Tak, wiem, wybrałam.
Wybrałam to wszystko, co mam, świadomie (choć w takich chwilach jak ta,
miewam wątpliwości co do realności i słuszności wszelkich swoich działań).
Już dawno nie czułam tak gorących łez - być może im dłużej je
powstrzymywałam, tym bardziej się nagrzewały, a teraz płyną nieprzerwanym
strumieniem wypalając mi policzki.
Miotam się w miejscu, jak muszka w lepkim kokonie z pajęczyny, czekająca na
swój koniec, wypierając, że kiedyś nadejdzie.
Ciebie też sobie wyparłam, i wypieram regularnie, co każde załamanie, co
każdy wodospad wspomnień, pojawiający się zawsze zbyt nagle, zalewający mnie po
czubek głowy.
Postanawiam sobie, że poukładam w środku wszystko - zupełnie jakbyś mógł
zostać wciśnięty na regał między inne historie, zakurzyć się i wyblaknąć, aż
kiedyś wezmę Cię z powrotem w ręce i nie będę sobie umiała przypomnieć, skąd tu
się wziąłeś i uznam, że wcale Cię nie chcę, i oddam komuś, albo wyrzucę...
Szkoda, że tak być nie może, bo przecież dla Ciebie to żadna różnica. A
może wolę tak myśleć.
Na zmianę oskarżam i przepraszam, na zmianę kocham i odrzucam. Każda z tych
skrajności jest równie realna, równie silna w moim sercu.
Mój obecny smutek stał się wielkim, ciężkim, niebieskim stworzeniem, które
usiadło mi na piersi - naciska na żebra i utrudnia oddychanie. Jakby to
bezmierne morze melancholii wyrzuciło na mój ląd jakąś oślizgłą meduzę, która
przylgnęła mocno do mych płuc.
Nie wiem, czy to przeczytasz. Jak to zwykle ze mną jest - raz tego
oczekuję, raz bardzo tego nie chcę. Niech to będzie list, zawieszony w połowie
drogi pomiędzy nami, o ile jeszcze istnieje jakakolwiek choćby najcieńsza
ścieżka, cienka jak ta strużka wody pod okiem...
W końcu wierzę w to, że połączyła nas ulewa - coś więc musi być w tej
wodzie, jakieś zachowane szkiełko, które tępi i matowi czas, jednak nadal
jeszcze lśni, mieni się gdzieś w oddali, z tyłu głowy.
Może to ten brak pożegnania ciąży mi nad głową burzową chmurą, która raz na
kilka tygodni, miesięcy wybucha i uderza gromem prosto w serce, zmiatając mnie
z nóg. Przebywam w tej śpiączce przez kolejne dni i nigdy nie mam pewności, czy
się jeszcze obudzę. Czasem nawet nie chcę, nawet wolałabym śnić i wyśnić sobie
drugie życie, tak na wszelki wypadek, żeby nie bać się o to, że to jedyne,
prawdziwe, obecne jest oparte na złej decyzji, na jakimś błędzie, na mojej
niedoskonałości...
Ach, ta niedoskonałość. Chciałabym się cofnąć, by ją naprawić, bo wciąż mam
przeczucie, że wtedy przyszłość i teraźniejszość zreperowałyby się same, biorąc
przykład z przeszłości. I cóż za hipokryzja, gdy tak codziennie zapieram się,
powtarzam, że kocham tę niedoskonałość, że ją akceptuję...
Jedyne lekarstwo jakie przynosiło ulgę w podobnych przypadkach, to
przebywanie i rozmawianie z kimś aż do przeczucia, że nie ma o czym rozmawiać,
że zbyt się różnimy. Wtedy mogłam spokojnie odejść, zamykając za sobą drzwi.
Takowe jest obecnie niemożliwe do przełknięcia, a nawet myślę, że nie
przyniosłoby nic więcej, poza bolesnymi skutkami ubocznymi, w postaci na nowo
rozjątrzonych ran. Widocznie nie umiem przegrywać, nie umiem pojąć, że to ja
mogłam po prostu nie być odpowiednia, i że to się zdarza.
Czemu wciąż i wciąż wracają sny, czemu ciągną się pasmami te przypadki,
które paskudzą mi codzienność, jak wyrastające zewsząd chwasty - wydają się być
piękne, a jedyne co robią, to męczą mnie swoją jaskrawością i nie wiem, jak się
ich pozbyć, jak je zatrzymać...
Wszechświecie, jeśli chcesz mi coś powiedzieć, to użyj słów, które
zrozumiem, pokaż mi rozwiązanie, które mam wybrać! Ta bezradność staje się
równie ciężka i lodowata, co ta smutna przyssana do mnie meduza paraliżująca
ciało.
Czuję, jak ogarnia mnie odrętwienie, stan poddania się tej nawałnicy
niechcianych uczuć. Pozostaje mi czekać, aż przeminie, patrzeć, jak sieje
zniszczenie w mojej głowie. Z każdym dniem coraz bardziej czuję się obca, coraz
trudniej mi siebie rozpoznać. Nie umiem przyjąć tego, jaka byłam kiedyś. Nieraz
doprowadza mnie to do skrajności, do histerii, w której rozpaczliwie chcę znów
być tamtą dawną sobą, byleby jakoś usilnie zatrzymać tamten czas...bezowocnie
się staram.
Waham się tak między chęcią powrotu do stanu wyjściowego, a chęcią jak
najwyraźniejszej zmiany obecnej siebie, aby tylko zatrzeć wszelkie ślady
przeszłości. Wszystkie wersje wydają się lepsze, od tego, co jest aktualne.
Aktualne jest nie do zniesienia.
Od kilku lat moje ciało zaczęło pracować inaczej. Buntuje się przeciwko tym
skrajnościom. Ma już dość podtapiania w emocjach, dość walki przeciwstawnych
uczuć - jest już zmęczone. Zupełnie, jakby przeżyło już całą swoją młodość,
jakby lata świetności były już daleko za nami...
I chcąc nie chcąc muszę go słuchać.
Chyba nawet sama sobie tego zażyczyłam, mówiąc: niech mnie boli, kiedy
zechcę znowu o Tobie myśleć. Niech to zadziała jak warunkowanie, niech kara
wyplewi z mego umysłu niepożądane myśli.
Poddaję się więc.
Ból wszystkich stawów i kości zastąpił dawne mrowienie pod skórą,
nakazujące mi ją rozdzierać. Teraz jedyne, co może ze mnie wypłynąć, to
szkarłatna prawda, szczerość czysta jak łza.
A więc kocham Cię.
Tym razem znowu Cię kocham.
Może będzie bolało mnie mniej, kiedy przestanę zaprzeczać, uciszać, pouczać
siebie samą.
Proszę, płyń rzeko. Przemknij przeze mnie, wypłucz mnie, oczyść.
Powiedz, że to możliwe i w zupełności normalne - tak kochać, więcej niż
jedną osobę.
Tak kochać, więcej niż raz, jedną osobę.
Vuohi, 20.04.20,
00:39
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz