Całymi dniami przygotowuję się do wyjścia.
Do tego jednego razu, gdy w końcu przypadkiem Cię spotkam.
Szykuję spojrzenie, które będę mogła posłać
bez wyrzutów sumienia, jedno z tych spojrzeń
nieoskarżycielskich, ale wielkich oczu,
wielkich z przejęcia, ze smutku,
ale też stanowczych, stawiających po nas kropkę.
Do tego jednego razu, gdy w końcu przypadkiem Cię spotkam.
Szykuję spojrzenie, które będę mogła posłać
bez wyrzutów sumienia, jedno z tych spojrzeń
nieoskarżycielskich, ale wielkich oczu,
wielkich z przejęcia, ze smutku,
ale też stanowczych, stawiających po nas kropkę.
Takich, co nie dadzą się zranić. Takich, co
już swoje wiedzą, swoje zobaczyły.
Taki wzrok kształtuję, który Ci prześle wiadomość,
który przeszyje na wylot,
przyniesie dreszcze, tylko nie wiem...
Jak miałby to zrobić, by wpłynąć na Ciebie,
skoro nawet słowa, nawet łkania, czy prośby
nie zrobiły tego jeszcze...
skoro nawet słowa, nawet łkania, czy prośby
nie zrobiły tego jeszcze...
Całymi dniami robię sobie plany, przewiduję
możliwości zdarzeń, sytuacje, w których to, a w których tamto,
tylko jakoś wizja samego wyjścia przestaje być przyjazna,
zaczynam się bać...
I nie widzę Ciebie w końcu, w żadnej z tych chwil, na które
tak zawzięcie się szykuję, na które noszę na wszelki wypadek
zapas chusteczek w kieszeni,
bo posłaniu TAKIEGO spojrzenia, oczy będą musiały się rozlać,
wypłukać, oczyścić,
bo TAKIM wzrokiem spoglądać już więcej nie dadzą rady - tylko raz!
Tylko jakoś tak Ciebie nie mogę spotkać
i wręcz unikam możliwości, okolic i czasu,
wręcz się chowam do domu, do siebie, do środka,
a gdy tylko, przypadkiem, już prawie
- zaciskam powieki na przekór, nie pozwalam im zobaczyć...
Vuohi, 04.12.20