylko tych złych - cóż, nic dziwnego, że śniły mi się te najpiękniejsze momenty, sny, w których żyliśmy jak dawniej, które sprawiały, że po przebudzeniu pragnęłam umrzeć, nie mogąc pogodzić się z tym, że rzeczywistość jest inna, że zrobiłam coś nie tak...Moja psychika chciała mi ciągle przypomnieć, że przecież to nieprawda, nigdy nie jest tak, że istnieje tylko to, co złe...

Teraz jestem po przeciwnej stronie. Po tak wielu zarzekaniach się, że to już koniec, koniec pisania do Ciebie i o Tobie, po tak wielu oskarżeniach i wylewaniu żali (och, jakże mi wstyd, że mogłam tymi wszystkimi słowami tak bardzo Cię zranić i być tak bezwzględna, podczas gdy sama przecież...uciekłam, umknęłam Ci tak szybko, nieprzemyślanie, nie umiejąc być sama...). Teraz moja głowa nie pamięta nic prócz tego, co idealne. Widok Twojego uśmiechu rozkrawa mnie na tysiące drobnych kawałeczków - powoli, boleśnie...

Za moment zacznę żałować, że piszę coś tak okrutnego. Zarówno wobec Ciebie, siebie, jak i Jego. Mojego Domu (tak Go nazwę, bo uważam, że to idealne określenie). Jakie to potworne, być tak bardzo niezadowoloną, dostając tak wiele. I to uczucie potworności moich działań spycha mnie w najczarniejszą otchłań. Znów wracam do punktu wyjścia, powoli, boleśnie, pragnę znów ukarać siebie. Godzinami rozmyślam o tym, jak to wszystko się skończy. Jak to będzie poczuć jeszcze przez chwilę przygniatającą, miażdżącą moc tego całego uczucia, wszechczucia...a potem przestać oddychać. Wyrwać się z własnego ciała i wzlecieć, zrzucając ten ciężar z piersi.

Ból zacznie stawać się przyjemny, lekki, delikatny. 
Łzy popłyną raz jeszcze, szybciutko, i wyschną.
Będę wolna, przerwę w końcu ten błędny krąg wydarzeń i myśli...i być może uwolnię też tym samym wszystkich, których kocham.

Chciałabym.
Na razie jednak zbyt mocno pragnę przeciwstawnych rzeczy. Z moich żył pulsuje pragnienie przetrwania, przetrzymania tego, przeżycia. Wszystko w mym ciele tak okropnie mnie uwiera, a jednocześnie krzyczy - zostań, zostań, zostań!

Miałam tak proste, małe marzenia, które spełniałeś, wyprzedzając nawet moje myśli.
To wszystko odeszło nagle, dotkliwie, bezpowrotnie...i z mojej winy.
Nie zginęłam, jeszcze raz pozwoliłam sobie zakwitnąć, zapuścić korzenie gdzie indziej, puścić pierwsze pąki...i wyrosły nowe marzenia, zakotwiczone w przyszłości, proste i piękne, spokojne, dające nadzieję i chęci do życia.
Na drodze ku ich spełnieniu, otrzymałam od życia więcej, niż śmiałabym oczekiwać. I wciąż otrzymuję. Wciąż tak bardzo się dziwię, skąd w Nim tyle miłości, tyle zrozumienia dla mnie i każdego z moich stanów. Tyle cierpliwości...

W połowie drogi, mam ochotę zrezygnować z tych marzeń. Zniszczyć to wszystko. To nawet nie ochota, to jakaś dziwna, przemożna siła ciągnie mnie w tę stronę. Nie chcę ich, a nawet się ich boję. Przerażają mnie te marzenia, przeraża mnie przyszłość. 
Tak, wiem, nie tylko mnie, w końcu mamy pandemię...
Tylko, że to nie o nią chodzi. Jak zwykle w mojej głowie wszystko kręci się wokół mnie. Wokół mnie - hipokrytki. 

Jest mi trochę lżej, gdy odważam się o tym powiedzieć. Tym bardziej lżej, kiedy jest szansa, że to zobaczysz, że to zrozumiesz...choć nie wiem, dlaczego miałbyś. Przecież chyba nawet nie pozwoliłam Ci się tak poznać, byś mógł to teraz odczytać z mych wierszy. 

Proszę, niech to wszystko wróci do normy.
Niech ktoś mi powie, że można to wyleczyć, albo niech ktoś wynajdzie sposób, na stworzenie sobie alternatywnego życia, które będzie toczyło się równolegle, w którym wszystkie decyzje będzie można uprzednio sprawdzić, wypróbować, prześwietlić. 

Niech.
Tak oto rzucam rozkazy na prawo i lewo, oczekiwania, jak zawsze. Nie wiem co sobie wyobrażam z tym użalaniem się nad sobą. Tak oto stale zrzucam robotę na cudze ręce, zrzucam z siebie winę, stale potęgując to, jak bardzo czuję się winna, tak bardzo, że aż wszyscy zaprzeczają i pozwalają mi myśleć, że nie jestem, nie ja, nie ja, na pewno nie ja...

A jestem.
Nie da się nikogo nie zranić, najwidoczniej. 
Szkoda tylko, że mam świadomość tego ciągłego ranienia, nie mogę przestać o tym myśleć, nie mogę znieść tego, że ktoś oczekuje ode mnie czegoś, czego nie mogę mu dać, że krzywdzę kogoś, pod pozorem słuszności swego działania. 

To takie "pyszne", dumne, nie wiem jak to nazwać...to przeświadczenie, że jeszcze w jakikolwiek sposób o mnie myślisz. Możesz się ze mnie śmiać, bo wiem, że jestem niepoważna, wiem, jak to brzmi. Jednak jeśli choć cień...cień prawdy w tym, co przeczuwam...to błagam, bądź ze mną szczery.
Chyba tylko tego potrzebuję.
Nie, nie wiem czego potrzebuję.
Boże, znów skupiam się na tym, czego ja potrzebuję, ciągle ja i ja!

Zbyt wiele chciałabym mieć, zbyt wiele mam. Nie zasługuję na to, dobrze o tym wiem.
Przeliczyłam się co do swoich sił i możliwości uszczęśliwiania ludzi. Zawiodłam samą siebie, bo nie da się uszczęśliwić wszystkich. I nie da się ułożyć sobie życia uszczęśliwianiem innych. Można więc uczyć się na moich błędach - nie tędy droga...

Muszę kończyć. 
Muszę to skończyć.
Chciałabym to skończyć, wierzyć, że to ma jakiś koniec, jakąś datę ważności, że to uczucie może się kiedyś przeterminować. 

"Na zawsze" ma moc zaklęcia, jestem już pewna.
Niestety.


Vuohi, 21/22.04.20


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz